• Rosja prowadzi etapowe ukryte mobilizowanie masy żołnierskiej.
• Wkrótce, według HUR, pobór miałby objąć 600 tys. osób.
• Odżyje Józefa Stalina stwierdzenie: „Ludiej u nas mnoga”?
Rosja ma za sobą tzw. częściowe mobilizacje
Założeniem rosyjskiej pełnowymiarowej wojny z Ukrainą (rozpoczętej 24 lutego 2022 r.) było osiągnięcie szybkiego zwycięstwa nad armią ukraińską i opanowanie kluczowych ośrodków władzy siłami armii zawodowej, w tym jednostek wojskowych uważanych za elitarne (głównie sił specjalnych, powietrznodesantowych i zmechanizowanych). Tego celu nie udało się zrealizować: pierwsza faza rosyjskiej agresji, która w założeniu miała być „wojną błyskawiczną”, została odparta przez Ukrainę, a siły rosyjskie musiały wycofać się spod Kijowa, Czernihowa i Charkowa.
Wobec strat poniesionych w pierwszej fazie wojny na pełną skalę, władze Rosji zdecydowały o częściowej mobilizacji. Ogłoszono ją 21 września 2022 r. Według deklaracji ówczesnego ministra obrony Rosji, Siergieja Szojgu, objęła ona około 300 tys. osób – rezerwistów o różnych specjalnościach wojskowych. Działania mobilizacyjne szybko okazały się niewystarczające – tym bardziej że możliwości kierowania żołnierzy odbywających zasadniczą, obowiązkową służbę wojskową do działań na terytorium Ukrainy były i są ograniczone (przynajmniej formalnie).
Dlatego jeszcze pod koniec 2022 r. rosyjskie dowództwo musiało skorzystać również z innych zasobów: prywatnych firm wojskowych (takich jak Grupa Wagnera) oraz mobilizacji osób osadzonych w zakładach karnych. Mobilizacja z jesieni 2022 r. była – według oficjalnych przekazów rosyjskich władz – odpowiedzią na zagrożenie kontrofensywą ukraińskiej armii w obwodach charkowskim i chersońskim.
Operacja ta rozpoczęła się pod koniec sierpnia i trwała do listopada 2022 r., doprowadzając do odzyskania przez Kijów kontroli niemal nad całym obwodem charkowskim i częścią obwodu chersońskiego. Co prawda siły rosyjskie zdobyły Bachmut w obwodzie donieckim (wiosną 2023 r.), ale kosztem strat na poziomie co najmniej 50 tys. żołnierzy. Kolejne postępy armii rosyjskiej, takie jak zdobycie Awdijiwki czy Pokrowska, oznaczały zmianę przebiegu linii frontu rzędu kilku-kilkunastu kilometrów za cenę dziesiątek tysięcy zabitych i rannych.
Tyle analiza PAP, a teraz...
Według HUR 600 tys. osób może otrzymać powołania
Brak sukcesów i przedłużająca się wojna skłania rosyjskie władze do podjęcia kolejnego wysiłku mobilizacyjnego, jaki – w założeniu – miałby przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść Moskwy. Według danych ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Rosjanie mogą planować powołanie do wojska nawet 600 tys. osób do końca 2027 r.
– Obecnie Rosja jest zainteresowana podwyższaniem stawki, a więc eskalacja jest kluczowym instrumentem nacisku na Kijów i próbą osiągnięcia maksymalnego rezultatu – powiedział w rozmowie z PAP główny konsultant Narodowego Instytutu Badań Strategicznych w Kijowie, Witalij Jarmołenko.
Jak dodał, gdy mowa o pożądanych rezultatach wojny, Moskwa chciałaby umownej kapitulacji Ukrainy i rozstrzygnięcia ocenianego jako sukces nie tylko wobec Kijowa, ale także Zachodu. Pytanie, czy kolejna mobilizacja zmieni cokolwiek na polu walki na Ukrainie, pozostaje otwarte, jednak – obserwując dotychczasowy przebieg konfliktu i jego charakter (a zwłaszcza taktykę działań strony rosyjskiej) – jest to mało prawdopodobne.
