Dlaczego nalot z czasów II wojny światowej zainspirował oficerów planujących wojnę atomową między Układem Warszawskim a NATO?

2026-05-01 14:05

Operacja „Chastise” jest jednym z najbardziej legendarnych nalotów brytyjskich bombowców z czasów II wojny światowej. Nocą z 16 na 17 maja 1943 r. 19 specjalnie zmodyfikowanych Avro Lancasterów, używając specjalnie zaprojektowanych „bomb skaczących” zniszczyło tamy wodne w Zagłębiu Ruhry, w sercu niemieckiego przemysłu. Zniszczenia doprowadziły do olbrzymiej katastrofy. O tym nalocie napisano już wiele, ale warto na tę operację popatrzyć również oczyma oficerów – ponad 40 później - planujących wojnę atomową między Układem Warszawskim a NATO.

  • Zapory wodne w Zagłębiu Ruhry były doskonale chronione.
  • Brytyjczycy skonstruowali specjalne „skaczące bomby” aby je zniszczyć.
  • Do przeprowadzenia operacji stworzono specjalny dywizjon lotniczy.
  • Straty zadane Niemcom były olbrzymie.
  • Po ponad 40 latach operacja zainteresowała polskiego sapera, który zajmował się ładunkami jądrowymi.

Najpierw jednak przypomnijmy, o co chodziło w operacji „Chastise”. Angielskie słowo można przetłumaczyć na „ukarać”. Brytyjczykom chodziło bowiem o osiągnięcie celu militarnego, jakim było wywołanie jak największych zniszczeń w hitlerowskim przemyśle zbrojeniowym, którego sercem było Zagłębie Ruhry. Jednocześnie chcieli wywołać efekt psychozy w społeczeństwie niemieckim. Zniszczenia spowodowane bombardowaniem miały być bowiem olbrzymie.

Strategiczne tamy prawie nie do zniszczenia

Brytyjczycy doskonale wiedzieli, że Zagłębie Ruhry najłatwiej sparaliżować niszcząc najważniejsze zapory wodne. Dzięki nim wytwarzano prąd w elektrowniach wodnych, utrzymywano odpowiedni poziom wody w rzekach i kanałach umożliwiając transport wodny. Zbiorniki były też zapasem wodny pitnej dla sporej części Niemiec.

W ówczesnej rzeczywistości zapory wodne można było próbować zniszczyć wyłącznie z powietrza. Standardowe bombardowanie nie miało sensu, bo Brytyjczycy nie mieli bomb o odpowiednio wielkiej mocy. Jedyną szansą była eksplozja ładunku u podstawy tamy, poniżej poziomu wody. Doskonale wiedzieli o tym Niemcy, więc obiekty zabezpieczyli specjalnymi sieciami przeciwtorpedowymi. Z powietrza chroniły je balony zaporowe, a z ziemi - artyleria przeciwlotnicza.

„Skaczące bomby” w torpexem

Jak ominąć sieci, a jednocześnie doprowadzić do eksplozji w optymalnym miejscu? Odpowiedź na to pytanie znalazł brytyjski inżynier lotniczy Barnes Wallis.

Zaproponował wykonanie ważących po cztery tony, beczkowatych bomb. Miały 1,5 m długości i 125 cm średnicy. Ukryto w nich prawie trzy tony materiału wybuchowego torpex, który miał moc o połowę większą od klasycznego trotylu.

Odbijając się od powierzchni wody jak „kaczki” puszczane płaskimi kamieniami, miały w ściśle wyliczonym punkcie – 33 m pod wodą uderzyć w ścianę tamy.

Żeby nalot się udał, bombowce musiały lecieć dokładnie 10 m nad taflą wody i zrzucić niszczący ładunek 130 m przed tamą. To nie było proste, bo taki dystans samoloty pokonywały w ciągu zaledwie sekundy.

Skomplikowany nalot oparty na geometrii

Bomby mocowano w poprzek, a nie jak klasyczne ładunki wzdłuż kadłuba samolotu. Przed zrzutem wprowadzano je w ruch wirowy (do prędkości ponad 500 obr. na min) przez silniki elektryczne zamontowane pod kadłubem.

Bomby miały przeskoczyć nad siatkami przeciwtorpedowymi, uderzyć w ścianę zapory pod takim kątem, aby ruch obrotowy wepchnął ładunek pod wodę i uruchomił zapalnik dopiero u podstawy konstrukcji.

Aby to osiągnąć lotnicy musieli zrzucić bomby w ściśle określonej odległości na precyzyjnie wyliczonej wysokości. Jak to rozwiązał Barnes Wallis? Wykorzystał – znane od starożytności – zasady geometrii. W samolocie zamontowano specjalne ramiona, przez które pilot obserwował brzegi tamy. Gdy krańce ramion pokryły się z dwoma końcami tamy – błyskawicznie należało dokonać zrzutu bomb.

Drugim wyzwaniem było ustalenie właściwej wysokości samolotu nad taflą wody. Tu też wykorzystano zasady geometrii. W samolocie, pod odpowiednim kątem zamontowano dwa reflektory. Gdy strumienie ich świateł się zbiegały, maszyna była na właściwej wysokości.

Najlepsi lotnicy do wykonania niebezpiecznego zadania

Gdy niezwykłe bomby były gotowe, należało wyselekcjonować najbardziej doświadczonych lotników, którzy wykonaliby zadanie. Dowództwo powołało więc nowy 617. Dywizjon Bombowy RAF. Na jego czele stanął doświadczony pilot Guy Gibson, który wybrał 21 załóg. Lotnicy pochodzili z różnych miejsc Imperium Brytyjskiego. Oprócz Brytyjczyków, w dywizjonie znaleźli się Australijczycy, Kanadyjczycy i Nowozelandczycy.

Do dyspozycji dostali zmodyfikowane ciężkie bombowce Avro Lancaster. Korzystając z bomb ćwiczebnych, załogi szkoliły się nad zbiornikami wodnymi w Wielkiej Brytanii.

Olbrzymie zniszczenia po jednym nalocie

Atak przeprowadzono po wiosennych roztopach, gdy poziom wody w zbiornikach w Zagłębiu Ruhry był najwyższy. Po bombardowaniu woda zalała sporą część Zagłębia Ruhry. Zginęło ponad 1,5 tys. cywili, z czego połowa to robotnicy przymusowi z krajów okupowanych.

Woda zniszczyła dwie duże elektrownie wodne, siedem innych uszkodziła. Przerwy w dostawach prądu trwały kilkanaście dni. Zalanych zostało kilka kopalń, kilkanaście zakładów przemysłowych, a ponad 100 fabryk uległo uszkodzeniom.

Misja była ogromnym sukcesem, ale okupiono ja dużymi stratami. Nie wróciło z niej 8 z 19 Avro Lancasterów. W czasie operacji zginęło 53 ze 133 lotników.

Ci którzy wrócili otrzymali wysokie odznaczenia wojenne. Dziennikarzom zaprezentowano dowódcę - Guya Gibsona, który stał się gwiazdą mediów.

Polecany artykuł:

Bomba jądrowa na raka

Operacja „Chastise” jak eksplozja kilku min jądrowych

Przez dekady efekty nalotu budziły zainteresowanie wojskowych. Po ponad 40 latach od przeprowadzenia operacji „Chastise” – w tajnej pracy naukowej, napisanej w 1987 r. - analizował ją płk dr hab. Bronisław Pawłowski, wykładowca Akademii Sztabu Generalnego w Warszawie. Był saperem, fascynowały go efekty zniszczeń po użyciu precyzyjnie zastosowanych ładunków wybuchowych. Efekty nalotu porównywał z możliwościami tajnych, niewielkich ładunków jądrowych, tzw. min atomowych. Skonstruowano je do wykorzystania w czasie planowanej wojny NATO z Układem Warszawskim.

Naukowiec dokładnie wyliczał:

„W ciągu 12 godz. ze zbiornika wylało się 83 proc. zgromadzonych wód. Fala o wysokości 10 m przesuwała się z prędkością 5,8 km na godz. Zniszczyła 25 urządzeń hydrotechnicznych, cztery mosty kolejowe, 16 mostów drogowych, 80 km torów kolejowych i dróg, kilkaset zabudowań. Wszystkie mosty w odległości do 50 km od tamy zostały zniszczone. Przez kilka dni Niemcom nie dało się urządzić jakichkolwiek przepraw przez zalewisko.”

Płk Pawłowski doszedł do wniosku, że efekty podobne do nalotu prawie 20 ciężkich bombowców mogły dać eksplozje trzech niewielkich, przenoszonych w plecaku min atomowych.

Pierwsze takie ładunki skonstruowali Amerykanie w 1950 r. Do budowy nowej broni wykorzystali głowice istniejących rakiet jądrowych. Przeróbka nie była skomplikowana. Zmieniano tylko obudowę i montowano nowy system odpalania ładunku. Z takich min zbudowano – ulokowaną na terenie Niemiec Zachodnich, w pobliżu granicy z Niemiecką Republiką Demokratyczną - linię zapór jądrowych, tzw. Pas Trettnera.

Rozpracowaniem Pasa Trettnera zajmował się płk Pawłowski.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki