- Zapotrzebowanie na fałszerzy składała Komenda Główna AK
- Specjalistów szkolono na Wyspach Brytyjskich i przerzucano do Polski.
- Najlepszymi kandydatami na fałszerzy byli architekci.
- Legalizatorzy potrafili podrobić każdy dokument.
Wydziałem Techniczno-Legalizacyjnym kierował Cichociemny – Skoczek Spadochronowy Armii Krajowej Stanisław Jankowski „Agaton”. Ściśle współpracował z Cichociemnym Stefanem Bałukiem „Starbą”.
Szkolenie w Wielkiej Brytanii
Cichociemnych zwykle pokazuje się jako świetnie wyszkolonych komandosów. To tylko część prawdy. Każdy z nich przechodził kurs dywersji i dowodzenia. Ale każdy miał również drugą specjalizację. Gdy Komenda Główna AK składała zapotrzebowanie na ekspertów od lotnictwa, broni pancernej, wywiadu czy łączności, to na Wyspach Brytyjskich wyszukiwano żołnierzy o odpowiednich predyspozycjach.
Szkolono ich na tajnych kursach i na spadochronach zrzucano do okupowanej Polski. Kilkukrotnie Komenda Główna prosiła o legalizatorów, dlatego kilku z Cichociemnych przeszkolono w tym zakresie.
Polecany artykuł:
Kurs Administracji, czyli „przykrywka" dla wywiadu
Legalizatorów szkolono w Polskiej Szkole Wywiadu, działającej pod „przykrywką” Oficerskiego Kursu Doskonalenia Administracji Wojskowej.
- Wszyscy kandydaci na Cichociemnych ćwiczyli korespondencję przy pomocy alfabetu Morse’a, przechodzili też typowe szkolenie: „Małpi gaj”, pływanie, boks, strzelanie instynktowne. Ja dodatkowo zostałem skierowany na Oficerski Kurs Doskonalenia Administracji Wojskowej – przed laty wspominał Stefan Bałuk.
Instruktorzy wpajali tam kursantom podstawową zasadę: wywiad to żmudna praca, głównie statystyka.
- Np. przed II wojną światową polski wywiad co do jednego obliczył liczbę żołnierzy niemieckich przerzuconych do Gdańska. Ustalono to poprzez gdańską piekarnię. Wcześniej produkowała ona 10 tys. bochenków, a pod koniec lipca 1939 r. ─ 28 tys. Wiedząc, jaki jest przydział na jednego żołnierza można było obliczyć liczbę potajemnie przerzuconych. W wywiadzie liczy się głowa. Natomiast w momencie użycia broni oficer wywiadu kończy się jako wywiadowca – przekonywał „Starba”.
Fotografia przez mikroskop
Przyszłych konspiratorów edukowano na kilku „kierunkach”. Na zajęciach z mechaniki i ślusarstwa ćwiczyli potajemne otwieranie drzwi, dorabianie kluczy, cięcie szyb w oknach. Chemik uczył sporządzania atramentów sympatycznych, czyli niewidocznych dla postronnego człowieka, ale też sporządzania środków odurzających i trucizn.
- Wybrani elewi, w tym ja, przechodzili szkolenie fotografii specjalnej. Uczyliśmy się robić zdjęcia przez mikroskop. Dzięki temu kartkę formatu A 4 mogliśmy pomniejszyć do wielkości kropki, naklejanej na znaczek pocztowy. Taki znaczek naklejało się na list wysyłany do krajów neutralnych. Odbiorca już wiedział, co z nim zrobić – opowiadał Stefan Bałuk.
Legalizacja, czyli podrabianie dokumentów
Jedną ze specjalności było podrabianie dokumentów.
- Legalizacja, czyli dostarczanie zamówionych dokumentów, to bardzo skomplikowana praca. Legalizator musi znać chemię, obróbkę wielu materiałów. Powinien umieć dobrać materiał, przygotować papier. A na końcu postarzyć dokumenty. Żeby pożółkły, naświetlaliśmy je lampami kwarcowymi, wrażenie zużycia dawało też nadpiłowanie brzegów. Oczywiście nie wszystko samodzielnie drukowaliśmy wyjaśniał „Starba”.
Komenda Główna AK pozyskiwała oryginalne blankiety z drukarń pracujących dla Niemców. Z „Nowego Kuriera Warszawskiego” wykradziono oryginalne tusze, czcionki.
Dokumenty z wyroków śmierci
Jednym ze źródeł pozyskiwania dokumentów były… wyroki śmierci wykonywane przez AK na wysokich funkcjonariuszach państwa niemieckiego. Tacy ludzie mieli często specjalne, bardzo rzadkie przepustki i inne dokumenty
Po zastrzeleniu Niemca konspiratorzy mieli więc obowiązek przeszukać zwłoki i zabrać wszystkie dokumenty. Z jednej strony był to dowód wykonania wyroku, z drugiej – materiał wzorcowy dla legalizatorów.
Architekci najlepszymi kandydatami na fałszerzy
- Najważniejsze były zdolności manualne legalizatorów. Dlatego prawie nasz cały wydział składał się z architektów, ludzi z wyrobioną ręką. Przed przystąpieniem do pracy jedną z najważniejszych czynności była analiza dokumentów. Np. w 1943 r. wszystkie kenkarty były w jednym miejscu nakłuwane cieniuteńkim drucikiem. Patrole żandarmerii sprawdzali nakłucie, ale rozpracowaliśmy to zabezpieczenie – mówił Cichociemny.
Druki zabezpieczone znakami wodnymi były prawie niemożliwe do tajnego wyprodukowania, ponieważ wymagały olbrzymiego oprzyrządowania. Ale w czasie II wojny były one stosowane bardzo rzadko. Najłatwiejsze było podrabianie pieczątek. Wykonywano je w gumie, grawerowano, a te najprostsze przenoszono nawet przy pomocy jajka ugotowanego na twardo.
Sfałszowane kartki żywnościowe „Bradla"
AK-owscy legalizatorzy potrafili podrobić każdy dokument.
- Do historii przeszła przygoda legendarnego kuriera AK Kazimierza Leskiego, ps. „Bradla”, który z podrobionymi dokumentami podróżował po Europie jako niemiecki generał. Kiedyś w Paryżu stał w kolejce niemieckich oficerów meldujących się w hotelu. Recepcjonista stwierdził, że Niemiec stojący przed kurierem ma sfałszowane kartki żywnościowe. Wziął podrobione kartki „Leskiego” i wyjaśnił wszystkim, że tak wyglądają oryginalne kartki żywnościowe – opowiada „Starba”.