Operacja odzyskania zestrzelonego pilota. To jak napad na bank pełen pieniędzy

2026-04-05 8:49

Od kilku dni opinia publiczna ekscytuje się amerykańską operacją ratowania pilotów - zestrzelonego nad Iranem - myśliwca F-15E. W każdą taką akcję angażuje się olbrzymie pieniądze, kilkadziesiąt samolotów i śmigłowców oraz setki żołnierzy. Warto więc poznać historię CSAR (ang. Combat Serach and Rescue) bojowego poszukiwania i ratownictwa.

  • Wyszkolenie pilota kosztuje miliony dolarów, więc odzyskanie zestrzelonego to oszczędzanie publicznych pieniędzy.
  • Odzyskanie zestrzelonych lotników podnosi morale załóg. Lotnicy mają świadomość szansy na błyskawiczną ewakuację po zestrzeleniu samolotu.
  • Taka operacja jest sensacją w mediach. Polepsza nastroje społeczne. Do opinii publicznej docierają sygnały, że dowódcy nie rzucają żołnierzy na pożarcie wroga.
  • Szkolenie CSAR zwiększa bezpieczeństwo w czasie pokoju. Wtedy CSAR może działać wspólnie z cywilnymi siłami poszukiwania i ratownictwa w czasie klęsk żywiołowych czy akcji poszukiwawczych.

Do najbardziej spektakularnej operacji ratowania zestrzelonego pilota doszło przed trzema dekadami, w 1995 r. Amerykanie ratowali wtedy swojego pilota zestrzelonego nad Bośnią. W operacji brało udział ponad 40 samolotów, śmigłowców oraz setki ludzi. Skąd bierze się takie zaangażowanie? Wyszkolenie pilota myśliwca kosztuje miliony dolarów. Więc odzyskanie zestrzelonego jest jak napad na bank. Żołnierze z zespołów CSAR - wracając z pilotem - oszczędzają miliony na szkolenie kolejnych lotników.

Przez siedem dni na terytorium wroga

Zestrzelony kpt. Scott O’Grady przez tydzień ukrywał się w Bośni. Serbowie ogłosili nawet informacje o przechwyceniu Amerykanina. Ale ratownicy namierzyli sygnał SOS pilota. Jednak fatalna pogoda uniemożliwiała szybkie przeprowadzenie ewakuacji.

- Dopiero po siedmiu dniach, 9 czerwca 1995 r., z lotniskowca Kearsarge zakotwiczonego na Morzu Śródziemnym wystartowały dwa śmigłowce ratownicze Super Stallion – ujawnia kmdr por. rez. Zenon Chojnacki, były wykładowca taktyki lotnictwa z Akademii Obrony Narodowej w Warszawie.

Wspierały je śmigłowce uderzeniowe Cobra. W bezpośredniej osłonie działały cztery myśliwce pionowego startu Harrier. Zaś samoloty F/A-18 Hornet sprawdziły trasę przelotu śmigłowców. Miały też namierzyć i – używając serii specjalnych haseł - potwierdzić tożsamość pilota, a potem podać jego pozycję grupie ewakuacyjnej.

Pilot z okładki „Time”

- W czterech śmigłowcach leciało 61 żołnierzy. W całość akcji zaangażowanych zostało ponad 40 samolotów oraz setki ludzi pracujących m. in. w sztabach kilku szczebli dowodzenia NATO – opowiada Zenon Chojnacki.

Operacja wzbudziła takie emocje społeczne, że pilot stał się bohaterem mediów. Pojawił się nawet na okładce prestiżowego magazynu „Time”.

Na Bałkanach CSAR wykorzystano przynajmniej jeszcze raz. Pod koniec marca 1999 r. Serbowie zestrzelili myśliwiec F-117 Stealth. Wtedy błąd popełnił pilot, który po zrzuceniu bomb nie zamknął luku, a to spowodowało częściową utratę „niewidzialności”. Błąd popełnili też planiści. Przez kilka nocy samoloty latały bowiem tą samą trasą. Pilot katapultował się niedaleko Belgradu. W ciągu kilku godzin ewakuowała go grupa CSAR.

Gdy piloci samolotów wielozadaniowych wykonują misję bojową, w pogotowiu są siły CSAR.

Przed trzema dekadami podjęcie zestrzelonych było zadaniem przynajmniej dla dwóch śmigłowców ratowniczych. Do akcji zawsze leciała para: maszyna zasadnicza i zapasowa. Osłaniały je samoloty bojowe. Siły CSAR współpracowały z Powietrznym Systemem Wczesnego Ostrzegania i Naprowadzania (AWACS), Powietrznym Centrum Kontroli i Dowodzenia Polem Walki (ABCCC) czy Radiolokacyjnym Systemem Obserwacji i Wskazywania Celów (JSTARS), samolotami walki elektronicznej, tankowania w powietrzu oraz satelitarnym systemem nawigacji.

Najpierw były balony

Pierwsza taka operacja odbyła się w 1870 r., w czasie wojny francusko-pruskiej. Francuzi ewakuowali balonami swych rannych – przypomina kmdr por. Chojnacki.

W czasie II wojny światowej alianci podejmowali pilotów z wód Kanału La Manche, wykorzystując łodzie latające. W przypadku, gdy piloci byli zestrzeliwani nad kontynentem, niewielkie samoloty lądowały na prowizorycznych lądowiskach urządzanych na terenach okupowanych.

Wtedy zestrzelonych pilotów odnajdywał lokalny ruch oporu, który przerzucał lotników w pobliże kanału La Manche.

Z jednej strony nie było wtedy odpowiedniego sprzętu do prowadzenia wielkich lotniczych akcji ratowniczych. Z drugiej, szkolenie pilota nie było jeszcze tak drogie i czasochłonne.

Doświadczenia z Korei i Wietnamu

- Na dużą skalę odzyskiwanie pilotów zastosowali Amerykanie w czasie wojny w Korei. Śmigłowce Sikorsky H-5, Sikorsky H-19 oraz Bell H-13 podjęły zaledwie co dziesiątą zestrzeloną załogę. W sumie - 170. Ale na tych doświadczeniach uczyli się Francuzi walczący w Indochinach i Algierii oraz Anglicy na Malajach – mówi Zenon Chojnacki.

W Wietnamie amerykańskie siły CSAR liczyły 2.700 ludzi. Uratowano 980 załóg, czyli 36 proc. tych, które znalazły się na terenie przeciwnika. Jeden z zestrzelonych lotników ukrywał się z dżungli przez 11 dni.

Po zakończeniu akcji ratowniczej, odznaczono 234 jej uczestników!

W wojnie w Zatoce Perskiej 64 amerykańskie załogi znalazły się na terytorium opanowanym przez Irakijczyków. Jednostki CSAR odzyskały tylko trzy z nich. Siły Saddama Husajna kładły wielki nacisk na przechwytywanie pilotów. Podczas tej wojny loty ratownicze wykonywali także Francuzi. Skutecznie. Podjęli bowiem zestrzelonego pilota amerykańskiego. Po zakończeniu interwencji w Zatoce, w amerykańskiej bazie Nellis powstała szkoła CSAR, a w US Air Force utworzono kilka dywizjonów Combat SAR. Taka formacja powstała też we Francji.

W mieście najpierw ratuj się sam

W 1993 r., w czasie operacji w Somalii, załogi amerykańskich śmigłowców, zestrzelone nad miastami, na własną rękę musiały przedzierać się do punktów kontaktowych.

W tamtejszych realiach ryzyko związane z wysyłaniem sił ratunkowych było zbyt wielkie. Dlatego ustalono, że ewakuacja będzie przeprowadzona, gdy lotnik dotrze do miejsca, w którym otrzyma pomoc i będzie mógł bezpiecznie oczekiwać na ratowników.

Dlatego lotników wyposażono m. in. w kamizelki kuloodporne oraz dobrze uzbrojono w pistolety M9 z zapasem 96 nabojów lub karabinki CAR-15/M4 z 320 nabojami.

Nigdy jednak Amerykanie nie zostawiają swoich zestrzelonych lotników bez pomocy. Jest to spowodowane prostą kalkulacją kosztów związanych z wyszkoleniem pilotów. Ale przede wszystkim z dbaniem o morale – załogi samolotów i śmigłowców podejmą się najbardziej ryzykownego zadania, jeśli będą wiedziały, że dowództwo zrobi wszystko co możliwe, aby - w przypadku nieszczęścia - pomóc im wrócić do domów.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki