Operacja „Sledgehammer” w Afganistanie. Polscy specjalsi w ogniu walki z terrorystami. „Strat nie ma!”

2026-01-20 13:17

Była to operacja bez precedensu, gdyż nigdy wcześniej polscy żołnierze nie walczyli z terrorystami-samobójcami, którzy więzili zakładników. Dokonało tego ośmiu ludzi z Task Force-50 – oddziału stworzonego w Jednostce Wojskowej Komandosów w Lublińca oraz wyszkolonych przez nich 30 afgańskich antyterrorystów policyjnych. Niedawno minęła kolejna rocznica operacji o kryptonimie „Sledgehammer”. Przeprowadzono ją 10 stycznia 2012 r.

  • To była pierwsza, ale nie ostatnia taka operacja z przeprowadzona przez polskich specjalsów w Afganistanie.
  • Celem terrorystów byli najważniejsi urzędnicy z prowincji Szarana, ale za zakładników wzięli przypadkowych Afgańczyków.
  • Obiekt kilkukrotnie, nieskutecznie szturmowały siły afgańskie i amerykańskie.
  • Finalną operację przeprowadzono bez strat własnych.
  • Specjalsi zlikwidowali terrorystów i uwolnili kilku zakładników.

Piekło rozpoczęło się dokładnie o godz. 8.35 we wtorek, 10 stycznia 2012 r.

- W bazie „Rushmore” pierwszy raz słyszałem taką kanonadę! Jakby na raz cała kompania piechoty waliła ze wszystkiego, co było pod ręką: kałasznikowów, karabinów maszynowych, granatników przeciwpancernych, granatów – wspomina „Kiemol”.

W „Rushmore” - bazie w Szaranie, dużym afgańskim mieście - stacjonowało ośmiu żołnierzy z Task Force-50 - oddziału stworzonego w Jednostce Wojskowej Komandosów z Lublińca. Ich głównym zadaniem było szkolenie afgańskich antyterrorystów policyjnych nazywanych „Afgańskimi Tygrysami”. Zajmowali się tym „Suchy”, „Kiemol”, „Zawiel”, „Borek”, „Krajek”, „Doniu”, „Olo” i „Starsky”.

Talibowie polowali na gebernatora

Z pierwszych informacji wynikało, że kilkunastu talibów zaatakowało budynek telekomunikacji w centrum miasta, wzięli zakładników, zabili kilku policjantów. Planowali atak na spotkanie najważniejszych urzędników w prowincji prowadzone przez gubernatora. Ale zostali rozpoznani w jednym z punktów kontroli. Rozpoczęli walkę i schronili się w pierwszym budynku. Był murowany, liczył trzy kondygnacje, sumie było w nim ponad 30 pomieszczeń i duża klatka schodowa.

Siły afgańskie szybko otoczyły budynek i rozpoczęły gwałtowny, ale chaotyczny ostrzał. Pierwsza walka trwała czterdzieści minut.

Na miejscu pojawiły się też amerykańskie siły szybkiego reagowania. Kilkunastoma pojazdami opancerzonymi na miejsce dotarło ponad 100 żołnierzy. W powietrze poderwano dwa śmigłowce Apache.

Sprzęt zawsze gotowy do użycia

Na miejscu były też „Afgańskie Tygrysy”. Ich dowódca poprosił Polaków z TF-50 o pomoc. Około godz. 10.30 nasi dostali zgodę na opuszczenie bazy.

- Samo przygotowanie do wyjścia na robotę trwa minutę. Zawsze wszystko mamy gotowe. Po każdym użyciu broni należy uzupełnić amunicję w magazynkach. Jak wracasz z roboty, wymieniasz zużyte akumulatory w radiostacji, latarkach i reszcie sprzętu. Zapasowe montujesz, a zużyte ładujesz. To nie jest jak na filmach, że przed akcją wyjmuje się skrzynki z amunicją i ładuje magazynki – śmieje się „Borek”.

Bazę od miejsca strzelaniny dzielił niecały kilometr. Specjalsi postanowili, że na miejsce pójdą pieszo. To była najszybsza i najcichsza opcja.

