Rośnie napięcie na Bliskim Wschodzie. Czy Trump zaatakuje Iran żeby przykryć porażkę w wyborach?
Oczy świata ponownie mogą zwrócić się na Bliski Wschód. Od jakiegoś czasu pojawiają się sygnały, mogące świadczyć o tym, że Stany Zjednoczone szykują się do kolejnej rundy w starciu z Iranem.
„The New York Times” ujawnił, że Stany Zjednoczone przeprowadziły w poniedziałek nalot na irańską wyspę Keszm. Miał być to jeden z serii potajemnie prowadzonych ataków. Mimo, że skala operacji jest nieporównywalnie mniejsza z tą, którą widzieliśmy pod koniec lutego i w marcu, to trudno przejść obok niej obojętnie.
W środę rano media obiegła informacja aż o czterech tankowcach, które miały ulec zniszczeniu w rejonie Ormuzu. Statki wpłynęły na miny morskie. Irański Korpusu Strażników Rewolucji poinformował również o zatrzymaniu dwóch innych jednostek. Agencja AFP przekazała, że wszystko to miało miejsce zaledwie kilka godzin po tym, jak Donald Trump potwierdził ataki na Keszm.
2 listopada były pracownik Fox News Tucker Carlson przekonywał, że premier Izraela Benjamin Netanjahu naciska na Trumpa w sprawie wznowienia działań przeciwko Iranowi. Celem miałby być obiekt nazywany „Górą Kilofów”. To ulokowany głęboko pod ziemią kompleks związany z ośrodkiem nuklearnym w Natanzie. Wg. izraelskiego wywiadu Teheran miał wznowić w nim prace nad bronią jądrową. Carlson twierdził, że Trump rozważa zniszczenie go przy użyciu głowicy nuklearnej.
Kolejną lampką alarmową jest wzmożony ruch lotniczy. Eksperci od kilku dni obserwują amerykańskie samoloty transportowe C-17A Globemaster III wykonujące loty m.in. z bazy w Fort Bliss w Teksasie do Izraela i sprzymierzonych ze Stanami Zjednoczonymi państw Zatoki Perskiej. Zdaniem ekspertów Amerykanie przerzucają systemy obrony przeciwlotniczej Patriot oraz amunicję do nich.
Oliwy do ognia może dolać dotkliwa porażka Republikanów w wyborach połówkowych do amerykańskiego Kongresu. Czy Trump zdecyduje się na eskalację konfliktu z Iranem, żeby przykryć przegraną wewnątrz kraju?
– Polityka amerykańska w tamtym rejonie jest mocno chaotyczna i właściwie nie wiadomo, w jakim kierunku może pójść. Prezydent wyraźnie nie ma pomysłu na to, jak rozwiązać wojnę. Wydaje mi się, że Donald Trump skłonny byłby do podjęcia takiej decyzji, raczej niechętny atakowi na Iran byłby natomiast Departament Wojny. No ale są jakieś jeszcze pozarządowe ośrodki, które być może mogą naciskać na eskalację. Mówię tutaj o lobby izraelskim. Prezydenta w tej chwili nic nie wiąże i ma on po prostu większe pole manewru. Do tej pory musiał się liczyć z reakcją opinii publicznej. Znamy już jednak wyniki wyborów. W związku z tym przedpole jest oczyszczone i może zapaść jakaś decyzja. To jest nie do przewidzenia – mówi Portalowi Obronnemu amerykanista prof. Włodzimierz Batóg z Uniwersytetu Warszawskiego.
Jeżeli nie Iran, to może jakiś inny teatr działań? Przez chwilę mowa była o Kubie.– Kuba byłaby interesująca dla Amerykanów. Obalenie Maduro w Wenezueli poszło bardzo łatwo i bezkosztowo. Natomiast problem polega na tym, że trzeba by przeprowadzić inwazję. Nie wiem, czy Amerykanie mają środowisko, które po obaleniu rządu kubańskiego byłoby skłonne przejąć władzę. O ile w przypadku Wenezueli takie środowisko było, to w przypadku Kuby raczej go nie ma. Z drugiej strony taka operacja byłaby mniej ryzykowna i łatwiejsza do przeprowadzenia, bo Kuba jest bliżej niż Iran. Nie zapominajmy jednak o historycznych konotacjach, jak nieszczęsna operacja w Zatoce Świń w czasach Kennedy'ego, czy liczne próby obalenia Fidela Castro w latach następnych – wyjaśnia prof. Batóg.Ekspert dodaje, że w Ameryce istnieje czasem tendencja do wywołania łatwego do wygrania konfliktu w celu odwrócenia uwagi opinii publicznej. – Tak zrobił Reagan w 1983 roku, atakując Grenadę pod byle jakim pretekstem. Trzeba poczekać mniej więcej dwa tygodnie, żeby wybadać, jakie są nastroje i co w tej sytuacji można zrobić. Wojna z Iranem wydaje mi się o tyle mało prawdopodobna, że Amerykanie mogą narazić się na jeszcze większą porażkę. Upokorzenie takiego mocarstwa jak Stany Zjednoczone przez Iran byłoby ogromne. Trzeba jednak mieć pamiętać, że o ile te wybory dotyczyły bardziej kwestii wewnętrznych, to następne wybory do Kongresu, które będą razem z wyborami prezydenckimi, będą niosły ze sobą to obciążenie. Za dwa lata będziemy już oceniać nie tylko politykę wewnętrzną, ale też politykę zagraniczną. Jeżeli Republikanie chcą wygrać, to może będą musieli postąpić trochę ostrożniej. Z drugiej strony jednak uważam, że prezydent Trump ma wyraźny problem z przywództwem i nie jest w stanie zbudować wokół siebie jakiejś grupy, która kierowała by decyzjami, na której on by się opierał. Wszystkie podejmowane są ad hoc i na podstawie emocji – podsumowuje ekspert.