- Pistolet skonstruowano w czasie II wojny światowej do cichego zabijania.
- Konstrukcję stworzono dla konspiratorów z krajów okupowanych przez hitlerowskie Niemcy.
- Nie ma dokumentów, ale są wspomnienia i zdjęcie potwierdzające, że takiej broni używała Armia Krajowa.
- Pistolet był tak zabójczo skuteczny, że do dziś jest na wyposażeniu najbardziej elitarnych formacji specjalnych.
W czasie II wojny Brytyjczycy utworzyli SOE (ang. Special Operations Executive - Kierownictwo Operacji Specjalnych), które zajmowało się prowadzeniem i koordynacją skrytej walki na terenach krajów okupowanych przez Niemcy.
Welrod. „Wel” dużo mówi o produkcie
Tajne zadania wymagały specjalnego wyposażenia. Dlatego SOE powołało ośrodek badawczo-rozwojowy zlokalizowany w Welwyn na przedmieściach Londynu. Pierwsze trzy litery nazwy miejscowości wykorzystano przy nadawaniu nazw „produktom” skonstruowanym dla SOE.
Oprócz Welroda powstał tam Welgun (pistolet maszynowy z tłumikiem), Welwand (jednostrzałowy „pistolet rękawowy” z tłumikiem w kształcie rury, który można było ukryć w rękawie marynarki) czy Welbike (mały, składany motocykl przystosowany do zrzutów na spadochronach).
Prace nad Welrodem rozpoczęto w drugiej połowie 1942 r. Zadanie postawione konstruktorom było jasne: dostarczyć konspiratorom pistolet do cichego zabijania z niewielkiej odległości lub z bezpośredniego przyłożenia do ciała ofiary.
- Prototyp - określony jako Mk I - wyprodukowano w małej ilości, zaledwie ok. 500 sztuk. Brytyjczycy strzegli tej wersji jak oka w głowie, więc szansa, że trafiła ona do okupowanej Polski jest znikome. Natomiast zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest to w przypadku w wersji Mk II kal. 7,65 mm, która była lżejsza i łatwiejsza do ukrycia - wyjaśnia Mikołaj Tetzlaff rekonstruujący zabytkową broń za pomocą wydruków 3D. To on wyprodukował replikę widoczną na zdjęciach.
Welrod. Genialność tkwi w prostocie
Z kilku powodów Welrod był genialną konstrukcją. Przede wszystkim idealnie odpowiadał na wyzwania konspiracji. Po odczepieniu magazynka (który jednocześnie pełnił rolę uchwytu), rurka bardziej przypominała pompkę rowerową, niż narzędzie do uśmiercania. Więc mogła uśpić czujność niemieckich policjantów czy żandarmów.
Pistolet miał kształt rurki o średnicy 32 mm i długości ok. 30 cm. Prawie 1/3 długości broni zajmowała lufa. Wywiercono w niej 20 otworów o średnicy 1,6 mm, które odprowadzały gazy prochowe, to zaś obniżało prędkość pocisku, a tym samym wyciszało strzał. Po opuszczeniu lufy pocisk przechodził przez - zajmujący również ok. 1/3 długości broni - tłumik. W nim znajdowało się w 18 metalowych przegród oddzielonych od siebie o kilka milimetrów podzielonych trzema gumowymi zaślepkami o grubości 6 mm.
Instrukcja użytkowania zakładała, że konspirator ruszy na operację z bronią wyposażoną w fabrycznie nowe gumowe zaślepki. Wtedy - po oddaniu strzału - gazy prochowe będą się rozprężać najpierw dzięki otworom w lufie, następnie na metalowych przegrodach. Przebijając kolejne gumowe zaślepki, pocisk wykona w nich maleńkie otwory, które zatrzymają gazy prochowe. Należało jednak pamiętać, że z każdym kolejnym strzałem otwory w zaślepkach będą większe, a więc broń stanie się głośniejsza. Instrukcja użytkowania nakazywała więc, żeby po 10 strzałach koniecznie wymienić wszystkie zaślepki.
Welrod. Strzał jak pstryknięcie palcem
Broń była skuteczna w dzień na dystansie ok. 25 m, a w nocy na 7-8 m. - Miała mechaniczne, stałe przyrządy celownicze, na których wykonano fluorescencyjne plamki ułatwiające celowanie w ciemnościach - wyjaśnia „Mrówki”, oficer z Jednostki Wojskowej Komandosów, uczestnik kilku zmian misji w Afganistanie. Przed kilkunastu laty, gdy jego zespół bojowy przejmował tradycje Batalionu AK „Miotła” uczestniczył w wielu spotkaniach z weteranami i zaprzyjaźnił się z kilkoma „Miotlarzami”.
Welrod był najcichszą bronią palną skonstruowaną w czasie II wojny światowej. Strzał z niego porównywano do odgłosu pstryknięcia palcem. Natomiast po dociśnięciu lufy do ciała ofiary wystrzał stawał się całkowicie niesłyszalny. Dlatego tego pistoletu można było używać w miejscach publicznych, gdy cel znajdował się w tłumie. Konspirator mógł wykonać zadanie i niepostrzeżenie zniknąć.
Ponieważ była to broń dla ruchu oporu, więc na pistoletach nie wybijano oznaczeń czy numerów seryjnych. Amunicja nie była łatwo dostępna na „lokalnym rynku”, dlatego najczęściej dostarczano ją w zrzutach spadochronowych. Ponieważ broń służyła do bardzo specyficznych działań, więc i amunicji potrzebowano mniej, niż do innych typów broni przesyłanej z Wielkiej Brytanii do okupowanych państw.
Welrod. Instrukcja obsługi
Pistolet miał wiele zalet, ale jednocześnie był stosunkowo trudny w obsłudze. W jego magazynku mieściło się pięć kul. Użytkownik musiał wewnętrzną częścią dłoni docisnąć bezpiecznik do rękojeści, a następnie palcem wskazującym uruchomić spust. Welrod był bronią powtarzalną wyposażoną w standardowy zamek czterotaktowy. Po każdym strzale należało go ręcznie przeładować. Na końcówce broni zamontowano pokrętło. Strzelec przekręcał je o 90 stopni w prawo i pociągał do siebie. Ta czynność otwierała komorę zamkową i powodowała wyrzut łuski. Jednak łuska nie zawsze wyskakiwała pod naciskiem sprężyny magazynka, więc dodatkowo należało obrócić cały pistolet o 90 stopni, aby łuska - siłą grawitacji - opuściła komorę zamkową. Następnie, energicznym ruchem wsuwał i obracał pokrętło o 90 stopni w lewo. Pistolet był gotowy do kolejnego strzału.
Szacuje się, że w czasie II wojny wyprodukowano 2800 egzemplarzy tej broni, a po wojnie - nawet 14 tys. Używali jej Brytyjczycy, Amerykanie, a Welrody w wersji Mk II trafiały do organizacji podziemnych w całej okupowanej Europie, a także na azjatycki teatr działań wojennych.
- To niezwykle udana konstrukcja. Pistoletów używano przez dekady. Oficjalnie potwierdzono ich ostatnie wykorzystanie w czasie wojny o Falklandy w 1982 r. - wyjaśnia „Mrówki”.
Nieoficjalnie zaś wiadomo, że „uaktualnione wersje" Welroda - produkowane w Szwajcarii - do dziś są na wyposażeniu najbardziej elitarnych formacji specjalnych. Również w Polsce.
Polecany artykuł:
Welrod. Jak trafił do Polski?
Dotychczas nie odnaleziono żadnych dokumentów potwierdzających zrzuty lub użytkowanie welrodów przez polskie podziemie (a wykazy sprzętu przekazywanego dla Armii Krajowej są skrupulatne i dostępne w archiwach). Skoro jednak SOE wyposażała w nie ruchy oporu w okupowanych krajach, musiały też trafić nad Wisłę. Nasz kraj był bowiem jednym z największych i najważniejszych podziemnych frontów walki z Niemcami.
Nie ma dokumentów, ale są wspomnienia. O korzystaniu z tych pistoletów opowiadali weterani Batalionu Armii Krajowej „Miotła”, którzy wykonywali wyroki śmierci na Polakach kolaborujących z Niemcami.
Jednym z nich był Roman Staniewski (1923-2021) używający pseudonimu „Stanisław Kwiatkowski”.
- Gdy w 2014 r. nasz zespół bojowy przejmował tradycje Batalionu AK „Miotła” często spotykaliśmy się z weteranami. To byli bardzo skromni ludzie, oszczędnie opowiadali o wojennych historiach. My - z szacunku i braku śmiałości - nie dopytywaliśmy. Strasznie żałuję, bo teraz już nie ma kogo dopytać. Niedawno zmarł ostatni żołnierz „Miotły”. Jedną z tajemnic będzie welrod - przekonuje specjals z Lublińca.
Na jedno ze spotkań Roman Staniewski zaprosił specjalsów do swojego niewielkiego mieszkania na czternastym piętrze wieżowca wybudowanego w latach 70. w centrum Warszawy. To wtedy pierwszy raz opowiedział o brytyjskim cichostrzale.
- Jak się strzelało ze standardowej „dziewiątki” to huk był straszny. A cichostrzał dawał tylko takie pstryknięcie. To była broń bez jakichkolwiek oznaczeń i numerów. Miała nietypowy kaliber 7,65 mm, więc brakowało do niej amunicji. Po latach, pracując w Libii, trafiłem na arabską encyklopedię broni i tam znalazłem zdjęcie naszego pistoletu - wspominał weteran, na dowód pokazując zdjęcia z książki. Pokazywał jak się strzelało z welroda, jak przeładowywało. Mówił o zaletach i wadach.
Welrod. Czy tę historię można były wymyśleć?
- My takiego sprzętu używamy na co dzień. Ale wtedy musiało to robić wrażenie - wspomina „Piasek”, żołnierz z Lublińca po trzech zmianach misji w Iraku i czterech w Afganistanie, który uczestniczył w tym spotkaniu.
Czy weteran z „Miotły” mógł sobie wymyślić historię dotyczącą welroda? W czasie spotkań ze specjalsami z Lublińca kombatant - najprawdopodobniej pierwszy raz - rozmawiał z ekspertami od „cichej broni”. Oni szybko wyłapaliby nieścisłości w relacjach o użyciu welroda.
- Pan Roman był bardzo skromnym człowiekiem. Opowiadając o okupacji ważył każde słowo. W czasie rozmów z nami ileś razy wracał do wykorzystania „cichostrzału”. Dopytywaliśmy o szczegóły dotyczące użycia tej nietypowej broni. Precyzyjnie odpowiadał. Co więcej - twierdził, że w oddziale narzekano na ten pistolet, bo się zacinał i był trudny w obsłudze. Wiele razy rozmawiałem z panem Romanem. Nie mam jakichkolwiek wątpliwości, że jego wspomnienia są spójne i rzetelne - twierdzi „Mrówki”.
- Co więcej, to nie była jedyna relacja z użycia „cichostrzałów” w „Miotle”. Halina Jędrzejewska (1926-2025) - legendarna sanitariuszka „Sławka” - opowiadała nam, że w czasie ćwiczeń jeden z kolegów został postrzelony z „cichego pistoletu” - dodaje gen. bryg. Tomasz Białas, obecnie zastępca dowódcy Komponentu Wojsk Specjalnych, wtedy dowódca zespołu bojowego, który przejmował tradycje Batalionu AK „Miotła”.
Welrod. Zdjęcie z Instytutu Pamięci Narodowej
- Ze względu na specyficzną konstrukcję Welrod był nie do pomylenia. Nie dało się też szczegółowo opisać zasad użycia tej broni, jeśli się z niej nie strzelało. A strzelali z niej bardzo nieliczni ludzie, wykonujący specyficzne zadania - podsumowuje Mikołaj Tetzlaff.
W archiwach Instytutu Pamięci Narodowej znajduje się jedno zdjęcie z czasu Powstania Warszawskiego, na którym widać ten cichostrzał. Widać na nim młodą kobietę stojącą nad powstańczym grobem z Welrodem wsuniętym za pasek spodni. Zdjęcie odnalazł ekspert z dziedziny bronioznawstwa Leszek Erenfeicht i zamieścił w obszernym artykule dotyczącym welroda, opublikowanym w jednym ze specjalistycznych czasopism poświęconych strzelectwu. O samym zdjęciu i okolicznościach jego wykonania nic nie wiadomo.
Najprawdopodobniej więc nie uda się rozwikłać tajemnicy brytyjskiego pistoletu, który w czasie II wojny światowej żołnierze Armii Krajowej wykorzystywali do wykonywania wyroków śmierci na kolaborantach współpracujących z okupantem.