Potrafili podrobić każdy dokument. Największe sekrety fałszerzy z AK

2026-05-24 8:00

W strukturach Oddziału II Komendy Głównej AK ulokowano Wydział Techniczno-Legalizacyjny. Pracowali tam perfekcyjnie wyszkoleni fałszerze, którzy podrabiali niemieckie dowody osobiste – kenkarty, przepustki a nawet kartki żywnościowe. Dzięki temu konspiratorzy z Armii Krajowej mogli tworzyć nowe tożsamości i wykonywać skomplikowane zadania.

  • Zapotrzebowanie na fałszerzy składała Komenda Główna AK
  • Specjalistów szkolono na Wyspach Brytyjskich i przerzucano do Polski.
  • Najlepszymi kandydatami na fałszerzy byli architekci.
  • Legalizatorzy potrafili podrobić każdy dokument.

Wydziałem Techniczno-Legalizacyjnym kierował Cichociemny – Skoczek Spadochronowy Armii Krajowej Stanisław Jankowski „Agaton”. Ściśle współpracował z Cichociemnym Stefanem Bałukiem „Starbą”.

Szkolenie w Wielkiej Brytanii

Cichociemnych zwykle pokazuje się jako świetnie wyszkolonych komandosów. To tylko część prawdy. Każdy z nich przechodził kurs dywersji i dowodzenia. Ale każdy miał również drugą specjalizację. Gdy Komenda Główna AK składała zapotrzebowanie na ekspertów od lotnictwa, broni pancernej, wywiadu czy łączności, to na Wyspach Brytyjskich wyszukiwano żołnierzy o odpowiednich predyspozycjach.

Szkolono ich na tajnych kursach i na spadochronach zrzucano do okupowanej Polski. Kilkukrotnie Komenda Główna prosiła o legalizatorów, dlatego kilku z Cichociemnych przeszkolono w tym zakresie.

Kurs Administracji, czyli „przykrywka" dla wywiadu

Legalizatorów szkolono w Polskiej Szkole Wywiadu, działającej pod „przykrywką” Oficerskiego Kursu Doskonalenia Administracji Wojskowej.

- Wszyscy kandydaci na Cichociemnych ćwiczyli korespondencję przy pomocy alfabetu Morse’a, przechodzili też typowe szkolenie: „Małpi gaj”, pływanie, boks, strzelanie instynktowne. Ja dodatkowo zostałem skierowany na Oficerski Kurs Doskonalenia Administracji Wojskowej – przed laty wspominał Stefan Bałuk.

Instruktorzy wpajali tam kursantom podstawową zasadę: wywiad to żmudna praca, głównie statystyka.

- Np. przed II wojną światową polski wywiad co do jednego obliczył liczbę żołnierzy niemieckich przerzuconych do Gdańska. Ustalono to poprzez gdańską piekarnię. Wcześniej produkowała ona 10 tys. bochenków, a pod koniec lipca 1939 r. ─ 28 tys. Wiedząc, jaki jest przydział na jednego żołnierza można było obliczyć liczbę potajemnie przerzuconych. W wywiadzie liczy się głowa. Natomiast w momencie użycia broni oficer wywiadu kończy się jako wywiadowca – przekonywał „Starba”.

Fotografia przez mikroskop

Przyszłych konspiratorów edukowano na kilku „kierunkach”. Na zajęciach z mechaniki i ślusarstwa ćwiczyli potajemne otwieranie drzwi, dorabianie kluczy, cięcie szyb w oknach. Chemik uczył sporządzania atramentów sympatycznych, czyli niewidocznych dla postronnego człowieka, ale też sporządzania środków odurzających i trucizn.

- Wybrani elewi, w tym ja, przechodzili szkolenie fotografii specjalnej. Uczyliśmy się robić zdjęcia przez mikroskop. Dzięki temu kartkę formatu A 4 mogliśmy pomniejszyć do wielkości kropki, naklejanej na znaczek pocztowy. Taki znaczek naklejało się na list wysyłany do krajów neutralnych. Odbiorca już wiedział, co z nim zrobić – opowiadał Stefan Bałuk.

Legalizacja, czyli podrabianie dokumentów

Jedną ze specjalności było podrabianie dokumentów.

- Legalizacja, czyli dostarczanie zamówionych dokumentów, to bardzo skomplikowana praca. Legalizator musi znać chemię, obróbkę wielu materiałów. Powinien umieć dobrać materiał, przygotować papier. A na końcu postarzyć dokumenty. Żeby pożółkły, naświetlaliśmy je lampami kwarcowymi, wrażenie zużycia dawało też nadpiłowanie brzegów. Oczywiście nie wszystko samodzielnie drukowaliśmy wyjaśniał „Starba”.

Komenda Główna AK pozyskiwała oryginalne blankiety z drukarń pracujących dla Niemców. Z „Nowego Kuriera Warszawskiego” wykradziono oryginalne tusze, czcionki.

Dokumenty z wyroków śmierci

Jednym ze źródeł pozyskiwania dokumentów były… wyroki śmierci wykonywane przez AK na wysokich funkcjonariuszach państwa niemieckiego. Tacy ludzie mieli często specjalne, bardzo rzadkie przepustki i inne dokumenty

Po zastrzeleniu Niemca konspiratorzy mieli więc obowiązek przeszukać zwłoki i zabrać wszystkie dokumenty. Z jednej strony był to dowód wykonania wyroku, z drugiej – materiał wzorcowy dla legalizatorów.

Architekci najlepszymi kandydatami na fałszerzy

- Najważniejsze były zdolności manualne legalizatorów. Dlatego prawie nasz cały wydział składał się z architektów, ludzi z wyrobioną ręką. Przed przystąpieniem do pracy jedną z najważniejszych czynności była analiza dokumentów. Np. w 1943 r. wszystkie kenkarty były w jednym miejscu nakłuwane cieniuteńkim drucikiem. Patrole żandarmerii sprawdzali nakłucie, ale rozpracowaliśmy to zabezpieczenie – mówił Cichociemny.

Druki zabezpieczone znakami wodnymi były prawie niemożliwe do tajnego wyprodukowania, ponieważ wymagały olbrzymiego oprzyrządowania. Ale w czasie II wojny były one stosowane bardzo rzadko. Najłatwiejsze było podrabianie pieczątek. Wykonywano je w gumie, grawerowano, a te najprostsze przenoszono nawet przy pomocy jajka ugotowanego na twardo.

Sfałszowane kartki żywnościowe „Bradla"

AK-owscy legalizatorzy potrafili podrobić każdy dokument.

- Do historii przeszła przygoda legendarnego kuriera AK Kazimierza Leskiego, ps. „Bradla”, który z podrobionymi dokumentami podróżował po Europie jako niemiecki generał. Kiedyś w Paryżu stał w kolejce niemieckich oficerów meldujących się w hotelu. Recepcjonista stwierdził, że Niemiec stojący przed kurierem ma sfałszowane kartki żywnościowe. Wziął podrobione kartki „Leskiego” i wyjaśnił wszystkim, że tak wyglądają oryginalne kartki żywnościowe – opowiada „Starba”.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki