Miał być lepszy od Garanda. Dlaczego Johnson M1941 przegrał wojnę o włos?

Czy można przegrać historię o kilka nabojów, kilka miesięcy i kilka decyzji podjętych ciut wcześniej przez kogoś innego? Można. I chyba niewiele karabinów udowadnia to równie dobrze jak Johnson M1941.

  • Johnson M1941 to rewolucyjny karabin, który mógł zdominować pola bitew, ale przegrał wyścig zbrojeniowy o "włos".
  • Z 10-nabojowym magazynkiem i innowacyjnym krótkim odrzutem, technologicznie przewyższał Garanda, lecz pojawił się "odrobinę za późno".
  • Mimo to, ten karabin stał się dziś poszukiwanym rarytasem i symbolem historii, która mogła potoczyć się zupełnie inaczej.

Był nowoczesny. Był oryginalny. Mieścił dziesięć nabojów zamiast ośmiu. Pozwalał uzupełniać magazynek w trakcie prowadzenia ognia. Miał szybko demontowaną lufę, interesujący system ryglowania i powstał z myślą o tym samym naboju .30-06, który zasilał podstawowy karabin amerykańskiej armii. Dodatkowo miał możliwość doładowywania że standardowej pięcionabojowej łódki do Springfielda 1903.

Problem polegał na tym, że kiedy Johnson był już naprawdę gotowy, M1 Garand był gotowy odrobinę wcześniej. A w przededniu największej wojny w historii ta odrobina znaczyła bardzo wiele.

Prawnik, Marine i konstruktor

Melvin Maynard Johnson Jr. nie pasuje idealnie do stereotypowego obrazu konstruktora broni. Z wykształcenia był prawnikiem, jednocześnie oficerem rezerwy US Marine Corps, strzelcem i człowiekiem głęboko zainteresowanym techniką uzbrojenia. W latach 30. obserwował amerykańskie próby zastąpienia karabinów powtarzalnych Springfield M1903 nowoczesną bronią samopowtarzalną. Zwycięzca tego wyścigu był już jednak właściwie znany. Konstrukcja Johna C. Garanda została formalnie przyjęta do uzbrojenia w 1936 roku jako U.S. Rifle, Caliber .30, M1.

Johnson uważał jednak, że można zrobić to lepiej. I w kilku kwestiach rzeczywiście miał argumenty. Jego karabin rozwijany pod koniec lat 30. nie był kopią Garanda ani próbą jego kosmetycznego poprawienia. Johnson poszedł własną drogą. Zamiast systemu gazowego zastosował zasadę krótkiego odrzutu lufy. Zamiast ośmionabojowego ładownika stworzył dziesięcionabojowy magazynek obrotowy. Całości dopełniała szybko demontowana lufa – kolejny element pokazujący, że Johnson nie zamierzał podążać ścieżką wydeptaną przez Garanda.

Na papierze wyglądało to znakomicie. Tyle że w 1936 roku Garand był już karabinem armii. Johnson pojawił się ciut, ciut za późno.

Karabin, który robi wszystko inaczej

Najbardziej fascynujące w M1941 jest to, że na pierwszy rzut oka nie wygląda szczególnie rewolucyjnie. Drewniane łoże, długa lufa, klasyczna sylwetka wojskowego karabinu pierwszej połowy XX wieku. Dopiero kiedy zajrzymy do środka, zaczyna się robić ciekawie.

M1941 działa na zasadzie krótkiego odrzutu lufy. Po strzale lufa i zamek pozostają przez moment połączone i cofają się razem. Po krótkiej drodze następuje odryglowanie, lufa zatrzymuje się, a zamek kontynuuje ruch do tyłu, wyrzucając łuskę. Następnie mechanizm powrotny kieruje zamek do przodu, pobierając kolejny nabój.

Za ryglowanie odpowiada obracający się zamek z ośmioma ryglami rozmieszczonymi wokół jego czoła. To rozwiązanie eleganckie technicznie i bardzo charakterystyczne dla Johnsona. Miało też pewną dodatkową zaletę. Karabin nie potrzebował układu gazowego biegnącego wzdłuż lufy, dzięki czemu sama lufa mogła być łatwo demontowana. Po jej zdjęciu długa broń piechoty zmieniała się w dwa znacznie wygodniejsze do transportowania elementy.

Dla zwykłego piechura była to przyjemna cecha. Dla spadochroniarza – już znacznie więcej. I właśnie dlatego Johnson zainteresował później amerykańskich Marines, w tym ich jednostki spadochronowe. Znów jednak pojawia się nasze „odrobinę”.

Mechanizm krótkiego odrzutu wymagał, aby lufa mogła swobodnie wykonywać swój niewielki ruch. Wszystko, co zwiększało jej masę, mogło wpływać na pracę broni. A armia chciała przecież karabinu wyposażonego w bagnet. Johnson otrzymał więc charakterystyczny, niezwykle lekki bagnet. Był funkcjonalny. Ale w porównaniu z solidnym bagnetem M1 wyglądał… odrobinę zbyt delikatnie.

Dziesięć jest większe niż osiem

Jeżeli istnieje element M1941, przy którym zwolennicy Johnsona mogą z satysfakcją spojrzeć na Garanda, jest nim magazynek. Garand mieścił osiem nabojów .30-06 w charakterystycznym ładowniku. Johnson – dziesięć. Ale nie sama pojemność była najważniejsza. Boczny otwór magazynka Johnsona umożliwiał jego ładowanie za pomocą standardowych pięcionabojowych łódek, a także uzupełnianie amunicji, gdy naboje nadal znajdowały się w broni.

Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Oddaliśmy trzy strzały z Garanda – zostało pięć nabojów. Oddaliśmy trzy strzały z Johnsona – zostało siedem. Ale jeśli sytuacja na to pozwalała, mogliśmy ponownie dołożyć amunicję.

W walce była to bardzo interesująca cecha. Strzelec nie musiał koniecznie rozpoczynać kolejnego kontaktu z przeciwnikiem z tym, co akurat pozostało w magazynku. Johnson dawał więc żołnierzowi odrobinę więcej amunicji i odrobinę więcej swobody. Tyle że amerykańska armia miała już milion innych powodów, żeby nie zmieniać decyzji.

Dobry karabin w złym momencie

To właśnie tutaj najłatwiej popełnić błąd w opowiadaniu historii M1941. Johnson nie przegrał dlatego, że był kiepskim karabinem. Przegrał przede wszystkim dlatego, że przysiadł się do pokerowego stolika odrobinę za późno. Karty były już rozdane, żetony leżały przed graczami, a można wręcz odnieść wrażenie, że kiedy Johnson zajmował swoje miejsce, najważniejsza partia była już właściwie rozegrana.

US Army przyjęła Garanda, rozpoczęła jego produkcję, przygotowywała szkolenie, części zamienne, narzędzia, procedury i całą logistykę. Tymczasem nad Europą zbierały się już czarne chmury. Johnson mógł jeszcze pokazać swoje karty. Mógł udowadniać, że w pewnych konkurencjach jego konstrukcja jest lepsza, w innych porównywalna, a w jeszcze innych po prostu bardziej pomysłowa. Tyle że przeciwnik zdążył już zgarnąć pulę.

W czasie wojny US Army potrzebowała dużo karabinów

Wojna nie była momentem na rozdawanie kart od nowa. Armia potrzebowała karabinów. Dużo karabinów. Szybko. A Garand był już produkowany. Johnson mógł być w niektórych aspektach lepszy, w innych gorszy, a w jeszcze innych po prostu inny. Aby go przyjąć, nie wystarczało jednak udowodnić, że jest dobry. Musiałby wykazać, że jest na tyle lepszy, aby opłacało się zakłócić rozpędzającą się machinę produkcyjną i logistyczną.

