- Ukraina intensyfikuje ataki na rosyjskie cele na tyłach, stawiając na wojnę na wyniszczenie, która ma osłabić potencjał wroga.
- Celem są kluczowe obiekty infrastruktury naftowej, które stanowią "piętę achillesową" Rosji.
- Skuteczność ukraińskich dronów i ich rosnąca skala mogą przynieść wymierne rezultaty, mimo początkowych wyzwań.
- Dowiedz się, jak Ukraina zamierza zaskoczyć Rosję i jakie konsekwencje to może mieć dla Moskwy.
Wojna na Ukrainie ma charakter konfliktu na wyniszczenie
Michael Kofman, znany amerykański ekspert, analizujący na podstawie częstych „wizyt terenowych” rzeczywisty przebieg wojny na Ukrainie, powiedział w rozmowie z Ukraińską Prawdą, że wojna obecnie ma charakter konfliktu na wyniszczenie i sytuacja na froncie nie zmusza Kijowa do szukania porozumienia pokojowego „za wszelką cenę". W logice konfliktu na wyniszczenie chodzi, co jest banałem, o „zużycie” potencjału drugiej strony, ale nie wyłącznie o charakterze militarnym, a generalnie zdolności do stawiania oporu w tym skruszenie odporności społecznej i woli kontynuowania walki, a także zniszczenie potencjału gospodarki.
Z tego też powodu uderza się na wrażliwe cele rozlokowane na całym terenie atakowanego kraju, nie czyniąc specjalnie rozróżnienia między obiektami o przeznaczeniu wojskowym a cywilnym. Inną charakterystyczną cechą wojny na wyniszczenie jest jej długotrwałość, cele strategiczne osiąga się powoli, a uderzenie porównać można do ciosów na korpus w czasie pojedynku bokserskiego, które nie doprowadzają przeciwnika do nokautu, ale „odbierając mu tlen", osłabiają go na tyle, że porażka staje się w dłuższej perspektywie nieuchronna.
Czwarty rok wojny na Ukrainie, czyli "zamarcie" frontu
Kofman jest zdania, że w 2025 roku Ukraina poradziła sobie lepiej niż można to było na początku roku zakładać, a najważniejszym zjawiskiem czwartego roku wojny jest „zamarcie" frontu. Tradycyjna wojna manewrowa nie jest, ze względu na masowe nasycenie pola walki środkami rozpoznania, możliwa, podobnie jak koncentracja sił nawet w niewielkiej skali jest działaniem ryzykownym.
Rozpowszechnienie precyzyjnej broni naprowadzanej – powiedział amerykański ekspert - i wszechobecny nadzór pola walki sprawiły, że obu stronom znacznie trudniej jest przeprowadzać manewry na jakąkolwiek skalę.
Front nie znieruchomiał w tradycyjnym rozumieniu tego terminu, nie mamy do czynienia z wojną pozycyjną, jednak zmienił się w sposób zasadniczy model walki. Jak argumentuje Kofman:
Ta wojna nie charakteryzuje się ciągłymi liniami obrony. Ukraińskie pozycje to rozproszone grupy wojsk, rozmieszczone w znacznych odległościach od siebie, a siły rosyjskie starają się je oskrzydlić. Pole bitwy to nakładająca się strefa dronów, z pozycjami ukraińskimi i rosyjskimi przeplatającymi się na obszarach miejskich. Obecność nie oznacza kontroli. Dlatego znacznie trudniej jest zrozumieć, kto co kontroluje, a linia frontu stała się znacznie bardziej niewyraźna.
Polecany artykuł:
Amerykański ekspert: Rosja ma przewagę tylko w krótkiej perspektywie
Taka ewolucja pola walki sprzyja przejściu do wojny „na dystans”, na wyniszczenie, w której atakowane są cele na tyłach przeciwnika. Nie oznacza to jednak, że w tej formule obie walczące strony realizują identyczne cele strategiczne. Jak zauważa amerykański analityk:
Na poziomie strategicznym powiedziałbym tak: w krótkiej perspektywie Rosja ma przewagę w sile żywej i środkach walki. Jej kampania uderzeniowa koncentruje się na infrastrukturze energetycznej, a teraz mamy zimę. Tymczasem ukraińska kampania uderzeniowa koncentruje się na zasobach gospodarczych Rosji i jej zdolności do kontynuowania wojny. To da rezultat w czasie najbliższych sześciu miesięcy, a może i w dłuższej perspektywie.
