Zbudowaliśmy system wsparcia dla rannych na misjach poza granicami RP

W staraniach o poprawę wsparcia dla poszkodowanych weteranów jednostki mają zbyt małą siłę przebicia. Instytucja w rodzaju stowarzyszenia ma w takich sprawach, mających często finał w sądach, nieporównywalnie większe możliwości dochodzenia swoich praw. Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju powstało między innymi po to, by reprezentować środowiska poszkodowanych przed władzami wojskowymi i władzami państwowymi, żeby nam było lżej żyć – podkreśla w rozmowie z Portalem Obronnym jego prezes, st. chor. szt. w st. spocz. Tomasz Kloc.

Tomasz KLOC, prezes - towarzyszenie Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju
Autor: Andrzej Bęben

• Stowarzyszenie założyła grupa weteranów pełniąc służbę poza granicami Polski.

• Ponad 900 weteranów doznało uszczerbku na zdrowiu wykonując zadania na różnych misjach.

• 307 z nich należy do Stowarzyszeniu Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju.

Andrzej Bęben: – Wasze Stowarzyszenie powstało w roku 2008. Ktoś mógłby spytać: dlaczego tak późno?

Tomasz Kloc: – Dwa lata wcześniej w Warszawie zebrała się grupa weteranów. Mieliśmy spotkanie z prof. płk. Stanisławem Ilnickim. To był wybitnej klasy psychiatra, pionier leczenia w Polsce PTSD, czyli zespołu stresu pourazowego. Było nas wówczas kilkunastu, przyjechaliśmy na takie spotkanie terapeutyczne do prof. Ilnickiego. Precyzując: uczestniczyliśmy w doświadczalnym turnusie psychologiczno-rehabilitacyjnym. Wówczas zrodził się pomysł, by stworzyć stowarzyszenie b. żołnierzy, którzy pełniąc służbę poza granicami Polski, ponieśli uszczerbek na zdrowiu.

– W jakim celu?

– A w takim, że okazało się, iż w staraniach o poprawę wsparcia dla poszkodowanych weteranów jednostki, działając indywidualnie, mają – tak to nazwijmy – zbyt małą siłę przebicia. Instytucja w rodzaju stowarzyszenia ma w takich sprawach, mających często finał w sądach, nieporównywalnie większe możliwości dochodzenia swoich praw. Pomoc zależała od zaangażowania dowódców jednostek wojskowych, przełożonych wyższych, czyli dowódców rodzajów wojsk, i to jak bardzo ci ludzie się angażowali, tak różnie weterani otrzymywali pomoc. Była zróżnicowana, zaangażowanie było różne. Jedni z nas byli dłużej w służbie, inni byli szybciej zwalniani do cywila z przyczyn zdrowotnych. I tak to się działo. Powstało Stowarzyszenie i jego nadrzędnym celem jest reprezentowanie środowiska poszkodowanych przed władzami wojskowymi i władzami państwowymi, żeby nam było lżej żyć.

– Wydawałoby się, że państwo ma przede wszystkim zadbać o tych, co stracili zdrowie w misjach pokojowych, a umówmy się, także na wojnach zwanych „misjami stabilizacyjnymi”.

– Tak, ale tymi działaniami państwa trzeba było pokierować. Przed Irakiem i Afganistanem można było stracić zdrowie podczas stricte pokojowych misji pod flagą ONZ. Tam też były inne ubezpieczenia, inne uprawnienia dla poszkodowanych. Gdy pojechaliśmy do Iraku, a potem do Afganistanu, to zaczęły pojawiać się całkiem inne, nowe problemy. Zaczęły się nawet potęgować. Było zdecydowanie więcej rannych, byli polegli, byli mocno poszkodowani, którzy potracili ręce, nogi, ale też pojawiły się problemy związane chociażby z PTSD. To zmotywowało nas do tego, aby pukać do tego państwa polskiego, do tych władz, do najważniejszych dowódców wojskowych, by naciskać na to, aby system opieki nad poszkodowanymi był dostosowany do ich realnych potrzeb. To było konieczne, gdy istniejące systemy opieki dotyczyły kombatantów z II wojny światowej i powstańców warszawskich.

Portal Obronny - konferencja fundacja GROM
Portal Obronny SE Google News

– W 2011 r. zaistniała ustawa o weteranach działań poza granicami państwa…

– To był przełom. Ustawa była kilkakrotnie nowelizowana.

– Stowarzyszenie miało w tym swój udział?

– Tak, konsultowano z nami zmiany. Sami też składaliśmy wnioski, by zmienić to a to, a to i to dodać do nowelizacji. Były do tego powołane zespoły na szczeblu Departamentu Spraw Socjalnych Ministerstwa Obrony Narodowej i oczywiście ze wsparciem dowódców wojskowych najwyższego szczebla. W sumie te przepisy były zarówno tworzone, jak i potem nowelizowane na podstawie doświadczeń środowiska weteranów poszkodowanych. Krótko mówiąc: nie były problemami wyimaginowanymi, tylko opierały się na realnych przeżyciach w ramach chociażby leczenia, rehabilitacji, funkcjonowania dalej w społeczeństwie konkretnych weteranów poszkodowanych. A ponieważ było nas coraz więcej w Stowarzyszeniu, to jakby nasilała się skala tego, że nie dotyczyło to pojedynczego przypadku, tylko okazywało się, że ten problem dotyczy całości tego środowiska.

– Ilu w Polsce obecnie jest „rannych i poszkodowanych w misjach poza granicami kraju”?

– Ponad dziewięciuset, do Stowarzyszenia należy jedna trzecia z nich. Mamy 307 członków, z czego – trzeba powiedzieć wprost – ponad 80 proc. najciężej rannych to nasi członkowie. To daje taki obraz, że ci są z nami. Najstarszy z nich jest już po osiemdziesiątce. Zdrowie stracił w misji ONZ w Syrii, w wypadku komunikacyjnym.

– Rozumiem, że zgłaszają się do Stowarzyszenia byli żołnierze, którzy utraty na zdrowiu nie doświadczyli wczoraj, tylko ileś lat temu, a nie radzą sobie z problemami i szukają jeszcze pomocy…

– Tak się zdarza. Nie ma takiego posiedzenia zarządu, żebyśmy jednego czy dwóch takich weteranów nie przyjmowali. Nie chodzi tylko o jakieś świadczenia – to trzeba podkreślić. Weterani widzą potrzebę pewnej integracji środowiskowej. I temu także służy nasza działalność. Choćby poprzez organizację turnusów rehabilitacyjnych. Chodzi o to, by dać im wsparcie wewnętrzne.

– W misjach ONZ Wojsko Polskie uczestniczy, w stabilizacyjnych – już nie. Nie ukrywajmy jednak, że Polacy, w tym b. żołnierze Wojska Polskiego, walczą jako ochotnicy w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Niektórzy tracą życie, znacznie więcej płaci utratą zdrowia. Co z nimi?

– Takie osoby generalnie nie mogą być członkami naszego Stowarzyszenia. Niemniej jednak na prośbę jednego z naszych partnerów biznesowych weteranów wojny w Ukrainie otaczamy też pewną opieką rehabilitacyjną.

– Czy winno objąć się jakimiś świadczeniami, nazwijmy je umownie kombatanckimi, Polaków walczących po ukraińskiej stronie?

– Powiem tak: rząd polski stał za każdym żołnierzem, który wyjeżdżał do Afganistanu, Iraku. Natomiast jeśli ktoś postanowił walczyć na Ukrainie, to jest to jego indywidualna sprawa, udał się tam na własne ryzyko. Dlatego uważam, że obowiązek troszczenia się o poszkodowanych ochotników spoczywa nie na polskim, ale na ukraińskim rządzie.

***

Więcej o działalności Stowarzyszenia na jego stronie internetowej.