- W takich sytuacjach zawsze trzeba zdecydować czy dotrzeć biegiem, szybciej, czy posiadać większą zdolność bojową? Z pełnym wyposażeniem na plecach, kilkaset metrów intensywnego biegu może tak zmęczyć człowieka, że będzie miał problem z podjęciem walki. Lepiej więc iść wolniej, nie tracić sił – wyjaśnia „Olo”.

Po opustoszałych ulicach maszerowali szykiem ubezpieczonym.

Pasy szahida. Tylko tego świadkowie byli pewni

- Na miejscu panował chaos. Najgorsze, że informacje ciągle się zmieniały. Co jakiś czas dostawaliśmy nowe dane o tym ilu jest zamachowców, w których pomieszczeniach się ukryli. Raz okazywało się, że wszyscy są w mundurach, za chwilę, że niektórzy mogą być w ubraniach cywilnych – wspomina „Doniu”.

Jedyne, czego świadkowie byli pewni to fakt, że zamachowcy mieli na sobie pasy szahida, czyli kamizelki wypełnione materiałem wybuchowych. Z opisów wynikało, że te ładunki, jakie samobójcy nałożyli na siebie powinny mieć potężną moc.

Gdy ludzie „Suchego” dotarli na miejsce, budynek został już otoczony podwójnym kordonem. Wewnętrzny tworzyli afgańscy policjanci. Na zewnątrz czuwali Amerykanie.

Talibowie mieli karabinki kałasznikowa z granatnikami podwieszanymi, granaty ręczne, sporo amunicji i materiałów wybuchowych. W pomieszczeniach strzelali z granatników przeciwpancernych.

- To bardzo niebezpieczne. Podmuch wystrzeliwanego pocisku tworzy silną falę uderzeniową. A oni walili z tego kryjąc się w niewielkich pokojach – wspomina „Zawiel”.

Zakładnicy zastrzeleni na oczach policjantów

O godz. 13 Afgańczycy zaatakowali kolejny raz. Kilku policjantom udało się nawet dostać do hallu. Napastnicy zastrzelili wtedy dwóch zakładników. Robiąc to na oczach szturmujących, chcieli zmusić ich do wstrzymania kolejnych ataków.

- Kilkukrotne próby zdobycia obiektu nie przyniosły efektów, a coraz większe straty fatalnie wpływały na morale Afgańczyków – mówi „Domel”.

Nasi wybrali 30 najbardziej doświadczonych „Tygrysów”. Zarówno „Tygrysy” jak i Polacy zdawali sobie sprawę, że mają skromne siły na standardowe oczyszczenie tak dużego budynku.

– Mój przełożony uważał, że powinniśmy wchodzić do środka. Ale zapytał, czy mam świadomość, że chcę wysłać siebie i swoich ludzi do walki z samobójcami? Odpowiedziałem, że różnie może być. Ale jak już wejdziemy, to się nie cofniemy i wykonamy zadanie – wspomina „Suchy”.

Kilkanaście minut po godz. 14 „Suchy” odebrał krótką informację z Polski: jest „zielone światło” na wejście! Gubernator Szarany zaakceptował plan Polaków i poprosił, aby to oni dowodzili całością operacji.

Nasi zdecydowali się na wejście przez boczne drzwi ewakuacyjne. - Założyliśmy, że będą zaminowane – opowiada „Starsky”.

W sekundowych odstępach „Kiemol” i „Krajek” wystrzelili z granatników w kierunku tych drzwi. Ze względu na niewielki dystans, pociski nie uzbroiły się i nie eksplodowały. Jednak wybiły drzwi. Napastnicy, przyduszeni kanonadą prowadzoną z przodu budynku nie zwrócili uwagi na ten hałas.

Afgańczycy się wahają, Polacy ruszają pierwsi

Ze względów bezpieczeństwa ostrzał z przodu ustał. Wtedy specjalsi ruszyli. Plan był taki, że do środka pierwsi będą wchodzić Afgańczycy.

- Jednak zabrakło im pałera. Żaden nie chciał wejść na schody. Staliśmy na otwartym terenie, więc „Borek”, „Doniu” i „Olo” ruszyli do góry – relacjonuje „Suchy”.

Sprawnie dostali się do środka. Nikt do nich nie strzelał.

Na zewnątrz został radiotelegrafista „Starsky”. Zapewniał łączność między „Suchym” a resztą świata.

W czyszczeniu pomieszczeń najważniejsza jest szybkość. Specjalsi posuwają się jak niszczycielski huragan. Podstawowa sprawa – nie dać się zatrzymać, przeć naprzód!

Poruszając się korytarzem jak najbliżej ścian, błyskawicznie musieli dotrzeć pod drzwi pierwszych pomieszczeń. Zamknięte należało otworzyć strzałem ze strzelby lub uderzeniami młota. Komendy „flash!” oznaczają, że do środka należy wrzucić granaty hukowo-błyskowe. Huk, dynamiczne wejście, sprawdzenie pomieszczenia. Głośnie „clear” oznacza, że jest czyste. Można sprawdzać kolejne.

Słysząc kanonadę (mającą odciągnąć ich uwagę od bocznych drzwi), talibowie wiedzieli, że nastąpi kolejny szturm. Ale myśleli, że atak znowu pójdzie od frontu. W tamtym kierunku zaczęli rzucać granaty. Minęło kilka sekund, zanim zorientowali się, że niebezpieczeństwo nadchodzi z innego kierunku.

Pierwsze strzały w kierunku Polaków

Sprawnie się przegrupowali i zaczęli strzelać do specjalsów. Nasi odpowiedzieli ogniem, a w kierunku talibów rzucili granat hukowo-błyskowy.

Dla nieprzygotowanego człowieka jego wybuch jest jak małe trzęsienie ziemi. Podłoga drży, ściany jakby miały się za moment zawalić. Jeśli przeciwnik jest bardziej doświadczony, fleszbeng działa na psychikę. Atakowany powinien schować się, gdy zobaczy granat. Nie ma bowiem pewności czy nie jest bojowy, który zasypie wszystko setkami śmiercionośnych odłamków. Ta chwila pozwala na to, żeby atakujący mogli wejść do pomieszczenia i przejąć nad nim kontrolę.

Najbliższy napastnik ukrył się po lewej stronie korytarza, w drugim pokoju. Nieznacznie wysuwał kałasznikowa i strzelał krótkimi seriami.

- Dobrze się chował, a granat hukowy nie robił na nim wrażenia. Dopiero gdy rzuciliśmy bojowy, talib na moment zniknął za ścianą. To wystarczyło, aby dwóch naszych przeskoczyło do pomieszczenia po drugiej stronie korytarza. Gdy ponownie się wychylił, nasi mieli lepszy kąt do strzału. Trafili bez pudła – relacjonuje operator.

Talibowie byli doskonale wyszkoleni. Świetnie ze sobą współpracowali, dobrze wykorzystywali osłony, unikali okien, oszczędzali amunicję.

Jeden z nich ukrył się pod stertą koców rozłożonych na podłodze ciemnego pomieszczenia. Z tego miejsca ostrzeliwał specjalsów. Udało się go jednak wyeliminować.

„Allah akbar!” atakującego samobójcy

Gdy ucichł huk kolejnego wybuchającego granatu, powietrze przeszył przeraźliwy wrzask „Allah akbar!”. Z kolejnego pomieszczenia wyskoczył długowłosy, niezbyt wysoki mężczyzna z drobnym wąsem pod nosem. Wcześniej nie strzelał, przyczaił się. Chciał jak najbliżej podpuścić nacierających. Biegł bez broni. Ale w lewej dłoni trzymał mały, czarny telefon komórkowy. Spod rozpiętej bluzy munduru wystawała, wypełniona kostkami plastiku, płócienna kamizelka samobójcy.

Na korytarzu zrobił zaledwie kilka kroków. W jego kierunku posypały się kule z precyzyjnie wycelowanych karabinków. Mężczyzna upadł na podłogę. Z rozwartej dłoni wypadł telefon. Idący na przedzie zauważyli, że ekran jest podświetlony, a włączona komórka nawiązuje połączenie.

Na korytarzu rozległo się gwałtowne „Out... Out... Out...”. Wszyscy błyskawicznie zaczęli się cofać do sprawdzonych pomieszczeń.

- W kamizelce było kilka kilogramów materiałów wybuchowych, metalowych kulek i śrub. Nawet gdybyśmy ukryli się przed odłamkami, w betonowym budynku mogło nas skasować ciśnienie fali uderzeniowej wybuchu – tłumaczy operator.

Ładunek nie eksplodował. Kilka sekund oczekiwania i specjalsi wyszli na korytarz.

W budynku zrobiło się dziwnie cicho. Nasi nie wiedzieli, ilu przeciwników czai się w kolejnych pokojach. A zdawali sobie sprawę, że spieszyło się im na tamten świat. I chcieli ze sobą zabrać jak najwięcej niewiernych.

Uwolniono dwóch zakładników

Kolejne drzwi zostały z zewnątrz zamknięte na kłódkę. Strzał ze strzelby i mocne kopnięcie otworzyło jednak wejście do dużego pokoju.

- Nagle z wnętrza tego pokoju w kierunku nas zaczął biec mężczyzna. Miał na sobie cywilne ubranie. Kątem oka zauważyłem, że nie miał tak nienaturalnej sylwetki jak samobójca, owinięty pasem szahida. Krzyczał też inaczej. Tamten wrzeszczał z nienawiścią, ten z przerażeniem. I wtedy przekonałem się, że nasze „Tygrysy” to naprawdę chłopaki, które mają predyspozycje do tej roboty – z uznaniem opowiada specjals.

Policjant idący z przodu krzyknął „stop”. Intuicyjnie podniósł kałasznikowa na wysokość głowy biegnącego. Ocenił zagrożenie. Opuścił broń i strzelił mu w udo. Pojedyncza kula przebiła mięśnie. Mężczyzna padł na podłogę.

Szturmujący ukryli się na korytarzu. Ranny jęczał z bólu. Policjanci kazali mu zdjąć koszulę, żeby sprawdzić, czy nie ma pod nią kamizelki samobójcy.

W tym momencie ze środka tego pomieszczenia zaczęły dobiegać kolejne okrzyki. Drugi mężczyzna wrzeszczał, żeby nie strzelać, bo on jest zakładnikiem. Policjanci kazali mu zdjąć koszule i spodnie, potem położyć się na podłodze. Głową do dołu, z rozszerzonymi rękami i nogami. Po przeszukaniu skuto mu ręce kajdankami.

Rannego również przeszukano. Szybko zajął się nim medyk. Obu wyniesiono na zewnątrz po schodach przeciwpożarowych.

„Obiekt opanowany. Strat nie ma”

Po sprawdzeniu i zabezpieczeniu całego piętra, dowódca polecił zejść na niższą kondygnację. W kolejnych pomieszczeniach nikogo nie było. Specjalsi sprawdzili wszystkie.

O godz. 15.30 „Suchy” podał „Starskiemu” krótką komendę. Radiotelegrafista przekazał ja dalej: „Obiekt opanowany. Strat nie ma”.

Kilka godzin później afgańscy pirotechnicy dotarli do pomieszczenia, w którym znajdowało się ciało taliba strzelającego spod koców. Gdy podnieśli zwłoki usłyszeli delikatne pstryknięcie. Budynkiem wstrząsnął potężny wybuch pasa szahida. Dwaj żołnierze zostali ciężko ranni, a eksplozja wyrwała sporą dziurę w betonowym, grubym suficie.

- W czasie kilkunastominutowego, decydującego szturmu nie zastał ranny ani żaden Polak, ani nikt z „Tygrysów”. Uwolniono dwóch zakładników, dwóch uciekło przed rozpoczęciem operacji. Kilku samobójców zginęło wcześniej, w czasie operacji wyeliminowano trzech – podsumowuje „Wróbel”, który dowodził wtedy Task Force-50.

Kilka miesięcy później podobne zadanie musieli wykonać specjalsi z kolejnej zmiany Task Force-50, z ekipy podległej „Arkowi”. 6 maja 2010 r. wieczorem napastnicy obwieszeni pasami szahida zabarykadowali się w banku w Szaranie. Kilkukrotne próby opanowania sytuacji przez Afgańczyków skończyły się niepowodzeniem.

Polacy wspólnie z „Afgańskimi Tygrysami” zaatakowali o świcie. W czasie operacji czterej terroryści zginęli, dwóch zostało rannych. Żaden z komandosów nie ucierpiał.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki