- Zmarł Wiesław Lechowicz ps. „Kotwica”, „Mały” – ostatni żołnierz Batalionu AK „Miotła”.
- W czasie Powstania Warszawskiego Lechowicz pełnił funkcję rusznikarza, produkując i naprawiając broń.
- Jego specjalnością były miotacze płomieni, których porażająca moc budziła postrach wśród Niemców.
- Dowiedz się więcej o niezwykłej historii „Kotwicy” i jego wkładzie w walkę o wolność.
Wiesław Lechowicz ps. „Kotwica" nie żyje
Bardzo skromny człowiek, zawsze stał z boku, nie narzucał się. Był błyskotliwym rozmówcą. Mocno angażował się w przekazanie tradycji Batalionu AK „Miotła” do zespołu bojowego Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca, którym wtedy dowodziłem. Interesowały go szczegóły naszej służby, zadania, wyposażenie. Jeśli tylko zdrowie pozwalało, zawsze uczestniczył w naszych spotkaniach żołnierskich pokoleń - wspomina gen. bryg. Tomasz Białas, zastępca dowódcy Komponentu Wojsk Specjalnych.
Wiesław Lechowicz urodził się 11 lipca 1925 r. na warszawskim Marymoncie. Należał do harcerstwa oraz Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Dlatego w pierwszych dniach wojny pełnił rolę strażaka w swoim rodzinnym domu.
W czasie spotkań z żołnierzami z Lublińca wspominał, że ochrona przeciwpożarowa budynków cywilnych miała kluczowe znaczenie. W każdym musiał dyżurować co najmniej jeden strażak. Taka osoba odpowiadała za przygotowanie zapasu piasku i wody na strychu, a w wyznaczonych godzinach siedziała na poddaszu w gotowości do podjęcia natychmiastowej akcji gaśniczej. Przestrzegania takich zaleceń pilnowały policja i wojsko.
Czuwając na dachu, już 1 września, jako nastolatek obserwował bombardowanie Warszawy przez niemieckie bombowce. Po latach wspominał wielkie pożary wzniecane eksplozjami bomb.
Dowódca sekcji w „Miotle"
W czasie II wojny światowej warszawska konspiracja w sporej części opierała się na harcerzach, których w drużynach harcerskich przygotowywano do służby wojskowej. W 1941 r. 16-letniego Wiesława Lechowicza do podziemia wprowadził kolega.
System opierał się na piątkach. Wiesław został członkiem pięcioosobowej sekcji, tam przechodził szkolenie. Jednocześnie wciągnął do ruchu oporu pięciu kolegów, którym przekazywał zdobytą wiedzę. Konspirator znał tylko swojego przełożonego, kolegów z sekcji i własnych podwładnych. Takie rozwiązanie ułatwiało utrzymanie tajemnicy, a w przypadku wsypy pomagało w szybkim zacieraniu śladów i ograniczało straty.
Podziemne spotkania planowano w terenie, w mieszkaniach członków sekcji oraz w kościele przy ul. Gdańskiej na Marymoncie. Tam pięciu ludzi „Kotwicy” śpiewało na mszach, a potem szkoliło się na opuszczonym kościelnym chórze. Pogłębiali wiedzę wojskową i uczyli się obsługi broni. Przede wszystkim szkolili się z rozpoznania.
„Kotwica” i jego ludzie byli nastolatkami. Dlatego jednym z ich najczęstszych zadań była skryta obserwacja pobliskich, niemieckich koszar. Notowali, ile i jakie pojazdy przekraczają bramę, jakie mają oznaczenia taktyczne, numery rejestracyjne. Analizowali też tryb życia Polaków podejrzanych o współpracę z Niemcami. Z tych informacji korzystali starsi „Miotlarze” - wykonawcy wyroków śmierci na kolaborantach.
Polecany artykuł:
Był przekonany, że finałem konspiracji będzie akcja „Burza"
Jak większość członków Armii Krajowej, Wiesław Lechowicz był przekonany, że finałem konspiracji będzie akcja „Burza" - ogólnokrajowe powstanie przeciw Niemcom. Pod koniec lipca 1944 r. otrzymał rozkaz: określonego dnia miał stawić się w punkcie zbornym swojego oddziału. Żeby nie wzbudzać podejrzeń, nie przerwał chodzenia do pracy w warsztacie ślusarskim. Nie wiedział jednak, że ten zakład jest dla Armii Krajowej zdecydowanie cenniejszy od wojskowych możliwości sekcji „Kotwicy”. 29 lipca 1944 r., został zatrzymany w warsztacie przez właściciela firmy.
Wiesław Lechowicz - podziemny rusznikarz
Dlaczego? Żeby to zrozumieć, trzeba się cofnąć o kilka lat. W lutym 1941 r. Wiesław Lechowicz jako młodociany robotnik, rozpoczął pracę w zakładzie ślusarskim Antoniego Więckowskiego. Firma znajdowała się w centrum Warszawy. Produkowano tam gaśnice. Ale była to również wytwórnia zbiorników na paliwo do plecakowych miotaczy płomieni.
Miotacz był dosyć prostą konstrukcją noszoną na plecach. Składał się ze zbiornika z płynem zapalającym oraz butli ze sprężonym powietrzem. Zbiorniki łączono elastycznym wężem z rurą, na szczycie której mocowano zapaloną szmatę. Po otwarciu zaworów w kierunku wroga leciał płomień płonącej benzyny, nafty, denaturatu lub jakiejkolwiek innej łatwopalnej substancji. Płonącą, lepką ciecz wystrzeliwano na odległość od kilkunastu do kilkudziesięciu metrów.
Warsztat znajdował się przy ul. Senatorskiej 33, sąsiadował z kościołem św. Antoniego. W tym kościele, nad krużgankami, konspiratorzy zbudowali skrytkę do przechowywania tajnych wyrobów.
W czasie spotkań z żołnierzami z Lublińca „Kotwica" wspominał, że zbiorniki do miotaczy ognia wyglądały prawie identyczne jak korpusy gaśnic. Dlatego czeladnik z początku nie rozumiał co robi. Co jakiś czas po baniaki przyjeżdżał konny wóz i wywoził je gdzieś w kierunku warszawskiej Pragi.
Do wybuchu powstania warszawskiego w zakładzie Antoniego Więckowskiego wytworzono elementy do ok. 400 miotaczy. Powstawały tam również obudowy min do wysadzania torów kolejowych, pracowano nad uruchomieniem produkcji granatów ręcznych. Najwięcej czasu pochłonęło przygotowanie formy do odlewu korpusu granatów.
Ponieważ konspiracja była ścisła, więc Wiesław Lechowicz nie wiedział, co i dla kogo produkuje się w warsztacie. A ludzie w firmie nie mieli pojęcia, że „Kotwica” działa w konspiracji.
Porażająca moc miotacza ognia
Dlatego 29 lipca 1944 r. Antoni Więckowski - jak się okazało oficer Armii Krajowej - ogłosił, że pracownicy nie mogą opuszczać zakładu. Rozkazał też, żeby z podzespołów montować kompletne miotacze. Po tę śmiercionośną broń zgłaszali się konspiratorzy z różnych oddziałów. Przychodzący przechodzili krótkie szkolenie z zasad obsługi, zabierali miotacze i szli na miejsce koncentracji swoich oddziałów.
Ze spotkań z „Miotlarzami" zapamiętałem dwie rzeczy. Byli bardzo skromni i oszczędni we wspomnieniach. A z drugiej strony o najtrudniejszych wojennych zadaniach mówili bez emocji, na chłodno. Pełen profesjonalizm! Przejmując tradycje „Miotły", byliśmy zespołem żołnierzy z doświadczeniami z misji na Bałkanach, w Iraku, Afganistanie. Niekiedy były to bardzo trudne doświadczenia. Ale to nic w porównaniu z rozkazami, które wykonywali „Miotlarze". Dlatego mamy dla nich tak wielki szacunek - mówi gen. bryg. Tomasz Białas.
Zastępca dowódcy Wojsk Specjalnych przywołuje wspomnienia „Kotwicy" dotyczące miotaczy płomieni. Powstańcy używali ich do unieruchamiania niemieckich czołgów. Pozwalali, aby pojazdy podjeżdżały jak najbliżej, a następnie płomienie kierowali w kierunku otworów, przez które załoga czołgu obserwowała drogę. Wiesław Lechowicz opowiadał, że płonąca maź dostająca się do wnętrza pojazdu musiała co najmniej strasznie poparzyć twarze czołgistów, pozbawić ich wzroku, a nawet zabić.
Miotacze płomieni wykorzystywano również do oczyszczania pomieszczeń zajętych przez Niemców oraz podpalania budynków opanowanych przez hitlerowców.
Jeden z miotaczy wykonanych w wytwórni, w której pracował „Kotwica", można zobaczyć w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Papierosy za naprawioną broń
Po wybuchu Powstania Warszawskiego warsztat Antoniego Więckowskiego stał się jedną z powstańczych rusznikarni. W czasie spotkań ze specjalsami z Lublińca „Kotwica" opowiadał, że powstańcy przychodzili z najróżniejszą bronią.
Chwalił niemieckie pistolety Parabellum, ale mówił, że w czasie walki w zapylonych miejscach „parabelki” szybko się zacinały. Konstrukcja była bowiem tak precyzyjna, że nawet niewielki pył powodował blokadę mechanizmów. Zdecydowanie lepiej sprawdzały się brytyjskie pistolety maszynowe Sten. Nie były celne, ale miały konstrukcję odporną na kurz i piasek. Opracowano nawet instrukcję smarowania tej broni. Chodziło o to, aby jak najmniejsza powierzchnia była tłusta, żeby nie przyczepiał się do niej pył - mówi żołnierz z Lublińca.
W zamian za szybką naprawę broni powstańcy odwdzięczali się papierosami. W tamtym czasie była to najlepsza waluta.
Wisław Lechowicz jako jeden z ostatnich, przeszedł kanałami z upadającego Starego Miasta do broniącego się przed Niemcami Śródmieścia. Zabrał pompkę do napełniania zbiorników w miotaczach ognia oraz formę do odlewu granatów.
Korpusy granatów odlewano z blachy z dachów. Blachę cięto na kawałki i topiono w specjalnych kadziach. Roztopiony metal wlewano do formy. Po wystudzeniu korpus granatu należało nagwintować, wypełnić materiałem wybuchowym i zamontować zapalnik.
Służba u generała Andersa
Po upadku powstania „Kotwica" opuścił Warszawę w tłumie cywili. Trafił do obozu w Ursusie. W listopadzie 1944 r. znalazł się w Augsburgu w niemieckiej Bawarii, w fabryce produkującej samoloty Messerschmitt. Końca wojny doczekał w austriackim Schwaz. Podobnie jak wielu Polaków przebywających na terenach III Rzeszy, trafił do armii gen. Władysława Andersa. W polskim mundurze służył we Włoszech, a potem w Wielkiej Brytanii. Do Polski wrócił w 1947 r. Za męstwo w czasie wojny otrzymał Krzyż Walecznych.
Po wojnie pracował w Instytucie Mechaniki Precyzyjnej. Zmarł 11 stycznia 2026 r. Jego pogrzeb odbędzie się w piątek, 16 stycznia 2026 r., na cmentarzu na warszawskim Wawrzyszewie.
Póki zdrowie pozwalało bardzo angażował się w działania upamiętniające Batalion AK „Miotła”. Był wielkim przyjacielem jednostki specjalnej w Lublińcu. Takim go zapamiętamy - kończy gen. Tomasz Białas.