„Oj dana, dana, służba u Żdana…” - tak komandosi śpiewali o swoim dowódcy. "Wujek” wychował elitę 62. Kompanii Specjalnej

„Wujek” był dowódcą, który pozwalał pić alkohol bez ograniczeń. Stawiał tylko jeden warunek: pijący w każdej chwili musieli być gotowi go alarmowego wymarszu w pełnym oporządzeniu na dystansie kilkudziesięciu kilometrów. Dawał swobodę, ponieważ uważał, że wiara w rozsądek żołnierza jest skuteczniejsza od formalnych zakazów.

  • Dowódca 62. Kompanii Specjalnej był charyzmatycznym, niezwykle wymagającym dowódcą.
  • W jednostce panował rygor połączony z dawaniem swobody żołnierzom.
  • Andrzej Żdan do dziś jest niekwestionowanym liderem środowiska bolesławieckich komandosów.

- Służyłem w wojsku w czasach, gdy kadra imprezowała wspólnie. Balangowaliśmy całą sobotnią noc, a rano, w niedzielę, „Wujek” zarządził alarmową zbiórkę kompanii. Na plac apelowy wbiegałem ledwo żywy, a on siedział na schodach i spokojnie czyścił broń - wspomina podoficer z 62. Kompanii Specjalnej.

„Wujek” to płk w stanie spoczynku Andrzej Żdan. Podporucznikowskie gwiazdki dostał w 1965 roku. Jako dowódca grupy specjalnej trafił do 1. Batalionu Szturmowego w Dziwnowie. W 1967 roku znalazł się w Bolesławcu, gdzie tworzono 62. Kompanię Specjalną. Pięć lat później - już jako porucznik - objął dowodzenie kompanią. Na tym stanowisku służył do 1983 roku. Szybko udowodnił, że jest niezwykle wymagającym, ale i charyzmatycznym dowódcą, za którym żołnierze pójdą w ogień.

Gdy w 2002 roku zakładano Stowarzyszenie Byłych Żołnierzy 62. Kompanii Specjalnej, był jedynym kandydatem na stanowisko prezesa. Jest nim do dziś.

Nikt nie zabraniał picia alkoholu

Weterani opowiadają mnóstwo anegdot dotyczących alkoholu.

- W jednostce nikt nie zabraniał picia. Mogliśmy pić do świtu, byle tylko o godzinie 6-ej zameldować się w pododdziale, a potem przez cały dzień funkcjonować na wysokich obrotach - opowiadają zawodowi podoficerowie.

Taka sama zasada obowiązywała w stosunku do żołnierzy służby zasadniczej. Pierwszą przepustkę dostawali po przysiędze wojskowej. Młodzi żołnierze czekali na nią jak na zbawienie.

- Mówiłem: „Nie pijcie na przepustce, bo pożałujecie”. Oczywiście obiecali, że nie będą, ale ostro pili. No i zaraz po powrocie przemaszerowaliśmy 80 km. Była już zima, kac rozwalał tym chłopcom głowy, ssali śnieg, pili wodę z kałuż. Żołnierz niosący ręczny karabin maszynowy powiedział mi, że już nigdy nie weźmie wódki do ust - wspomina dowódca grupy specjalnej.

„Oj dana, dana, służba u Żdana jest przeje…”.

Atmosferę służby w tej jednostce najlepiej oddaje przyśpiewka: „Oj dana, dana, służba u Żdana jest przeje…”.

- Dowódca miał fantazję i oczekiwał pełnej dyspozycyjności. Pamiętam rok, w którym miałem 26 dodatkowych dni wolnych za przepracowane niedziele - wspomina st. chor. sztab. w stanie spoczynku Andrzej Kobzda.

Płk Żdan uważał, że najważniejsi w kompanii są najbardziej doświadczeni żołnierze. Dlatego podporucznikowi rozkazy mógł wydawać plutonowy - i oficer nie miał nic do gadania!

„Wujek” wyznawał zasadę, że kadra zawodowa ma mieć kondycję lepszą niż żołnierze służby zasadniczej. Musi też wykonywać wszystkie zadania wspólnie z podwładnymi.

- Człowiek miał ponad 30 lat, a musiał dorównywać sprawnością dziewiętnastolatkom. To było trudne. Ale jak byłeś słabszy fizycznie od żołnierzy, to wojsko cię nie słuchało. No bo jak zrobić wrażenie na podwładnych albo dać im w kość, jeśli mieli lepszą kondycję? - zastanawia się st. chor. sztab. w stanie spoczynku Marek Stachowski.

Ojciec wyciął synowi w pysk

Inna sprawa, że w latach świetności 62. Kompanii Specjalnej zarówno wojsko, jak i ludzie kierowali się innymi zasadami niż obecnie. Dlatego „Wujkowi” zdarzyło się wzywać rodziców najmniej zdyscyplinowanych żołnierzy. Dziś to nie do pomyślenia, ale wtedy skutkowało!

- To było lepsze niż zawiadomienie prokuratora o tym, że żołnierz popełnił przestępstwo. Kiedyś wezwałem ojca żołnierza. Przyjechał, posłuchał, przeprosił za syna i poprosił, żeby na chwilę zostawić ich samych. Wyszedłem, a on tak wyciął synowi w pysk, że chłopak przez parę dni chodził opuchnięty. Ale już nie sprawiał kłopotów - wspomina Andrzej Żdan.

„Wujek” był surowym dowódcą, ale stawał w obronie swoich żołnierzy

- Gdy wiedział, że żołnierz narozrabiał, to dawał mu w kość, ale go bronił. Najgorzej, jak mu się człowiek nie przyznał. Jak podpadłeś na dobre, to można było się spakować i jak najszybciej szukać nowej jednostki - przekonuje st. sierż. w stanie spoczynku Jan Kusek.

Andrzej Żdan oczekiwał całkowitego poświęcenia służbie.

- Niech no się obywatel zastanowi nad dalszą służbą w kompanii, bo obywatel to chyba słabsza sztuka. Ledwo do nas trafił, a już rezygnuje z udziału w szkoleniu - powiedział kiedyś podporucznikowi.

A oficer był Bogu ducha winny. Na stoku narciarskim żołnierz szkolący się w jeździe na nartach przejechał mu po dłoni. Z powodu rozległych obrażeń oficer dostał kilkutygodniowe zwolnienie lekarskie.

Izba chorych zmniejszyła liczbę zwolnień lekarskich

- Dlatego z pierwszego zwolnienia lekarskiego bałem się wracać do jednostki. Poszedłem do lekarza, dostałem zwolnienie, zaniosłem do kadrowca kompanii i pojechałem do domu. Tak to się załatwiało w wojsku. Dopiero potem dowiedziałem się, że w „62.” tak się nie robi. Dowódca przygotował bowiem pokój w izbie chorych i to tam kierowano żołnierzy na L-4. Twierdził, że tam, pod stałą opieką lekarską, dojdą do zdrowia szybciej niż w domu. No i faktycznie znacząco spadła liczba zwolnień lekarskich - śmieje się Bogdan Fiałkowski.

Wszyscy jednak podkreślają, że dowódca najwięcej wymagał od siebie.

- W czasie marszów prawie zawsze szedł na czele. Nigdy się nie migał. Dawał nam w kość, ale był sprawiedliwy. Jadł z żołnierzami, spał w takich samych warunkach. Kiedyś widziałem, jak w czasie przerwy w marszu wylewał krew z buta - wspomina Marek Stachowski.

- Jakbym jechał w gaziku obok maszerujących, to nic bym nie wiedział o moich żołnierzach. Dlatego maszerowałem z nimi i obserwowałem. Dzięki temu wiedziałem, kto się nadaje do służby w jednostce specjalnej - podsumowuje Andrzej Żdan.

Portal Obronny SE Google News