Począwszy od 2022 r., a zwłaszcza od wspomnianej bitwy o Bachmut, Rosja stara się przełamać ukraińską obronę zmasowanymi uderzeniami piechoty, wspieranymi przez artylerię i stosunkowo od niedawna – drony. Z kolei posiadająca mniejsze zasoby ludzkie Ukraina broni się przede wszystkim zwiększaniem liczby stosowanych bezzałogowców (produkowanych i używanych w milionach sztuk w skali roku), w tym zwłaszcza licznych dronów FPV.
Bezzałogowce atakują pojedynczych żołnierzy i pojazdy, zapewniając – stosunkowo niskim kosztem – precyzję uderzenia i wysokie prawdopodobieństwo eliminacji celu, co przekłada się na wysokie straty, zwłaszcza po stronie atakującej. Co prawda rosyjska armia rozwija własne siły systemów bezzałogowych, starając się dostosować do realiów konfliktu, jednak nadal istotną rolę w jej działaniach ofensywnych odgrywają żołnierze piechoty.
Popierają specjalną operację wojskową, najchętniej z pozycji kanapy
Niezależnie od faktycznych planów władz Rosji, sama perspektywa powszechnej mobilizacji skłoniła część osób potencjalnie zagrożonych wcieleniem do armii do wyjazdu z kraju – przede wszystkim do Gruzji i Armenii. Jak informował w sierpniu portal Politico, liczba Rosjan wyjeżdżających z Rosji przekraczała wówczas 100 tys. tygodniowo. Władze Rosji zbierają dane rezerwistów i wprowadziły cyfrowe wezwania, by zapobiec ucieczkom przed poborem.
Nagły wzrost ruchu na południowej granicy Rosji przypomina wydarzenia z września 2022 r., kiedy ogłoszenie częściowej mobilizacji wywołało masową ucieczkę z kraju (z Rosji mogło wyjechać wówczas od 500 tys. do miliona osób). Ogłoszenie kolejnej – już nie częściowej, ale powszechnej mobilizacji wiąże się dla władz na Kremlu z pewnym ryzykiem: dotyczy ono potencjalnego wybuchu niezadowolenia społecznego w reakcji na taką decyzję. Mimo tego szanse na masowe niepokoje czy protesty na tym tle są minimalne. Poparcie społeczne dla kontynuowania wojny z Ukrainą (i pośrednio – z Zachodem) nadal jest tam bowiem wysokie.
– W rosyjskim społeczeństwie nie zmniejsza się faktycznie poparcie dla wojny – ocenił Jarmołenko. To, czy rosyjski przywódca Władimir Putin zdecyduje się na ogłoszenie nowej mobilizacji, pozostaje jak na razie w sferze spekulacji.
„Rosja nie ma problemu z dostępnością żołnierzy, więc żaden scenariusz mobilizacji nie jest potrzebny” – przekonywał Władimir Putin w czwartek (3 września) podczas obrad Wschodniego Forum Ekonomicznego we Władywostoku. Należy przy tym pamiętać, że – niezależnie od istnienia planów ogłoszenia powszechnej mobilizacji – jest ona, tak czy inaczej, realizowana w sposób ciągły, począwszy od 2022 r. W ubiegłym roku do armii zmobilizowano łącznie 400 tys. osób, a plany na 2026 r. przewidują zbliżone wartości.
Nie można wykluczyć, że Putin mobilizacją straszy bardziej Zachód niż Ukrainę
Jeśli do ogłoszenia mobilizacji jednak dojdzie, nie stanie się to wcześniej niż po wyborach do izby niższej rosyjskiego parlamentu – Dumy Państwowej, które mają się odbyć 18-20 września. W takim wariancie ogłoszenia decyzji należałoby oczekiwać nie wcześniej niż na przełomie września i października, a wejścia do działań zmobilizowanych żołnierzy (biorąc pod uwagę czas niezbędny na choćby podstawowe szkolenie, tj. nie mniej niż dwa lub trzy miesiące) – nie wcześniej niż na początku 2027 r.
