- To była pierwsza tak poważna zasadzka na naszych żołnierzy.
- Irakijczycy ukryli się na dachach budynków na długości 1,5 km.
- Rannych zostało siedmiu żołnierzy.
- Polski pojazd został tak ostrzelany, że żołnierze musieli porzucić swój pojazd.
- „Sikor” dostał drugą szansę na życie i dobrze ją wykorzystuje.
– Nie mieliśmy szczęścia. To była dobrze przygotowana zasadzka. Ze wszystkich stron zaczęto do nas strzelać: z granatników, kałasznikowów, obrzucano nas granatami. Wokół śmigały pociski smugowe, świstały kule. Sekundy dłużyły się w nieskończoność – wspomina mł. chor. rez. Łukasz Sikora - „Sikor”.
Dziwne uderzenie w głowę i spływająca krew
Właśnie mijają 22 lata od tamtych wydarzeń. 6 kwietnia 2004 r. mieli przeprowadzić rutynowy patrol. Z bazy wyjechali żołnierze z ówczesnego 1. Pułku Specjalnego z Lublińca, amerykańskiej 5. Grupy Sił Specjalnych oraz pododdział z Bułgarii.
Około godz. 15.30 dziesięć pojazdów, w tym dwa transportery opancerzone, znalazło się na jednej z głównych ulic Karbali. Wzdłuż znajdowały się dwu-, trzypiętrowe budynki. Na ostatnich kondygnacjach i dachach zaczaili się napastnicy. Nagle ziemia się zatrzęsła.
- Nagle poczułem dziwne uderzenie w głowę i spływającą krew – wspomina „Sikor”.
Jedną ręką strzelał, drugą odruchowo dotknął krwawiącego ucha. Ale myślał tylko o jednym: jak najszybciej wyrwać się ze strefy śmierci. Dopiero w bazie przekonał się, że ucho zraniła kula, która przebiła hełm.
Postrzał jak kopnięcie przez konia
– Po chwili dostałem w bark. To było jak kopnięcie przez konia. Szarpnęło mną do tyłu. Nastąpił chwilowy paraliż. Zdrętwiała mi ręka. Pomyślałem, że chyba mi ją urwało. Czułem krew pod kamizelką kuloodporną – kontynuuje „Sikor”.
Już w bazie okazało się, że drugi raz czuwała nad nim Opatrzność. Kula przeszła przez mięśnie:
– Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdyby natrafiła na nerw, pobliską tętnicę czy staw barkowy – wyjaśnia żołnierz.
W bazie, już na spokojnie, specjalsi przeanalizowali zapis z GPS. Okazało się, że konwój był ostrzeliwany przez 1,5 km. Ostrzał trwał 5 minut.
Sceny jak z „Helikoptera z ogniu”
– Na filmie „Helikopter w ogniu” pokazano atak w podobnym miejscu na konwój Humvee. Nie podaję tego przykładu bez przyczyny. Jeden z ludzi z 5. Grupy był na wojnie w Somalii. Mówił, że to co przeżył z nami w Karbali, było podobne do tego, co działo się w sfilmowanym Mogadiszu – przekonuje podoficer.
Jego Honker był tak postrzelany, że Polacy musieli ewakuować się do amerykańskiego pojazdu.
Niektóre arabskie stacje telewizyjne na bieżąco nadawały relacje z walk w Karbali. Tak było w czasie zasadzki na polski patrol. Jeden z komandosów sfilmował nawet, pokazywany w telewizji, płonący Honker, którym jechali jego trzej ranni koledzy.
Rebelianci rozszabrowali wyposażenie porzuconego samochodu, a potem go podpalili. Po tej zasadzce nasi żołnierze zostali wyposażeni w amerykańskie granaty fosforowe. W przypadku nagłego opuszczenia pojazdu, mieli go zniszczyć.
W zasadzce ranny został Amerykanin i trzech Bułgarów. Kule trafiły też dwóch Polaków z grupy „Sikora”. Sierżant Leszek G. dostał w przedramię, plutonowy M. miał przestrzelone kolano.
– Najwięcej zawdzięczamy kierowcy naszego Honkera. Zachował zimną krew. Kiedy samochód zaczynał zwalniać z powodu przestrzelonych opon, on zmienił biegi na terenowe i utrzymał nas w kolumnie – podkreśla „Sikor”.
Wszyscy ranni zostali opatrzeni w polskiej bazie „Juliet” w Karbali.
Polecany artykuł:
Nie chciał wracać do Polski
Wkrótce w naszej strefie zaczęła się prawdziwa wojna. Ciągle powtarzały się ataki. Psychologowie wojskowi opowiadali potem o fatalnym stanie psychicznym wielu żołnierzy. Codziennie po kilkudziesięciu ludzi odmawiało wyjazdów na patrole.
Tymczasem „Sikor” przez tydzień leżał w szpitalu. Potem przechodził rekonwalescencję. Przez miesiąc nie brał udziału w działaniach bojowych.
– Nie chciałem wracać do Polski. Przyjechałem z chłopakami z pułku. Chciałem doczekać do końca zmiany. Niektórzy mówili: „Nie kuś losu, dostałeś już ostrzeżenie”. Inni pukali się w czoło i dziwili się, że nie chcę wracać. Ale to przecież moja praca. Nie chciałem nikogo oceniać, ale nie rozumiałem ludzi, którzy przylecieli do Iraku, spodziewając się, że będzie tam spokojnie jak w jakichś zapomnianych kontyngentach – tłumaczy „Sikor”
- Kiedy lekarz upierał się, żeby wysłać „Sikora” do kraju, doszło do ostrej wymiany zdań. Sierżant miał tylko jedną sprawną rękę, ale omal nie pobił doktora – śmieje się chorąży, który brał udział w tej zmianie misji.
Po walce pozostały dwie blizny
Po powrocie do normalnej służby najtrudniejszy był pierwszy wyjazd z bazy. Oczy krążyły dookoła głowy. Jednak z czasem się przyzwyczaił i co więcej, przygoda podziałała dopingująco.
„Sikor” ma dwie niewielkie blizny. Ta na barku zwykle ukryta jest pod koszulką. Ta na małżowinie usznej też nie rzuca się w oczy.
– Zszywał nas dobry polski chirurg wojskowy. Postarał się – mówi weteran.
Kawaler Orderu Krzyża Wojskowego
Służył w Lublińcu od października 2001 r. Irak był jego pierwszą misją. Do Iraku wrócił w 2006 r., w czasie szóstej zmiany PKW. Dwa lata później poleciał do Afganistanu na drugą zmianę ISAF. Służył w rejonie Kandaharu. W te okolice trafił również w 2017 r.
Za wybitne czyny na polu walki 11 listopada 2006 r. Prezydent RP odznaczył go Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego. „Sikor” przez 10 lat był członkiem Kapituły tego Orderu. Był więc jednym z kilku żołnierzy oceniających, komu należy się to najwyższe współczesne, polskie odznaczenie bojowe.
Otrzymał też „Buzdygana” - prestiżową nagrodę redakcji „Polski Zbrojnej”.
Poświęcił się ratownictwu medycznemu
Zasadzka w Karbali i odniesione obrażenia miały zasadniczy wpływ na to, co chciał robić w wojsku. Zdecydował, że zajmie się ratownictwem medycznym. Ukończył studia licencjackie na kierunku ratownictwo medyczne. Potem - jako drugi żołnierz polskich Wojsk Specjalnych - ukończył szkolenie dla medyków Armii USA - 68W Combat Medic w Fort Sam Houston oraz zaawansowane szkolenie medyków sił specjalnych „Special Operations Combat Medic” (SOCM) w Fort Bragg w USA.
Był pierwszym Polakiem oddelegowanym do prac w Międzynarodowym Centrum Treningowym Sił Specjalnych (ISTC) NATO w Pfullendorf w Niemczech. Tam współtworzył program i prowadził pilotażową edycję kursu „NATO SOCM”. Kurs NATO SOCM to obecnie standard szkoleniowy w procesie przygotowania medyków sił specjalnych Sojuszu.
Służba po służbie
W 2018 r., po 17 latach służby w Lublińcu, w stopniu chorążego, zdjął mundur, ale nie skończył z medycyną. Gdy wybuchła pandemia COVID-19 wraz z Krzysztofem Plutą „Wirem” ponownie założyli mundury, wstępując do WOT.
- W czasie 103 dni okresowej służby wojskowej jako żołnierze Zespołu Działań Niekonwencjonalnych braliśmy udział w operacji WOT „Odporna Wiosna” – wyjaśnia.
W latach 2020- 2021, już jako cywilny pracownik wojska, „Sikor” tworzył sekcję szkolenia medycznego w nowopowstałym Centrum Szkolenia Wojsk Specjalnych w Lublińcu.
Wspólnie z „Wirem” prowadzi W.I.R SOF MED Center - jeden z najlepszych w Polsce ośrodków szkolenia z obszaru medycyny pola walki.
Oprócz tego pracuje jako ratownik medyczny w pogotowiu ratunkowym na Śląsku.
Można więc napisać, że „Sikor” dobrze wykorzystał drugą szansę na życie. Jako ratownik uratował życie wielu ludziom. Jako szkoleniowiec uczy innych jak mają skuteczniej nieść pomoc.