I właśnie tutaj zabrakło mu odrobiny przewagi. Skoro Amerykanie nie chcą… Johnson znalazł jednak klienta. Holandia potrzebowała nowoczesnej broni dla sił mających bronić jej kolonii w Azji, przede wszystkim Holenderskich Indii Wschodnich. Zamówiono dziesiątki tysięcy karabinów Johnsona oraz jego lekkich karabinów maszynowych.

Wydawało się, że konstrukcja wreszcie dostała swoją wielką szansę. Tyle że znów przyszła ciut za późno. Japońska ekspansja na Pacyfiku i upadek Holenderskich Indii Wschodnich sprawiły, że znaczna część zamówionej broni nie dotarła do użytkownika, dla którego pierwotnie powstała. I wtedy Johnsonem zainteresowali się ludzie, dla których jego nietypowe cechy nagle zaczęły mieć ogromny sens - Marines.

Marines z Johnsonem na Pacyfiku, ale to nadal za mało

US Marine Corps zawsze miał w sobie odrobinę większą skłonność do chodzenia własnymi drogami. Szczególnie interesujące były jednostki Paramarines – spadochroniarzy Korpusu Piechoty Morskiej. Dla nich możliwość szybkiego zdemontowania lufy nie była ciekawostką techniczną. Ułatwiała transport broni podczas operacji powietrznodesantowych.

Marines uzyskali ograniczoną liczbę Johnsonów i broń rzeczywiście znalazła się na Pacyfiku. Nigdy jednak nie stała się standardowym karabinem Korpusu. Było jej po prostu odrobinę za mało.

Johnson pozostał więc bronią nietypową, używaną w niewielkich ilościach i pozostającą w cieniu Garanda, który z każdym kolejnym rokiem wojny stawał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli amerykańskiego żołnierza.

Paradoksalnie jeszcze ciekawsze wojenne losy miał jego krewniak – M1941 Johnson Light Machine Gun. Lekki, poręczny i zasilany z bocznego magazynka stał się bronią cenioną przez część żołnierzy, a rozwiązania Johnsona nie zniknęły wraz z zakończeniem produkcji jego karabinów.

Jeszcze jedno rozdanie Johnson M1941 – Chile

Wojna się skończyła, ale historia Johnsona M1941 jeszcze nie. Jednym z jej najciekawszych epilogów był kontrakt chilijski. Chile zdecydowało się na zakup partii Johnsonów, ale nie w amerykańskim .30-06 Springfield. Karabiny miały strzelać nabojem 7×57 Mauser, od dawna związanym z chilijskim uzbrojeniem.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że oznaczało to poważną przebudowę broni. Tymczasem Johnson miał tutaj odrobinę szczęścia. Średnica dna łuski 7×57 Mauser jest praktycznie taka sama jak w .30-06 Springfield. Dzięki temu nie było potrzeby zmiany czoła zamka. Najważniejszym elementem konwersji pozostawała więc lufa.

I tutaj historia robi się jeszcze ciekawsza. Lufy kalibru 7 mm sprowadzono z Meksyku, dzięki czemu Johnsony można było przystosować do chilijskiego naboju bez projektowania całej broni od początku. Powstała stosunkowo niewielka partia karabinów 7×57, stanowiąca dziś szczególnie interesującą odmianę M1941.

Ten mało znany epizod pokazuje przy okazji coś, co łatwo przeoczyć, patrząc na Johnsona wyłącznie jako przegranego konkurenta Garanda. Konstrukcja była zaskakująco podatna na adaptację. Szybko demontowana lufa, niemal identyczna średnica dna obu łusek i możliwość wykorzystania istniejącego zamka sprawiły, że zmiana kalibru okazała się znacznie prostsza, niż można byłoby oczekiwać od wojskowego karabinu samopowtarzalnego zaprojektowanego przed II wojną światową.

Johnson dostał więc jeszcze jedno rozdanie. Tyle że – jak zwykle – ciut za małe, żeby odmienić jego los.

Człowiek od Johnsona nie powiedział ostatniego słowa

Sam Melvin Johnson nie zniknął wraz ze swoim karabinem. W kolejnych latach jego doświadczenia i pomysły znalazły swoje miejsce w rozwoju amerykańskiej broni strzeleckiej, a konstruktor współpracował później m.in. z ArmaLite i środowiskiem, z którego wyrosła rodzina AR-10 i AR-15.

Historia potrafi być przewrotna. Człowiek, który nie zdołał zastąpić Garanda, pozostawił swój ślad także w świecie broni, która miała nadejść po nim.

Johnson M1941 waży około 4,3 kg, ma lufę długości około 22 cali i w podstawowej wersji strzela pełnowymiarowym nabojem .30-06 Springfield. Dziesięcionabojowy magazynek, obrotowy zamek, krótki odrzut lufy i możliwość szybkiego jej demontażu tworzą konstrukcję, której nawet dzisiaj trudno odmówić oryginalności.

Garand został przyjęty odrobinę wcześniej

Ale suche dane techniczne nie tłumaczą fenomenu tego karabinu. Żeby go zrozumieć, trzeba spojrzeć na zegarek. Garand został przyjęty odrobinę wcześniej. Produkcja M1 zdążyła rozpędzić się odrobinę bardziej. Johnson potrzebował ciut większej przewagi, żeby uzasadnić zmianę.

Holendrzy dostali swoją szansę odrobinę za późno. Marines otrzymali tych karabinów odrobinę za mało, żeby mogły zapisać własny wielki rozdział wojny na Pacyfiku. Chile zamówiło ciut za mało, aby powojenny epilog mógł zmienić los konstrukcji.

Sam M1941 był zaś być może odrobinę zbyt skomplikowany i ciut zbyt nietypowy, aby w chwili totalnej mobilizacji przekonać armię, która miała już bardzo dobry karabin. I chyba właśnie dlatego po ponad osiemdziesięciu latach Johnson fascynuje tak bardzo. Garand wygrał wojnę o miejsce w historii. Produkowano go w milionach i stał się ikoną. Johnson przegrał. Ale przegrał o włos.

Dzisiaj, kiedy bierzemy do ręki M1941, nie oglądamy więc nieudanego konkurenta Garanda. Oglądamy materialny ślad jednej z tych chwil, kiedy historia mogła skręcić w nieco inną stronę. Wystarczyłoby kilka decyzji podjętych wcześniej. Kilka testów zakończonych inaczej. Trochę więcej czasu. Trochę większe zamówienie.

Tak historia Johnsona zatacza koło

Bo to, co w świecie wielkich kontraktów wojskowych, rządowych zamówień i totalnej wojny było jego przekleństwem, po kilkudziesięciu latach stało się największą zaletą. Johnsonów wyprodukowano ciut za mało i używano ich odrobinę za krótko aby mogły rywalizować z Garandem o miejsce w zbiorowej pamięci. Dzięki temu właśnie dzisiaj M1941 jest prawdziwym rarytasem kolekcjonerskim – bronią znacznie rzadszą, bardziej egzotyczną i mającą za sobą historię, której nie sposób pomylić z żadną inną.

Szczególne miejsce zajmują tutaj egzemplarze z kontraktu chilijskiego w kalibrze 7×57 Mauser. Niewielka liczba wyprodukowanych karabinów, nietypowy kaliber i niezwykła historia ich powstania sprawiają, że dla kolekcjonera są czymś więcej niż tylko kolejną odmianą. To jedna z tych wersji, przy których rzadkość przestaje być statystyką, a staje się częścią historii konkretnego egzemplarza.

I może właśnie na tym polega największa ironia losu M1941. W świecie zamówień rządowych i wielkich wojen „ciut, ciut” nie jest zaletą. Tam liczą się miliony sztuk, ogromne moce produkcyjne, logistyka i właściwy moment.

Ale w świecie kolekcjonerskim? Tam „ciut, ciut” zdecydowanie jest zaletą. Bo czasami właśnie tyle dzieli dobry karabin od legendy. A czasami – legendę od prawdziwego rarytasu.