– Hipotetyczna mobilizacja może być skierowana nie tylko przeciwko Ukrainie, ale także po to, by wywierać nacisk na kraje NATO. W ten sposób Rosja może grozić militarnie państwom regionu Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza krajom bałtyckim – ocenił Jarmołenko.
Dodał, że biorąc pod uwagę obecne „okno możliwości” działań wobec Ukrainy (co wynika m.in. z braków w zaopatrzeniu w pociski przeciwlotnicze i zbliżającej się zimy), Moskwa będzie dążyć do maksymalizacji nacisków środkami wojskowymi, traktując je jako element realizacji szerszej strategii w perspektywie co najmniej do 2030 r.
Kilka zdań komentarza
Obie strony konfliktu mają problemy z pozyskaniem żołnierza. Obie imają się ulicznych łapanek zdolnych do walki. To jednak Ukraina ma większy problem w łataniu dziur kadrowych na froncie niż Rosja. Widać, że zachęty finansowe – dość znaczących rozmiarów, jak na warunki ukraińskie i rosyjskie – znacząco straciły na atrakcyjności. O ile funkcjonowanie ukraińskiej strefy cywilnej finansowane jest przez Zachód, o tyle żołnierze opłacani są z budżetu państwa. Rosja – jeśli sytuację oceni się „na zimno” – ma bez porównania większe zasoby finansowe od Ukrainy.
Według Niemieckiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa (SWP – Stiftung Wissenschaft und Politik) w I kwartale wydatki wojskowe Moskwy były rekordowe i wyniosły 83,2 mld USD.
Według Kijowskiej Szkoły Ekonomicznej (KSE – Kijewskaja Szkoła Ekonomiki) ukraińskie wydatki wojskowe były znacząco mniejsze od rosyjskich, wyniosły 14,9 mld USD.
Większe możliwości zwiększenia tych wydatków są po stronie Rosji niż Ukrainy. W obu państwach prawdopodobieństwo wybuchu tzw. niepokojów społecznych wywołanych długą wojną jest niewielkie, choć większe w Rosji niż na Ukrainie. I w tej kwestii można byłoby napisać sążniste elaboraty, dlaczego jest tak, a nie inaczej.
W obu państwach infosfera wpięta jest w państwową propagandę. Podkreślam to dlatego, że według wiceszefa Kancelarii Prezydenta Ukrainy, gen. Pawło Palisy, Putin miał rozkazać swoim generałom, by do 31 grudnia 2026 r. cały Donbas znalazł się w rosyjskim władaniu. Palisa takie przypuszczenie, należy założyć, oparł na danych wywiadowczych,
O takim rozkazie nie ma mowy w rosyjskiej infosferze. To nie znaczy, że Kreml nie określił takiej strategicznej cezury. W przeszłości już kilkakrotnie Putin wyznaczał daty, które miały świadczyć o zwycięstwie w wojnie z Ukrainą. Zakładając, że informacje Palisy są prawdziwe, a Putin się tym nie chwali (a to oznacza, że media muszą milczeć), to mobilizacja, o której tak głośno bodaj od dwóch miesięcy, może być posunięciem propagandowym, blefem. Dlaczego?
A z prostej przyczyny, o czym mowa jest w analizie PAP: świeże wojsko mogłoby wejść do wojny wiosną 2027 r. A przecież w sylwestrowy wieczór Władimir Władimirowicz Putin chciałby w noworocznym orędziu ogłosić obywatelom zwycięstwo w SWO. O ile tylko: rozkaz zdobycia Donbasu do końca roku zostałby wydany. A jeśli tak będzie i zostanie wykonany. Bo jeśli te warunki nie zostaną spełnione, to… Sami Państwo postawcie prognozę.