• Ilu ludzi trzeba było, by obsłużyć najcięższe działa I i II wojny światowej?
• Dlaczego pierwsze czołgi potrzebowały nawet ośmiu członków załogi?
• Ile osób obsługiwało bombowce i sterowce w czasie obu wojen światowych?
• Jak zmieniała się na przestrzeni lat liczebność załóg okrętów wojennych?
• Czy w epoce dronów i sztucznej inteligencji człowiek nadal jest niezbędny?
Czas Wielkiej Wojny i rozwoju techniki wojskowej
W I wojnie światowej artyleria potwierdziła niezaprzeczalnie swój „królewski” status. Artyleria od 100 mm do największych kalibrów (np. 420 mm) wymagała licznych załóg do ręcznej obsługi - ładowania, ustawiania, naprawy. Od 5 do 14 (w niektórych przypadkach jeszcze więcej) żołnierzy było przypisanych do obsługi działa.
I wcale nie było tak, że przy mniejszym kalibrze armaty robotę miało niewielu ludzi. Dobrym przykładem potwierdzającym to była brytyjska QF 18-funtowa (84 mm). Etatowa załoga składała się z 10 ludzi. Byli to: dowódca, mechanik, celowniczy/strzelec, ładowniczy, dwóch ustawiaczy zapalników, trzech rezerwowych. Dziesiątym załogantem był woźnica.
Francuska armata 75 mm Mle 1897 była obsługiwana przez 8 żołnierzy. Według etatów armii francuskiej 4 działa tworzyły baterię. To znaczy, że obsługiwało ją 32 żołnierzy. Bezpośrednio. Łącznie jednak kilkakrotnie więcej, bo do obsługi należało doliczyć dowództwo, rozpoznanie, zaopatrzenie, pomoc medyczną itd. Podaję to po to, by mieć świadomość, że bezpośrednia załoga to jedno, a otoczenie to drugie. Dalej będę już koncentrował się wyłącznie na samych obsługujących dany sprzęt wojskowy. Jeszcze raz podkreślmy: stanowią/stanowili oni część konglomeratu.
To przejdźmy do superkalibrów… Cesarsko-królewska Skoda 305 mm M.11 miała 14-osobową obsługę. Niemiecki moździerz M-Gerät vel Dicke Bertha (Gruba Bertha) kalibru 420 mm - 15-osobową, a francuską haubicę kolejową (powstały tylko 2 egzemplarze) 520-milimetrową Mle 1916 obsługiwało bezpośrednio 20 żołnierzy.
Skoro jesteśmy „na lądzie”, przejdźmy do „objawienia” I WŚ: czołgów, w owym czasie zwanych tankami. Na marginesie: dla zmylenia Niemca Anglicy wprowadzili taką nazwę, bo miały to być… zbiorniki dla armii carskiej. Polską nazwę w 1919 r. zaproponował por. Władysław Kohutnicki. Był odpowiedzialny za zakupy uzbrojenia we Francji dla Wojska Polskiego. Kupiliśmy wtedy przodka wszystkich późniejszych czołgów: FT-17. Do jego obsługi trzeba było tylko 2 żołnierzy.
Do wcześniejszych tanków I WŚ trzeba było wielokrotnie liczniejszej załogi. Za pierwszy tank użyty bojowo najczęściej uznaje się brytyjski Mark I. Wprowadzono go na pole walki w 1916 r. Załogę Mark I tworzyło 8 ludzi, w tym dwóch kierowców. Każdy z nich sterował jedną gąsienicą. Zmodernizowany Mark IV (wyprodukowano ich najwięcej) miał tyluż samo załogantów. Dopiero w ostatniej wersji, Mark VIII, ubył jeden żołnierz obsługi.
To teraz wzbijamy się w powietrze. Standardowo załogi samolotów były 1-2-osobowe. Jednak w I WŚ nie tylko samoloty były zaangażowane w wojnę powietrzną. Sterowce również.
W tym „segmencie” wojny brylowali Niemcy, w zasadzie nie mieli konkurencji. Sterowce były używane nie tylko do prowadzenia rozpoznania, ale i bombardowania. Dość powiedzieć, że pierwsze naloty na Londyn wykonywały „zeppeliny”.
Kajzerowskie Niemcy najwięcej wyprodukowały sterowców klasy Platte - 22 sztuki. Były to olbrzymy o długości do 198 m. Mogły wziąć na pokład 9 ton ładunku. Obsługiwała je 22-osobowa załoga. Można je obrazowo nazwać „powietrznymi krążownikami”.
A skoro mowa o krążownikach, to jak liczna była załoga typowego lekkiego liniowego brytyjskiego krążownika? Okręt klasy Courageous (1916–1917) miał 842-osobową załogę. OK. A pancernik vel okręt liniowy? Typowy battleship z I wojny światowej, np. klasy Iron Duke (1912–1914), miał załogę składającą się z ok. 1200 oficerów i marynarzy.
Okręty podwodne, znacznie mniejszej wyporności (a więc i rozmiarów), obsługiwane były przez znacznie mniejsze załogi. Największy okręt podwodny tamtych czasów, niemiecki U-139 (111 m długości), miał 72-osobową załogę.
Zostały jeszcze lotniskowce. Dużo się nie nawalczyły, ale dały początek nowej linii „pływających lotnisk”. Pierwsza taka, pełnopokładowa, jednostka - brytyjski HMS „Argus” (z 1918 r.) miał ok. 700-osobową załogę.
II wojna światowa – pół tysiąca żołnierzy do obsługi „Ciężkiego Gustawa”
Pora przejść do II WŚ. W broni pancernej, konkretnie w czołgach, załogi były góra kilkusoosbowe. Od 2 (tankietki i niemieckie Panzer I) po 4 i 5 - w innych czołgach. Było kilka wyjątków od tej reguły. Oto jeden z nich: T-35. Załogę tego wielowieżowego, ciężkiego czołgu sowieckiego (w produkcji od 1933 do 1939 r.) stanowiło aż 12 żołnierzy.
Pod pancerzem nieco starszego, francuskiego superczołgu Char Bis 2C (1934-1940) skrywał się tuzin załogantów. W słynnym „Rudym” T-34 była 4-osobowa załoga w pierwszej wersji maszyny, a w nowszej powinno być 5 żołnierzy. W filmie czołg obsługiwała 4-osobowa załoga (nie wiedzieć czemu), czasem wspomagana dorywczo przez sierżanta Wichurę. Załoga była 5-osobowa (w serialu), jeśli doliczy się do niej psa Szarika.
W artylerii też nie doszło do większych zmian w liczebności jej obsługi. Był jeden wyjątek. Nader ekscentryczny. Otóż bezpośrednią załogę 800-milimetrowego działa kolejowego Schwerer Gustav (vel Dora) użytego w oblężeniu Sewastopola) stanowiło do 500 osób (a 6000 było zaangażowanych w rozstawienie giganta i logistykę).
Znacznie liczniejszych załóg niż to było w I WŚ wymagało ówczesne lotnictwo, szczególnie bombowe. O ile myśliwcami zawiadywał (najczęściej) tylko jeden człowiek (gdy miały dwa silniki, to załoga zwiększała się do dwóch osób), to z bombowcami było już całkiem inaczej.
Nasz osławiony PZL-37 Łoś miał 4-osobową załogę. Podstawowy bombowiec III Rzeszy Heinkel He 111 już o jedną więcej, a czterosilnikowy Heinkel He 177 Greif miał na pokładzie 7-osobową obsługę. To i tak niewiele, jeśli porówna się je z brytyjskimi, a tym bardziej z amerykańskimi maszynami.
Załogę brytyjskich stanowiło do 7 ludzi, a amerykańskie obsługiwało już od 7 do 11. Słynna „latająca forteca” B-29 Superfortress, z pokładów których spadły bomby A na Hiroszimę i Nagasaki, miały 11-osobowe załogi.
Ponad dwukrotnie zwiększyły się stany osobowe na lotniskowcach w porównaniu do tych z czasów końca I WŚ. Japoński „Akagi” miał ok. 1700 osób w załodze. Najliczniejsze w US Navy jednostki klasy Essex obsługiwało do 3500 marynarzy i oficerów.
Okręty liniowe, którym koniec istnienia zadały lotniskowce, też potrzebowały tysięcy ludzi do tego, by mogły pływać i walczyć. W (szybko zatopionej) dumie Kriegsmarine, w pancerniku „Bismarck”, zadania wykonywało 2225 osób. Załogę amerykańskiego liniowca „Iowa” stanowiło 2800 ludzi. Mniej więcej tyle samo, ilu było zaokrętowanych na pancerniku wszech czasów - japońskim „Yamato” (i bliźniaczym „Musashi”).
Zresztą Japończycy mieli też najliczniej obsadzone, w owym czasie, okręyt podwodne. Załoga jednostek z serii I-400 (zwanych podwodnymi lotniskowcami, bo transportowały w sobie wodnosamoloty) liczyła sobie do 170 osób. To dwukrotnie więcej od innych, typowych okrętów podwodnych II WŚ.
Ilu dziś potrzeba operatorów do zarządzania setką dronów?
Dziś technika wojenna wspomagana jest automatyzacją, komputerami, sztuczną inteligencją i temu podobnymi rozwiązaniami. Dużo można byłoby o nich pisać, ale by nie zanudzać Czytelnika lawiną liczb, potraktuję temat skrótowo. W czołgach jest tylu ludzi, ilu było z czasów Janka Kosa. Artyleria lufowa potrzebuje już mniejszego zaangażowania, nazwijmy, osobowego. przybyła jej konkurencja. Rakiety, od tych do wyrzutni wieloprowadnicowych, przez manewrujące, po balistyczne - niszczyciele świata. Początek tej broni dały hitlerowskie V-1 i V-2. Do obsługi bezpośredniej tych ostatnich, pierwszych w świecie rakiet balistycznych, trzeba było tylko 12 ludzi, ale już nad obsługą mobilnej jednostki (Meillerwagen-Batterie) czuwało ok. 100 żołnierzy.
Silos z rakietą Minuteman III obsługują… 2-osobowe zmiany. Mobilne wyrzutnie Topola M/RS-24 Jars - 4-osobowe. Za mocno powiększyły się załogi lotniskowców.
Lotniskowiec USS „Gerald Ford” ma ok. 4500 osób w załodze. Z tego 2500 ludzi stanowi załogę okrętową, a reszta - lotniczą.
Gabaryty zwiększyły okręty podwodne, ale znacząco nie przybyło w nich załogantów. Rosyjskie i amerykańskie jednostki z napędem jądrowym mają pod pokładami od 100 do 155 marynarzy i oficerów.
W skomputeryzowanym lotnictwie też ograniczono tzw. czynnik osobowy. Jeden człowiek wystarczy. Wyjątkiem są bombowce, konstrukcyjnie sprzed dekad. Tu-160M ma 4-osobową załogę, a B-52H – 5-osobową.
A ilu operatorów trzeba do kierowania setką dronów? Stu? Nie, znacznie mniej. W zależności od systemów i stopnia automatyzacji (przez AI) setką dronów może zarządzać od 1 do 10 operatorów. Jak widać, nawet w dobie sztucznej inteligencji musi ją wspomagać człowiek!
Czy w przyszłości będzie również potrzebny do używania militarnej machiny? Może tak, może nie. Wszelako twórcy sagi „Gwiezdne wojny” założyli, że załoga gwiezdnego niszczyciela klasy Imperial I/I liczy sobie… 37 085 ludzi!
Polecany artykuł: