- Iran intensywnie fortyfikuje strategiczną wyspę Chark, kluczową dla eksportu ropy, w obawie przed amerykańskim atakiem, rozmieszczając personel wojskowy, miny i zestawy przeciwlotnicze.
- Amerykańscy urzędnicy i eksperci wojskowi oceniają, że desant na Chark byłby operacją o ogromnym ryzyku, niosącą duże straty dla USA, z uwagi na silną obronę irańską i bliskość lądu.
- Alternatywą dla desantu może być blokada morska wyspy, mająca na celu odcięcie Iranu od dochodów z ropy bez konieczności bezpośredniego starcia lądowego.
- USA rozważają zajęcie wyspy Chark jako sposób na uzyskanie przewagi w negocjacjach z Iranem i kontrolę nad jego eksportem ropy, co wiąże się jednak z ryzykiem eskalacji konfliktu i wpływu na rynki globalne.
W ostatnich tygodniach Iran podjął intensywne działania w celu przygotowania wyspy Chark (Kharg) na ewentualny atak ze strony Stanów Zjednoczonych. Według informacji przekazanych przez portal CNN, powołujący się na amerykański wywiad, Teheran przesuwał personel wojskowy, stawiał miny i umacniał obronę wyspy, która jest kluczowa dla eksportu irańskiej ropy naftowej. Amerykańscy urzędnicy i eksperci wojskowi zgodnie oceniają, że taka operacja byłaby niezwykle ryzykowna i mogłaby wiązać się z dużą liczbą ofiar po stronie amerykańskiej.
Wyspa Chark posiada wielowarstwową obronę, a w ostatnim czasie Iran przerzucił tam dodatkowe przenośne zestawy pocisków przeciwlotniczych. Ponadto, wokół wyspy, w tym na liniach brzegowych, gdzie mógłby nastąpić desant, rozstawiono miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne. Izraelski rozmówca stacji CNN podkreślił skalę zagrożeń dla amerykańskich sił, mówiąc:
„Mamy nadzieję, że nie podejmą takiego ryzyka i zamiast tego ostrzelają pola naftowe, ale nie ma sposobu, aby to przewidzieć”.
Irańska strategia obronna i groźba odwetowa
Emerytowany admirał James Stavridis, były naczelny dowódca Sił Sojuszniczych NATO, ocenił, że
„Irańczycy są sprytni i bezwzględni. Zrobią wszystko, co w ich mocy, aby zadać jak największe straty siłom amerykańskim, zarówno na okrętach na morzu, jak i zwłaszcza wtedy, gdy wojska lądowe znajdą się gdziekolwiek na ich suwerennym terytorium”.
Analityk emigracyjnego portalu Iran International zwrócił uwagę na ryzyko uprowadzenia amerykańskich żołnierzy, co, jak stwierdził, „większość komentarzy w irańskich mediach i kręgach politycznych przedstawia taki scenariusz jako szansę, a nie zagrożenie dla Teheranu”.
Mohsen Rezai, były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i obecny starszy doradca wojskowy nowego najwyższego przywódcy Iranu, Modżtaby Chameneiego, w przeszłości sugerował pojmanie amerykańskich żołnierzy w celu wymuszenia wysokich sum za ich uwolnienie. Inny były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, Hossein Kanani Mogaddam, oświadczył, że amerykańska operacja lądowa „zmieniłaby sytuację na polu bitwy na korzyść” Iranu. Dodał, że
„Zabijając lub porywając amerykańskich żołnierzy, moglibyśmy zwiększyć straty USA do takiego stopnia, że szybko pożałowaliby swoich działań”.
Przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf podkreślił, że Teheran bardzo dokładnie monitoruje ruchy amerykańskich wojsk i ostrzegł, że w razie ataku cała infrastruktura kraju, z którego wyszłyby amerykańskie siły inwazyjne, stałaby się celem „pozbawionych ograniczeń nieustannych ataków”. Według CNN, arabskie państwa Zatoki Perskiej sprzeciwiają się atakowi na wyspę, domagając się likwidacji irańskiego programu rakiet balistycznych. Stavridis zasugerował, że alternatywą mogłoby być wprowadzenie blokady morskiej wyspy, co uniemożliwiłoby eksport irańskiej ropy bez konieczności wysyłania wojsk na ląd.
Scenariusze inwazji i dylematy Waszyngtonu
Według analizy Financial Times potencjalny scenariusz inwazji na wyspę Chark zakładałby lądowanie amerykańskich oddziałów za pomocą samolotów V-22 Osprey i śmigłowców, a następnie rozproszenie się po kluczowym hubie eksportu ropy naftowej pod irańskim ostrzałem. Żołnierze mieliby wykorzystywać infrastrukturę naftową wyspy jako osłonę, stawiając irański reżim przed dylematem: zniszczyć własne instalacje naftowe, aby odeprzeć atak, czy pozwolić Waszyngtonowi przejąć kontrolę nad ekonomicznym kręgosłupem kraju.
Prezydent Donald Trump wyraził nadzieję na zawarcie porozumienia z Iranem, ale jednocześnie Stany Zjednoczone rozważają zajęcie wyspy Chark jako jedną z opcji, mającą na celu uzyskanie dodatkowej dźwigni nacisku na irański reżim w przypadku eskalacji wojny. Taki ruch pozwoliłby USA kontrolować niemal cały irański eksport ropy, odcinając Iranowi przychody bez konieczności niszczenia infrastruktury, co mogłoby wywołać chaos na globalnych rynkach. Jednocześnie dałoby to USA istotny atut przetargowy w negocjacjach zmuszających Iran do ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz.
Karen Gibson, była dyrektor wywiadu Dowództwa Centralnego USA (CENTCOM), podkreśliła w rozmowie z FT, że „wprowadzenie wojsk lądowych jest ryzykowną operacją dla naszych [przyp. red. amerykańskich] sił”. Mimo że USA są w stanie militarnie zająć wyspę, największym wyzwaniem jest „nie tylko zdobycie wyspy [...] ale utrzymanie jej pod ciągłą presją”. Republikański senator Lindsey Graham sugerował, że irański reżim „uschnie na winorośli”, jeśli straci eksport ropy.
Pentagon planuje skierować do regionu tysiące żołnierzy z 82. Dywizji Powietrznodesantowej oraz dwie Marine Expeditionary Units (MEU), każda licząca około 2200 marines. Jedna z nich, 31. MEU, jest już w drodze z Japonii na pokładzie okrętu desantowego USS Tripoli, a druga – 11. MEU – płynie na czele grupy Amphibious Ready Group „Boxer”. Każda MEU składa się z batalionu piechoty, jednostek lotnictwa bojowego oraz batalionu logistycznego, a okręty transportują samoloty V-22 Osprey, myśliwce F-35 oraz barki desantowe.
Była dyrektor wywiadu CENTCOM, Karen Gibson, uważa, że jedna MEU byłaby wystarczająca do zajęcia i utrzymania wyspy, nazywając to „klasyczną operacją marines”. Jednakże, jak dodała, „Ale robiliby to pod ciągłą presją i pod ogniem”. Straty w ludziach wśród amerykańskich żołnierzy byłyby praktycznie pewne, ponieważ Chark to niewielka wyspa, położona zaledwie 15 mil (24 kilometry) od irańskiego wybrzeża kontynentalnego, a więc w zasięgu irańskich rakiet, dronów i artylerii.
Emerytowany admirał James Stavridis w rozmowie z FT, stwierdził, że amerykańskie wojska mogłyby „utrzymywać ją w nieskończoność, o ile przewaga w powietrzu i na morzu pozostawałaby po stronie sił okupacyjnych”. Porównał skalę operacji do bitew z II wojny światowej, ale zaznaczył, że
„To nie jest skala drugiej wojny światowej na wyspach takich jak Okinawa czy Iwo Jima pod względem wielkości i siły obrońców”.
Operacje desantowe, w których wojska przechodzą z okrętów na ląd, są wpisane w DNA Korpusu Piechoty Morskiej USA. Ostatnia duża operacja desantowa pod ostrzałem miała miejsce podczas bitwy o Okinawę. Podczas inwazji na Irak w 2003 roku Amerykanie użyli desantu do zajęcia terminali naftowych na półwyspie Al Faw, ale spotkali się tam jedynie ze słabym oporem.
