Spis treści
Amerykanie po rosyjskiej inwazji na Ukrainę rozpoczęli jeden z największych od dekad programów rozbudowy przemysłu amunicyjnego. Uruchomiono wielomiliardowe inwestycje, zamówiono nowe linie technologiczne i zaangażowano zakłady w Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie.
Cel był jednoznaczny: zwiększyć produkcję kompletnej amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm z około 14 tys. do 100 tys. sztuk miesięcznie. Termin wyznaczono na październik 2025 roku.
Nie został dotrzymany.
36 zamiast 100 tysięcy
Według opublikowanej w lipcu 2026 roku oceny inspektora generalnego amerykańskiego resortu obrony w marcu produkowano około 36 tys. kompletnych sztuk amunicji miesięcznie. Przedstawiciel US Army potwierdził następnie, że liczba pozostawała aktualna również w lipcu. Oznacza to, że przemysł osiągnął zaledwie około jednej trzeciej planowanego tempa, mimo przekroczenia pierwotnego terminu o kilka miesięcy.
Wzrost z 14 tys. do 36 tys. pocisków nie jest pozbawiony znaczenia. W warunkach pokojowych potrojenie produkcji w ciągu kilku lat można byłoby uznać za sukces. Problem polega na tym, że zapotrzebowanie określono na podstawie wojennych doświadczeń Ukrainy, konieczności odbudowy amerykańskich zapasów oraz przewidywanych zamówień zagranicznych.
Przemysł miał więc nie tylko produkować więcej niż przed 2022 rokiem. Miał przejść na tempo odpowiadające warunkom długotrwałego konfliktu.
Fabryka za 469 mln dolarów nie dostarczyła ani jednego korpusu
Najpoważniejszy problem pojawił się w zakładzie w Mesquite w Teksasie, należącym do General Dynamics Ordnance and Tactical Systems. Fabrykę otwarto w maju 2024 roku. Zastosowane tam linie miały wykorzystywać wysoki poziom automatyzacji, cyfrową kontrolę procesu i nowoczesne metody produkcji.
Zakład miał wytwarzać 30 tys. metalowych części pocisków miesięcznie. Oznaczałoby to pokrycie niemal jednej trzeciej całego amerykańskiego celu produkcyjnego.
Do marca 2026 roku fabryka nie dostarczyła jednak ani jednego elementu spełniającego wymagania kontraktu. Na jej powstanie armia wydała około 469 mln dolarów.
Przyczyną nie był brak hali lub zamówionych maszyn. Problem dotyczył samej technologii. Producent próbował przystosować urządzenia przeznaczone pierwotnie do wykonywania korpusów starszego pocisku M107 do produkcji nowszego M795, mającego odmienne wymagania techniczne.
Przedstawiciele armii zgodzili się na takie rozwiązanie, ponieważ maszyny były dostępne i mogły – przynajmniej teoretycznie – przyspieszyć uruchomienie produkcji. Inspektor generalny ocenił jednak, że zaakceptowano ryzyko związane z wykorzystaniem niesprawdzonego procesu i urządzeń, które wcześniej nie wykazały zdolności do wykonywania części zgodnych z amerykańskimi specyfikacjami.
Pierwsze opóźnienia pojawiły się już kilka miesięcy po podpisaniu kontraktu. W sierpniu 2025 roku armia nakazała wstrzymanie prac, a później przedłużała okres przeznaczony na rozwiązanie problemów technicznych i kontraktowych.
General Dynamics poinformował w lipcu 2026 roku o osiągnięciu porozumienia z wojskiem. Koncern ma przeznaczyć własne środki na dokończenie przedsięwzięcia. Zamiast pierwotnych trzech linii i 30 tys. elementów miesięcznie rozważana jest jednak produkcja 20 tys. sztuk w Mesquite. Zdolność odpowiadająca kolejnym 9 tys. ma zostać utworzona u innych dostawców amerykańskiej i kanadyjskiej bazy przemysłowej, prawdopodobnie dopiero do końca 2028 roku.
Korpus pocisku jest tylko początkiem
Amunicja 155 mm nie jest pojedynczym wyrobem opuszczającym jedną linię. Kompletny zestaw, który może zostać użyty przez załogę haubicy, obejmuje między innymi pocisk z materiałem wybuchowym, zapalnik, spłonkę oraz ładunek miotający. Poszczególne komponenty często powstają w różnych zakładach.
Najpierw trzeba wyprodukować metalowy korpus pocisku. Następnie musi on zostać poddany obróbce, kontroli jakości i przygotowaniu do napełnienia. W innym zakładzie jest napełniany materiałem wybuchowym, składany i pakowany. Oddzielnie powstają materiały miotające, zapalniki i pozostałe elementy.
Każdy etap ma własną maksymalną wydajność. Jeżeli jedna fabryka może napełnić 50 tys. pocisków miesięcznie, ale zakłady metalowe dostarczają jedynie 30 tys. korpusów, to rzeczywista produkcja nie przekroczy niższej wartości.
W przypadku Stanów Zjednoczonych ograniczeniem okazało się przede wszystkim wykonywanie metalowych części pocisków. Amerykanie rozwijali równolegle zdolności napełniania, montażu i pakowania, ale nowe zakłady końcowego etapu nie mogą pracować z pełną wydajnością bez odpowiedniego strumienia korpusów.
US Army zakłada, że modernizacja zakładu Iowa Army Ammunition Plant oraz uruchomienie nowych instalacji w Kansas i Arkansas pozwolą do grudnia 2027 roku osiągnąć zdolność napełniania, montowania i pakowania nawet 140 tys. pocisków miesięcznie. Jest to jednak potencjalna moc jednego odcinka łańcucha, a nie gwarancja wyprodukowania takiej samej liczby kompletnych zestawów.
Nowa hala nie oznacza produkcji
Przykład Mesquite podważa popularne przekonanie, że pieniądze i zakup automatycznej linii wystarczą do szybkiego zwiększenia dostaw.
W przemyśle amunicyjnym konieczne jest jeszcze ustabilizowanie procesu, uzyskanie wymaganej powtarzalności, przeprowadzenie prób, kwalifikacja wyrobu i wykazanie, że każda partia spełnia kryteria bezpieczeństwa.
Maszyna może wykonywać tysiące elementów. Dopóki nie spełniają one specyfikacji, wojskowa produkcja wynosi jednak zero.
Trzy zakłady i trzy różne wyniki
Problemy nie ograniczyły się do nowej fabryki w Teksasie. Spośród pozostałych zakładów wytwarzających metalowe części pocisków tylko jeden osiągnął zakładany poziom.
Zakład w Wilkes-Barre w Pensylwanii produkował około 21 tys. elementów miesięcznie, zgodnie z planem. Scranton Army Ammunition Plant miał osiągnąć 35 tys., ale w marcu 2026 roku wytwarzał około 15 tys. Powodem były między innymi problemy z modernizowanym wyposażeniem. Kanadyjski zakład w Ingersoll miał dostarczać 15 tys. elementów miesięcznie, lecz osiągał około 10 tys.
Polecany artykuł:
Łączna produkcja metalowych części wzrosła z około 14 tys. do 46 tys. miesięcznie. Nadal pozostawała jednak zdecydowanie niższa od celu.
Według oceny przedstawionej inspektorowi generalnemu trzy funkcjonujące zakłady mogą do września 2026 roku osiągnąć łącznie zdolność około 71 tys. elementów miesięcznie. Nadal byłoby to tylko 71 proc. planu, nawet przy założeniu, że inne etapy produkcji nie stworzą kolejnego ograniczenia.
Różnica pomiędzy 71 tys. potencjalnie produkowanych korpusów i 36 tys. obecnie wytwarzanych kompletnych pocisków pokazuje przy tym, jak łatwo pomylić kilka różnych wskaźników. Można osobno mówić o mocy nominalnej maszyn, produkcji metalowych części, liczbie napełnianych pocisków oraz liczbie pełnych zestawów przekazywanych wojsku.
Dopiero ostatnia wartość opisuje rzeczywistą zdolność zaopatrywania jednostek artyleryjskich.
Zapasy trzeba jednocześnie odbudować
Według raportu zasoby amunicji artyleryjskiej 155 mm znajdujące się w dyspozycji Pentagonu zmniejszyły się w ciągu czterech lat o około 3,6 mln sztuk. Ponad 3 mln przekazano Ukrainie, około 112 tys. zużyto podczas szkoleń i prób, a około 218 tys. sprzedano innym państwom. Raport nie ujawnia aktualnej liczebności amerykańskich zapasów.
Produkcja musi zatem realizować równocześnie kilka zadań. Powinna pokrywać bieżące zużycie szkoleniowe, umożliwiać eksport, wspierać partnerów oraz odbudowywać rezerwy potrzebne na wypadek konfliktu z udziałem sił amerykańskich.
Właśnie dlatego wzrost do 36 tys. pocisków nie rozwiązuje problemu. Produkcja może być kilkukrotnie większa niż przed wojną, a jednocześnie pozostawać zbyt mała wobec tempa uzupełniania magazynów.
Inspektor generalny ostrzegł, że niewystarczające zwiększenie zdolności może obniżać gotowość USA i zwiększać ryzyko, iż Pentagon nie będzie w stanie zaspokoić potrzeb własnych sił, sojuszników i partnerów podczas przyszłych konfliktów.
Polska buduje podobny łańcuch
Amerykańskie doświadczenia mają bezpośrednie znaczenie dla Polski. Wojska Lądowe zwiększają liczbę armatohaubic Krab i K9, a krajowy przemysł realizuje inwestycje, które mają radykalnie podnieść produkcję amunicji 155 mm.
W Kraśniku powstaje infrastruktura do produkcji korpusów pocisków. Według MESKO obecne zdolności zakładu wynoszą około 25 tys. korpusów rocznie. Pełne uruchomienie rozbudowanych instalacji przewidziano na 2028 rok. Rząd deklaruje osiągnięcie około 180 tys. korpusów rocznie, natomiast MESKO w swoich komunikatach wskazuje na projekt zwiększenia zdolności do 150 tys. sztuk.
Niezależnie od różnic w podawanych wartościach oznacza to plan wielokrotnego zwiększenia produkcji. Amerykański przypadek pokazuje jednak, że należy rozróżnić zakończenie robót budowlanych, zainstalowanie maszyn, uzyskanie mocy nominalnej oraz regularne dostarczanie wyrobów spełniających wymagania.
Polska rozwija jednocześnie pozostałe odcinki łańcucha. W lipcu MESKO poinformowało o zakończeniu transferu technologii produkcji prochu przeznaczonego do modułowych ładunków miotających. Pierwsza partia przeszła badania laboratoryjne i próby ogniowe z wykorzystaniem armatohaubicy Krab.
MESKO i francuska grupa EURENCO powołują również spółkę, która ma produkować w Polsce systemy ładunków modułowych oraz trójbazowe materiały miotające. Rozpoczęcie produkcji zapowiedziano na 2028 rok. Docelowo przedsięwzięcie ma dostarczać setki tysięcy ładunków rocznie.
W maju Agencja Uzbrojenia podpisała z konsorcjum PGZ-Amunicja umowę o wartości przekraczającej 13,5 mld zł netto. Kontrakt, finansowany z mechanizmu SAFE, obejmuje dostawę kilkuset tysięcy sztuk bojowej amunicji 155 mm. Część prac przypadająca na MESKO, w tym dostawy ładunków modułowych w latach 2028–2030, ma wartość ponad 6 mld zł.
Duże zamówienie daje przemysłowi przewidywalność i uzasadnia inwestowanie w nowe moce. Nie odpowiada jednak automatycznie na pytanie, ile kompletnych zestawów powstanie w Polsce w każdym miesiącu i jaka część ich komponentów będzie rzeczywiście pochodzić z krajowych zakładów.
Polska nie powinna powtórzyć błędu Mesquite
Najważniejszą lekcją ze Stanów Zjednoczonych nie jest to, że rozbudowa produkcji się nie udała. Amerykanie rzeczywiście zwiększyli dostawy, otworzyli nowe zakłady i odtworzyli kompetencje zaniedbywane przez dekady.
Problemem było przyjęcie zbyt optymistycznego założenia, że niesprawdzone urządzenia i proces technologiczny można szybko dostosować do wojskowych wymagań, a ryzyko zostanie ograniczone w trakcie realizacji programu.
W Polsce już na etapie inwestycji należy zatem kontrolować nie tylko harmonogram budowy hal, ale również terminy odbioru maszyn, produkcji pierwszych elementów, prób ogniowych, kwalifikacji oraz osiągania stabilnej jakości przez kolejne partie.
Potrzebne są także osobne dane dla korpusów, materiałów wybuchowych, prochów, ładunków modułowych, zapalników i kompletnej amunicji. Wysoka zdolność wytwarzania jednego komponentu nie zapewni bezpieczeństwa dostaw, jeżeli pozostałe nadal będą importowane albo produkowane w znacznie mniejszych ilościach.
Amerykański raport pokazuje, że w programach amunicyjnych najłatwiej zbudować imponującą prezentację nowych inwestycji. Znacznie trudniej uzyskać powtarzalny wyrób, który może zostać odebrany przez wojsko.
Dla gotowości bojowej nie ma znaczenia liczba otwartych fabryk ani nominalna wydajność zakupionych linii. Liczy się wyłącznie liczba kompletnych, sprawdzonych pocisków, które każdego miesiąca trafiają do magazynów.