Innymi słowy rosyjska kampania uderzeniowa ma raczej krótki horyzont planowania, a ukraińska nieco dłuższy. Warto mieć to w pamięci, jeśli chce się oceniać efekty uderzeń ukraińskich na rosyjskie cele. Na poziomie anonsów popularnych mediów ta kampania jest skuteczna, pojawiają się nawet doniesienia, iż Ukraińcy zniszczyli 38 proc. zdolności do przetwórstwa ropy naftowej Federacji Rosyjskiej, która zaczyna mieć problemy budżetowe i może nawet w związku z tym nie być w stanie - w nieco dłuższej, ale jednak kilkumiesięcznej perspektywie - finansować wojny.
Problem polega jednak na tym, że te pocieszające informacje nie są prawdziwe, choć nie oznacza to, że ukraińskie uderzenie na rosyjskie cele nie są potrzebne i skuteczne. Ale żeby zrozumieć rzeczywisty, a nie powierzchownie ujmowany przez media cel ukraińskich operacji, trzeba wgłębić się w szczegóły.
Jaka jest efektywność ukraińskich operacji na Rosję?
Zacznijmy od efektywności uderzeń. Zgodnie z raportem brytyjskiego think tanku strategicznego RUSI, skuteczność rażenia ukraińskimi dronami dalekiego zasięgu wynosi ok. 10 proc. Co to oznacza w praktyce i czy mamy do czynienia z opłacalną, również z ekonomicznego punktu widzenia, strategią? David Axe, w artykule opublikowanym na stronach CEPA, przeprowadził obliczenia związane z kosztami ukraińskich ataków. I tak, w jego opinii jeden dron dalekiego zasięgu kosztuje stronę ukraińską ok. 80 tys. dolarów, a w jednej operacji uderzeniowej „zużywa” się od 100 do 150 dronów typu FP-1 lub FP-2 (producent Fire Point) czy An-196 (Ukroboronprom). Z grubsza jedna salwa kosztuje ok. 12 mln dolarów.
Stany Zjednoczone i państwa Zachodu użyłyby w takim przypadku rakiet Tomahawk, którymi Ukraina nie dysponuje w wystarczającej liczbie, o jednostkowym koszcie 2 mln dolarów. Amerykańskie rakiety szybciej się przemieszczają, mają też większą głowicę i połączenie tych dwóch czynników siły głowicy i energii kinetycznej powodują, że zniszczenia, które jest w stanie wyrządzić 15 ukraińskich dronów można porównać do rażenia celu 2 lub 3 rakietami Tomahawk.
Tylko że Amerykanie nie „strzelają” pojedynczymi rakietami tego typu. W lipcu, kiedy zaatakowali irańskie instalacje nuklearne, przeprowadzono salwę angażując 30 Tomahawków, co powoduje, że ich zużycie, choć jednostkowo skuteczniejsze i tańsze od rozwiązań, do których odwołują się Ukraińcy - jest per saldo droższe. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia dostępności amerykańskich konstrukcji i nie mniej istotna - związana z koniecznością uzyskania zgody Waszyngtonu na zaatakowanie niektórych typów celów.
Rakieta manewrująca Flamingo. Strategiczna gra Ukrainy na wielu poziomach
Game-changerem może być konstrukcja Flamingo ze względu na jej zasięg (3 tys. km), wielkość głowicy (1,3 tony) i przede wszystkim fakt, że jest ona w całości ukraińskiej produkcji. Problemem jest wszakże to, jak zauważa Axe, że mamy do tej pory jedynie 9 przypadków potwierdzonego użycia tych rakiet manewrujących, co jest zdecydowanie zbyt mało, aby formować daleko idące sądy na temat parametrów i skuteczności tych systemów.
W związku z relatywnie małą liczbą potwierdzonych uderzeń przeprowadzonych przy użyciu Flamingo pojawiły się na Zachodzie, chętnie powtarzane przez polskich „specjalistów”, tezy, iż w tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z operacją dezinformacyjną, że Flamingo nie istnieje albo nie ma parametrów deklarowanych przez producenta, albo jest zbyt powolny i w związku z tym łatwy do namierzenia i przechwycenia.
Te wątpliwości trochę rozwiewa informacja z 30 grudnia zapowiadająca transakcję między firmą EDGE Defence Group kontrolowaną kapitałowo przez państwowy fundusz inwestycyjny Zjednoczonych Emiratów Arabskich a Fire Point. W świetle tych doniesień EDGE ma zamiar kupić 30 proc. akcji Fire Point, które zostały wycenione na 760 mln dolarów, co oznacza, iż cała firma jest „wyceniana” na 2,5 mld dolarów. Nie jest to mało jak na przedsięwzięcie, które wystartowało od zera w 2022 roku.
Nie wydaje się też, aby w toku badania Fire Point Arabowie nie interesowali się zdolnościami i wiarygodnością medialnych deklaracji producenta w sprawie Flamingo. Nie sądzę, aby te doniesienia rozwiały wątpliwości naszych sceptyków, więc kwestię skuteczności Flamingo pozostawmy nierozstrzygniętą, pamiętając wszakże, że jeśli analizujemy skuteczność wojny na wyniszczenie, to być może Ukraina nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.
Polecany artykuł:
Ukraina używa rakiet Flamingo razem z Neptunami?
David Axe zwrócił w swym materiale jeszcze uwagę na co innego. Otóż pojawiły się doniesienia o tym, że strona ukraińska „używa” razem, „w parze” rakiet Neptun i Flamingo. Tego rodzaju taktykę potwierdził też Wołodymyr Zełenski w jednym ze swoich wystąpień. W grudniu z kolei ukraiński prezydent powiedział, że jedna z pięciu wystrzelonych rakiet Flamingo trafiła cel, co jego zdaniem oznacza znaczący postęp (pozostałe zostały przechwycone przez rosyjską obronę), a w przypadku Neputów „było dobrze, a jest bardzo dobrze”.
Jedna z teorii, dlaczego Ukraińcy używają tych systemów „w parze", wskazuje, iż może właśnie chodzić o skupienie ognia rosyjskiej obrony powietrznej na jednej z rakiet, co zwiększać ma skuteczność drugiej.
Pierwsze Samodzielne Centrum Systemów Bezzałogowych SBU
W ukraińskiej prasie ukazał się też reportaż z 14. Pułku Systemów Bezzałogowych, który niedawno przekształcił się w Pierwsze Samodzielne Centrum Systemów Bezzałogowych SBU. Z tego ciekawego materiału można się dowiedzieć, iż przygotowanie każdej z operacji, w których celem są obiekty położone daleko za linią frontu, trwa co najmniej kilka miesięcy, co pozwala zrozumieć, dlaczego skala uderzeń ukraińskich narasta, ale nie w ekspresowym tempie.
Eksperci Bloomberga obliczyli, że w grudniu siły ukraińskie przeprowadziły 24 ataki tego rodzaju, co jest miesięcznym rekordem i mamy do czynienia ze wzrostem zdolności, liczby i częstotliwości rażonych celów. Dowódca pułku (centrum), skrywający się za pseudonimem Charlie, powiedział dziennikarzom, iż jego jednostka jest stale rozbudowywana i nie ma problemów z naborem ochotników, podobnie jak z dostawami sprzętu.
Od lata 2024 podległa mu formacja realizowała kilka zadań o wymiarze strategicznym – w pierwszych miesiącach uderzenia skierowane były przeciw składom i magazynom rosyjskiej amunicji, następnie celem stały się bazy rosyjskiego lotnictwa strategicznego, a dopiero od lata 2025 roku, wraz z rozbudową zdolności, zaczęto atakować rosyjską infrastrukturę wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej.
Kompleks paliwowy jest „piętą achillesową" Rosjan
Dowództwo ukraińskie doszło do wniosku, że kompleks paliwowy jest „piętą achillesową" Rosjan. Po pierwsze jest on rozproszony, co oznacza, że trudniej chronić rafinerie, magazyny i przepompownie ropy niż w przypadku strategicznych przedsiębiorstw produkcyjnych. To wymusza na Rosjanach podejmowanie trudnych decyzji, gdzie koncentrować zdolności do obrony przestrzeni powietrznej. Ich ograniczona liczba nie może „znajdować się wszędzie", co w gruncie rzeczy sprowadza się do przekształcenia rosyjskiego atutu strategicznego, jakim do tej pory była wielkość kraju w przekleństwo - z punktu widzenia zdolności do obrony.
W przypadku firm sektora paliwowego skuteczność nawet pojedynczych uderzeń, z oczywistego powodu, może być większa niż w przypadku ataków na inne obiekty przemysłowe. Nawet częściowe uszkodzenia wzmacniają efekt działania sankcji, bo obejście embarga na części zamienne, maszyny i urządzenia wymaga czasu i nie jest proste.
Wreszcie rosyjski sektor paliwowy, choć duży i przez lata rozbudowywany, zorganizowany jest „węzłowo", czyli za zaopatrzenie w paliwo danego regionu, który składa się z kilku obwodów i może być zamieszkały nawet przez kilka milionów ludzi, odpowiada jedna rafineria i skoncentrowany wokół niej system dystrybucyjny. Jeśli nawet na krótki czas uda się ją unieruchomić, to powstają lokalne napięcia zaopatrzeniowe, które władzom trudno rozwiązać, ze względu na ograniczenia transportowe i odległości.
Ukraina atakuje sąsiadujące ze sobą rosyjskie rafinerie
Jeśli atakowane są jednocześnie sąsiadujące ze sobą rafinerie, a Ukraińcy od pewnego czasu stosują tego rodzaju taktykę, to może wystąpić efekt lawinowego załamywania się systemu dystrybucyjnego, co jeszcze wzmacnia efekt psychologiczny, istotny w wojnie na wyniszczenie, w której dąży się do załamania wola walki przeciwnika.
„Charlie” powiedział dziennikarzom, że nowy rok „przyniesie Rosjanom dużą liczbę niespodzianek” i nie jest odległym moment, w którym jego żołnierze będą w stanie jednorazowo wystrzelić nawet 1000 dronów dalekiego zasięgu. Tego rodzaju skala może dać również efekt w postaci osłabienia rosyjskich zdolności do obrony własnej przestrzeni powietrznej, bo liczba rakiet przechwytujących, którą dysponują i które produkują, jest ograniczona.
Zmienia się też, jego zdaniem, jakość ukraińskich konstrukcji, które już obecnie przewyższają analogiczne systemy amerykańskie. Drony dalekiego zasięgu mogą obecnie działać niezależnie od warunków atmosferycznych, co jeszcze kilka miesięcy temu nie było możliwe.
Wojna na wyniszczenie jest dopiero w początkowej fazie
Innymi słowy: ze względu na rozbudowę ukraińskich zdolności długotrwały proces przygotowania każdego ataku i umiejętności adaptacyjne przeciwnika wojna na wyniszczenie weszła dopiero, w przypadku działań sił ukraińskich, w początkową fazę. To wyjaśnia, dlaczego - według szacunków ekspertów - ekonomiczne „koszty", jakie ponoszą Rosjanie w wyniku tych uderzeń, są ograniczone, co nie zmienia faktu, iż kontynuowanie przez Kijów dotychczasowej strategii może przynieść w kolejnym roku wymierne rezultaty.
Ale o tym w następnym materiale, w którym omówię, jak zorganizowany jest rosyjski system obrony przestrzeni powietrznej, przetwórstwa i dystrybucji artykułów ropopochodnych i jakie konsekwencje dla Moskali może być kontynuowanie przez Ukrainę dotychczasowej strategii.