Amerykańskie siły już zaatakowały instalacje wojskowe na wyspie Chark, niszcząc ponad 90 celów, w tym składy min morskich i bunkry z rakietami. Te początkowe uderzenia mogą być pierwszą fazą operacji przejęcia wyspy – przygotowaniem pola walki. Kalev Sepp, weteran amerykańskich sił specjalnych, przewiduje, że operacja zajęcia Chark polegałaby na „krótkim i gwałtownym” ataku z użyciem precyzyjnej broni, a następnie desancie powietrznym. Seth Krummrich, były szef sztabu Dowództwa Operacji Specjalnych na Bliskim Wschodzie (SOCCENT) w rozmowie z FT, uważa, że celem byłoby „zaszokowanie przeciwnika, szybkie zajęcie terenu i zrobienie tego jak najszybciej”.
Wyzwanie stanowiłoby zbliżenie okrętów do Chark, co wymagałoby wejścia w Cieśninę Ormuz, która jest zaminowana. Alternatywą byłoby pozostawienie okrętów poza Zatoką i przeprowadzenie desantu wyłącznie drogą powietrzną, jednak śmigłowce i samoloty byłyby narażone na ogień z ziemi i drony kamikadze. Jonathan Hackett, weteran Korpusu Piechoty Morskiej w rozmowie z FT, sugeruje, że siły USA mogłyby rozwinąć się z lądowego obszaru koncentracji, co wymagałoby zgody pobliskich państw Zatoki Perskiej lub Jordanii.
FT zwraca uwagę, że oprócz zdolności Iranu do stawiania militarnego oporu, poważnym ryzykiem jest wpływ operacji na rynki ropy naftowej, który mógłby podważyć sens całej misji. Seth Krummrich stwierdził, że jakakolwiek operacja zajęcia Chark byłaby „wojną gospodarczą” i walczono by „w zupełnie innej i znacznie bardziej skomplikowanym terenie”. Trudniej byłoby też uzasadnić taką operację przed amerykańską opinią publiczną, zwłaszcza w obliczu zbliżających się jesiennych wyborów.
Mark Cancian uważa, że zajęcie Chark dałoby USA znaczną „siłę przetargową”. Nie jest jednak jasne, czy Teheran wybrałby negocjacje, czy raczej dalszą eskalację. Niektórzy spekulują, że Iran mógłby zastosować taktykę spalonej ziemi i zniszczyć własną infrastrukturę naftową, zamiast oddać ją w ręce wroga. Oznacza to, że nawet gdyby operacja zajęcia wyspy przebiegła idealnie, mogłaby niewiele zmienić w ogólnym położeniu USA w wojnie z Iranem.
Zaminowanie Cieśniny Ormuz i amerykańskie przygotowania
Amerykański wywiad wykrył w Cieśninie Ormuz dwa typy min morskich, które miał rozstawić irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Jak podała stacja CBS, powołując się na urzędników zaznajomionych ze sprawą, Iran rozstawił miny pływające typu Mahan 3 – 300-kilogramowe ładunki z czujnikami akustycznymi, zdolne do wykrywania statków z odległości około 3 metrów. Drugim typem są 220-kilogramowe miny denne Maham 7, przeznaczone do atakowania mniejszych jednostek i mogące być rozmieszczane za pomocą małych kutrów lub śmigłowców na głębokości od 3 do 91 metrów.
W odpowiedzi na to zagrożenie Stany Zjednoczone przyjęły taktykę niszczenia irańskich jednostek zdolnych do rozmieszczania min, wykorzystując w tym celu śmigłowce Apache i samoloty bliskiego wsparcia A-10. CBS podkreśliła, że liczba min morskich w arsenale Iranu szacowana jest na od 2 do 6 tysięcy, pochodzących zarówno z produkcji irańskiej, jak i chińskiej, rosyjskiej, a nawet sowieckiej. Prezydent Donald Trump w reakcji na doniesienia wywiadu wezwał do natychmiastowego usunięcia min z Cieśniny Ormuz.
Rosjanie pomagają Iranowi?
Doniesienia „Financial Times” wskazują na intensyfikację współpracy między Rosją a Iranem w zakresie dostaw dronów bojowych, żywności i lekarstw. Zachodnie służby wywiadowcze monitorują te działania z dużą uwagą, ponieważ dostawy uzbrojenia, zwłaszcza dronów, stanowiłyby znaczący krok w zacieśnianiu relacji wojskowych między oboma krajami. Wcześniejsze doniesienia medialne mówiły o tym, że Moskwa dostarczała Teheranowi m.in. zdjęcia satelitarne, dane do naprowadzania celów oraz wsparcie wywiadowcze, co już wskazywało na pogłębiającą się współpracę.
Zapytany o te rewelacje, Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla, stanowczo odrzucił oskarżenia. „Krąży teraz wiele fałszywych informacji. Jedno jest prawdą: wciąż prowadzimy dialog z irańskim przywództwem” – oświadczył, starając się zdyskredytować doniesienia brytyjskiego dziennika. Jego wypowiedź, choć negująca konkretne dostawy, potwierdza jednak utrzymywanie bliskich kontaktów dyplomatycznych z Teheranem.
Od 28 lutego, czyli od rozpoczęcia amerykańsko-izraelskich bombardowań Iranu, drony kamikadze stały się kluczowym elementem strategii Teheranu. W atakach odwetowych, skierowanych głównie na amerykańskie bazy oraz infrastrukturę naftowo-gazową w państwach Zatoki Perskiej, Iran wykorzystał ponad 3 tys. produkowanych niskim kosztem bezzałogowców. To pokazuje, jak ważną rolę odgrywają te maszyny w konflikcie regionalnym.
Nie ustalono dokładnego typu dronów, które Rosja miała przekazać Iranowi. Jeden z zachodnich urzędników ds. bezpieczeństwa wskazał, że wśród możliwych modeli wymieniane są Geran-2, oparte na irańskich Shahed-136. To interesujące, biorąc pod uwagę, że to właśnie Rosja zaczęła kupować irańskie drony Shahed w 2022 roku, po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Rok później Moskwa uruchomiła produkcję tych bezzałogowców na własnym terytorium, m.in. w zakładach w Ałabudze w Tatarstanie. Rosyjscy inżynierowie zmodyfikowali ich konstrukcje, aby lepiej omijały obronę powietrzną i miały większy ładunek, czyniąc je bardziej zaawansowanymi niż ich pierwowzory.
Ciekawym aspektem relacji rosyjsko-irańskich jest również kwestia systemu obrony powietrznej. Teheran miał zwrócić się do Moskwy z prośbą o dostarczenie zaawansowanego systemu obrony powietrznej S-400. Jednakże, jak podają zachodnie źródła, Rosja odrzuciła tę prośbę. Powodem miały być obawy przed eskalacją napięć ze Stanami Zjednoczonymi, ponieważ obsługa systemu S-400 wymagałaby obecności rosyjskich załóg, co de facto oznaczałoby ich udział w zwalczaniu amerykańskich samolotów. To pokazuje pewne granice, których Moskwa nie chce przekraczać w swoim wsparciu dla Iranu, aby uniknąć bezpośredniej konfrontacji z USA.
Mimo bliskiej współpracy i wymiany technologii, porozumienie strategiczne między Rosją a Iranem z 2025 roku nie obejmuje zobowiązania do wzajemnej obrony. Jest to istotny szczegół, który uwidocznił się w czerwcu 2025 roku, kiedy to USA i Izrael przez blisko dwa tygodnie bombardowały cele w Iranie. Wówczas Rosja i drugi kluczowy sojusznik Teheranu – Chiny, ograniczyły się jedynie do reakcji dyplomatycznych, nie podejmując żadnych działań militarnych w obronie Iranu. To wskazuje, że strategiczne partnerstwo między tymi krajami ma swoje ograniczenia, zwłaszcza gdy w grę wchodzi bezpośrednia konfrontacja z mocarstwami zachodnimi.
Polecany artykuł: