Inwazja Układu Warszawskiego w 1968 r. Jak polscy komandosi zdobywali Czechosłowację?

Komandosi z czasów „ludowego” Wojska Polskiego szkolili się do wojny Układu Warszawskiego z NATO. Ich zadaniem była dywersja na głębokich tyłach przeciwnika. Ale na pierwszą wojnę wyruszyli do bratniej Czechosłowacji. W sierpniu 1968 r., wśród 25 tysięcy polskich żołnierzy biorących udział w operacji „Dunaj”, było kilkuset komandosów z dwóch jednostek specjalnych. Patrząc przez pryzmat polityki – tłumili ruchy demokratyczne w Czechosłowacji. Ale z wojskowej perspektywy - przeprowadzili bardzo skuteczne operacje specjalne.

  • Pisząc o wydarzeniach z 1968 r. cytujemy relacje komandosów, którzy brali w nich udział.
  • Polskich komandosów szkolono do dywersji na tyłach armii NATO, ale ich pierwszym zadaniem była inwazja na Czechosłowację.
  • Politycznie ta operacja służyła tłumieniu dążeń wolnościowych, ale wojskowo został przeprowadzona wzorowo.

Zanim przejdziemy do relacji uczestników operacji „Dunaj”, warto pokazać szersze tło tamtych wydarzeń. W 1968 r. polska armia wzięła udział w inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Atak nastąpił nocą z 20 na 21 sierpnia. Wtedy wojska ZSRR, Bułgarii, NRD, Polski i Węgier przekroczyły granice Czechosłowacji. W operacji „Dunaj” brało udział 650 tys. żołnierzy. Ta interwencja jest jedną z najciemniejszych kart w powojennej historii Europy. Przywódca ZSRR Leonid Breżniew oznajmił, że akcja była konieczna, bo nie można się było zgodzić na postępujący demontaż socjalizmu w Czechosłowacji. Najazd był jasnym sygnałem Moskwy dla państw bloku wschodniego, które Rosjanie uważali za swoją wyłączną strefę wpływów.

Rozdzielić politykę i wojsko

- Dziś te wydarzenia budzą olbrzymie kontrowersje. Polskich żołnierzy użyto bowiem do tłumienia demokracji w Czechosłowacji. Z dzisiejszej perspektywy to nie do obronienia. Ale jeśli chce ktoś nas oceniać, powinien odnieść się do tamtych czasów. Wtedy nie było internetu i dostępu do wielu źródeł wiedzy. Oceny moralne pozostawiam każdemu, ale z wojskowego punktu widzenia wykonaliśmy zadania w sposób wzorcowy. Bez strat własnych, nie zadając ich też przeciwnikowi - wyjaśnia płk Witold Brzozowski, oficer 1. batalionu szturmowego z Dziwnowa, pomysłodawca i organizator „Festynów Komandosa”, które corocznie odbywają się w Dziwnowie w ostatni weekend sierpnia.

Dwie jednostki specjalne ruszyły do Czechosłowacji

Wróćmy do lata 1968 r. Na bazie Śląskiego Okręgu Wojskowego budowano armię interwencyjną. Jej dowódca, gen. Florian Siwicki, dostał do dyspozycji dwie jednostki komandosów: 1. batalion szturmowy oraz 62. kompanię specjalną z Bolesławca.

Pierwsze rozkazy związane z operacją „Dunaj” dotarły do jednostek specjalnych na początku lipca 1968 r. Z czasem obie specjednostki przerzucono w okolice Świdnicy, gdzie w ramach wojskowych ćwiczeń „Pochmurne lato” powstawała armia interwencyjna.

Oficerowie polityczni zaczęli bardzo intensywnie pracować. Przekonywali, że trzeba odpowiedzieć na „agresywne posunięcia NATO”. Mówili, że w ramach ćwiczeń „Czarny Lew” i „Srebrna Wieża” nad granicę RFN i Czechosłowacji przegrupowywane są wojska NATO, a Zachodni Niemcy demontują umocnienia nadgraniczne.

Żołnierzom drżały ręce

21 sierpnia wieczorem w 62. kompanii specjalnej ogłoszono alarm bojowy. Szef kompanii, sierż. Władysław Jandeczko, wydał żołnierzom po 90 sztuk nabojów, pięć granatów obronnych i pięć zaczepnych oraz suchy prowiant na trzy dni.

– Przy otwieraniu puszek z amunicją ręce drżały. A żołnierze trzymali się sierżanta jak matczynej spódnicy – wspominał po latach sierż. Jandeczko.

W tym czasie komandosi z Dziwnowa byli już na terenie Czechosłowacji. Sprawdzali drogi przemarszu kolumn polskich oddziałów.

– Wcześniej w Świdnicy zgrywaliśmy działania z pilotami – wtedy supernowoczesnych – Mi-8. Trzema śmigłowcami polecieliśmy prawie pod Pragę. Tam okazało się, że piloci nie mają uprawnień do latania w nocy. Nie mogliśmy wrócić, więc wystawiliśmy posterunki i czekaliśmy na reakcję przeciwnika. Do rana nic się nie działo, bez problemów wróciliśmy do kraju – wspominał kpt. Eugeniusz Browarski, w 1968 r. dowódca jednego z pododdziałów.

Rozkaz nie do wykonania

Jedna z grup specjalnych z Dziwnowa dostała rozkaz sprawdzenia nośności mostu w Lubawce. Odpowiadała też za to, aby żołnierze czechosłowaccy go nie wysadzili.

– Dostaliśmy rozkaz nie do wykonania. Gdyby Czesi chcieli zniszczyć most, to kilku żołnierzy uzbrojonych w jeden ręczny karabin maszynowy, jeden granatnik przeciwpancerny i kilka kałasznikowów zostałoby zmieciona w pył – przekonuje sierż. Jerzy Pawlak.

W nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 r., kilkanaście minut przed inwazją, żołnierze z Dziwnowa mieli otworzyć przejścia graniczne. Finezyjną akcję przeprowadził ppor. Jerzy Wróbel.

– Miał opanować przejście graniczne w Lubawce. Na cztery dni przed inwazją, przebrany w mundur szeregowca, poszedł, razem z dowódcą polskich wopistów z Lubawki, do strażnicy Czechów. Został przedstawiony jako brat wopisty. Po powrocie sporządził szkice budynku. Z ośmioma żołnierzami przeprowadził akcję – opowiada Witold Brzozowski.

Żołnierze por. Stanisława Połoncarza sprawnie rozpoznali przejście graniczne Pietrowice-Krnov. Opanowali je bez finezji. Transporterem opancerzonym staranowali szlaban i wbiegli do strażnicy.

„Uciszanie” nadajników radiowych

Zadania zostały wykonane na kilka minut przed godziną „0”. Komandosi „uciszali” też czeskie rozgłośnie radiowe. Nie można ich było niszczyć, ale należało rekwirować najważniejsze podzespoły.

Grupa, w której był sierż. sztab. Janusz Tomczak, wyeliminowała nadajnik kilkadziesiąt kilometrów od Pragi.

– Bez problemu wylądowaliśmy, opanowywaliśmy obiekt i zarekwirowaliśmy panele nadawcze. Ale przyszła taka mgła, że lotnicy nie zdecydowali się na powrót. Na ściernisku czekaliśmy na atak – wspomina Janusz Tomczak.

Podobnych akcji było więcej. Jedna z grup szturmowych przejęła przekaźnik telewizyjny w miejscowości Trutnov. Inna – nadajnik radiowy w Litomyślu.

– Lądowaliśmy w pobliżu radiostacji, opanowywaliśmy obiekt i wyciągaliśmy „kwarce”. Potem następował szybki odwrót – opowiada uczestnik operacji.

Dwa śmigłowce z kilkunastoma komandosami wylądowały w środku magazynów uzbrojenia niedaleko miasta Hradec Králové. Bez walki opanowano obiekt.

Lato, błoto i buda generała

Po zajęciu Czechosłowacji przez wojska Układu Warszawskiego 1. batalion szturmowy stacjonował w Hradec Králové, ale jego 1. kompanię szturmową pozostawiono przy 10. Dywizji Pancernej.

– Pilnowaliśmy dowódcę tej dywizji. Lało, błoto było po kolana, wszystkim rozdano gumowce. Latały potężne komary, a my bez przerwy trzymaliśmy wartę przy budzie (przyczepie mieszkalnej) generała. Szedł do kibla, a dwóch żołnierzy za nim – wspomina Jerzy Pawlak.

Komandosi mieli też m.in. neutralizować wrogą agenturę i chronić mieszkańców współpracujących z interwentami. Rzeczywistość była bardziej prozaiczna. Brali udział w sianokosach i wykopkach, raz gasili płonącą stodołę.

Przez pierwsze tygodnie żołnierze jedli tylko to, co dotarło z Polski. Na jedzenie nikt nie narzekał. Na „wojnie” żołnierzy karmiono lepiej niż w Polsce. A komandosi mieli dwa razy większe normy żywieniowe niż ich koledzy z jednostek regularnych.

Okupacyjne ruble i papierosy

Władze okupacyjne wydały specjalne pieniądze – ruble z paskiem na ukos, za które robiono zakupy w kantynie.

– Dodatkiem wojennym były papierosy. Szeregowcom przysługiwały „Sporty”, podoficerom – „Silesie”, a oficerom – „Carmeny”. Nasi handlowali papierosami z Czechami. Pół litra spirytusu kosztowało 50 koron – wspominał Władysław Jandeczko.

Kompania z Bolesławca odpowiadała za ochronę sztabu. Posterunki składały się z dwóch ludzi. Jeden stał na warcie, a drugi w pobliżu leżał zamaskowany i ubezpieczał.

W czasie całej operacji „Dunaj” polscy komandosi nie musieli walczyć. Dwóch z nich zginęło na skutek nieostrożnego obchodzenia się z bronią. Po zakończeniu działań wrócili do Polski jako jedni z pierwszych - pod koniec października 1968 r.

– Czesi żegnali nas kamieniami. Siedząc w kabinie ciężarówki, miałem sporo szczęścia; gdybym się nie uchylił, dostałbym takim kamieniem w twarz – mówił Mieczysław Kwarciak, w 1968 r. młody żołnierz z Bolesławca.

To było standardowe zadanie dla sił specjalnych

– Nie odnoszę się do polityki, bo czuję się żołnierzem. Ocenię więc jako oficer. W marcu 2003 r. w Iraku otrzymaliśmy rozkaz otwarcia drogi regularnym siłom sojuszniczym w głąb zdobywanego kraju. Wykonywaliśmy zadania typowe dla każdej wiodącej jednostki specjalnej każdej armii. Takie same zadania otrzymaliby nasi odpowiednicy z armii amerykańskiej, brytyjskiej czy niemieckiej na wojnie Układu Warszawskiego z NATO. Identyczne rozkazy dostali Amerykanie czy Brytyjczycy w Iraku i Afganistanie – podsumowuje płk rez. Andrzej Kruczyński „Wodzu”.

To dowódca zespołu bojowego GROM-u odpowiadający za przeprowadzenie operacji, która przeszła do legendy polskich specjalsów – za przejęcie platformy naftowej w irackim porcie Umm Kasr. Oficer jest stałym gościem „Festynu Komandosa” w Dziwnowie.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki