- Rosyjscy eksperci analizują konsekwencje wojny na Ukrainie, która stała się długotrwałym konfliktem, wpływającym na globalny układ sił.
- Kraje Globalnego Południa odmawiają przyłączenia się do antyrosyjskich sankcji, co pozwala Rosji kontynuować wojnę, ale nie tworzy bloku antyzachodniego.
- Rosja, pomimo braku strategicznych partnerów, widzi szansę na budowanie wpływów w Azji, szczególnie poprzez sojusz z Indiami i Iranem.
- Kluczowe dla Rosji będzie stworzenie euroazjatyckiego trójkąta strategicznego, który zrównoważy potęgę Chin i zredukuje wpływy USA w regionie.
Rosyjski ekspert o wyzwaniach Rosji po wojnie w Ukrainie
W tym czasie, jak zauważył Fiodor Łukanów, jeden z dyrektorów Klubu Wałdajskiego, „świat nie czekał” i przyspieszyły trendy, dla których wojna była katalizatorem.
Nowa sytuacja międzynarodowa - zauważył - stawia przed Rosją wyzwania ambitniejsze niż te, którym może sprostać Dowództwo Operacji Specjalnych. A stawianie czoła tym wyzwaniom stanie się sednem rosyjskiej polityki po zakończeniu operacji specjalnej.
Innymi słowy: zwycięska wojna, bo w to, że konflikt zakończy się po myśli Kremla Łukanów nie wątpi, oznacza dopiero początek wyzwań, z którymi Moskwa będzie zmuszona sobie radzić.
Najważniejszą zmianą, która już się dokonała, była odmowa wielu krajów światowego południa, na które administracja Joe Bidena wywierała presję, przyłączenia się do umownego „obozu zachodniego”. Chodziło oczywiście o izolację polityczną i przede wszystkim ekonomiczną Rosji, co miało być narzędziem wymuszającym na Kremlu ustępstwa. To się nie udało, postawa państw, które oparły się amerykańskiej presji umożliwiła Kremlowi kontynuowanie wojny, ale - przestrzega Łukianow - nie należy tej postawy mylić z powstaniem jakiegoś bloku antyzachodniego.
Nie ma mowy o bloku państw antyzachodnich
Zmiana, która zarysowała się w postawie wielu rządów, jest raczej wyrazem dążenia do zwiększenia własnej niezależności, pola manewru politycznego i ekonomicznego, czego nie należy mylić z dążeniem do formowania jakiegoś bloku. Jest to czytelna, choć nie wprost, krytyka jednego z wątków oficjalnej rosyjskiej narracji propagandowej, w świetle którego BRICS (czyli porozumienie Rosji, Chin, Brazylii, Indii i RPA i szeregu innych krajów, które zgłosiły swój akces do tego formatu) miałby przekształcić się w jakiś antyzachodni blok polityczny czy choćby sojusz równoważący.
W pewnych obszarach może tak się oczywiście stać, ale raczej należy w tym wypadku mówić o skutkach pogłębiania współpracy między państwami światowego południa, a nie intencjonalnym działaniu politycznym.
USA chcą odbudować światowe przywództwo
Co więcej, jak zauważa Łukianow, zmiana w Waszyngtonie w postaci objęcia władzy przez Donalda Trumpa i jego ekipę wnosi dodatkową dynamikę do zmieniającego się globalnego układu sił. Przede wszystkim dlatego, że Ameryka, co wyraźnie zaznaczył w swym przemówieniu w Monachium Marco Rubio, ma „wolę odbudowy” swego przywództwa w świecie. Będziemy zatem mieć, prognozuje rosyjski ekspert, do czynienia z aktywną postawą, w tym używaniem przez Waszyngton siły militarnej i presji polityczno - ekonomicznej, po to aby osiągnąć zakładane cele. Te również uległy zmianie, co dodatkowo komplikuje położenie Rosji.
Jeśliby bowiem Trump, podobnie jak Biden, myślał o odbudowie amerykańskiej hegemonii, to wówczas Rosja mogłaby być relatywnie spokojna, przede wszystkim z tego powodu, iż Stany Zjednoczone nie mają już wystarczającego potencjału, aby realizować tak ambitnie nakreślony cel. Dotychczas postawa hegemonistyczna oznaczała próbę „obsłużenia” zbyt dużej, nawet jak na możliwości Stanów Zjednoczonych, liczby celów. Powodowało to wyczerpywanie się zasobów i przeciążenie zdolności. Przywracanie tradycyjnie rozumianej hegemonii oznaczałoby marnotrawstwo, rozpraszanie amerykańskich sił i ułatwiało realizację rosyjskich celów.
"Amerykańskie przywództwo rozpoczęło walkę o nowy podział świata"
Tylko że Trump, zdaniem Łukianowa, nie myśli o hegemonii, lecz
Dąży do przywrócenia potęgi Zachodu i nie zawaha się tego celu realizować. Innymi słowy, amerykańskie przywództwo rozpoczęło walkę o nowy podział świata, w sytuacji kiedy przewaga jaką dysponują pozwala im liczyć na znaczący sukces. Różnica w stosunku do konkurentów maleje i (Amerykanie - MB) muszą się spieszyć, aby jak najskuteczniej wykorzystać istniejący potencjał.
Ta zmiana ma zasadnicze, również dla Rosji, znaczenie, bo oznacza ona koncentrację amerykańskich sił na realizacji wybranych i ograniczonych celów (Wenezuela, Iran, Kuba), a nie ich rozpraszanie w dążeniu do utrzymania globalnej hegemonii.
Czy Trump odniesie sukces, czas pokaże - pisze Fiodor Łukianow. - Napotyka on wiele przeszkód, zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Ale dzięki jego polityce sezon polowań jest otwarty; stary system światowy przestał istnieć i nikt nie liczy na jego przywrócenie. Przykład Stanów Zjednoczonych, które bez sentymentów poszerzają granice tego, co akceptowalne, jest również pouczający dla innych. Trumpowska interpretacja wielobiegunowości – każdy bierze, co może – została powszechnie przyjęta jako wskazówka do działania.
Gra o nowy ład globalny dopiero się zaczyna
Gra o nowy ład globalny i rozstrzygnięcie regionalne dopiero się zaczyna, a koniec wojny na Ukrainie nie będzie jej zwieńczeniem, a dopiero początkiem. Polityka administracji Trumpa wobec wojny oznacza, w opinii Łukianowa, sprowadzenie konfliktu do wymiarów regionalnych i jego rozstrzygnięcie będzie w związku z tym miało ograniczony wpływ na światowy układ sił. W innych częściach globu regionalne mocarstwa również dążą do zajęcia lepszych pozycji i poszerzenia stref swoich wpływów.
Rozpoczął się też wyścig o kontrolę zasobów surowcowych - począwszy od tradycyjnych, jak ropa naftowa, po minerały ziem rzadkich, kluczowe w rozwoju nowych technologii. Na to nakładają się rewolucyjne zmiany, bo na tym polu też mamy do czynienia z zauważalnym przyspieszeniem w domenie nowych technologii, także wojskowych.
Łukianow: Zakończenie tej fazy konfliktu na akceptowalnych warunkach
Łukianow, analizując politykę Kremla wobec wojny, stawia kilka interesujących tez, które warte są dostrzeżenia. Po pierwsze pisze o zakończeniu „tej fazy konfliktu na akceptowalnych dla niej warunkach”. Nie ma zatem mowy o osiągnięciu wszystkich celów, w tym politycznych, jakie stawiała sobie Rosja, inicjując „specjalną operację”, ani w gruncie rzeczy nie ma też mowy o formule pokojowej.
To ważne rozróżnienie, bo „pokój” oznacza osiągnięcie akceptowalnego przez wszystkich „punktu równowagi”, a o tym nie ma dziś mowy. Jedyną realną opcją jest zakończenie obecnej „fazy konfliktu”, co oznacza kontynuację rywalizacji, ale też posługiwanie się innymi niż wojskowe narzędziami presji.
Polecany artykuł:
"Cztery lata wyrzeczeń i ograniczeń nie mogą pójść na marne"
Zdaniem Łukianowa, i to jego druga teza, porozumienie kończące walki „na akceptowalnych” dla Rosji warunkach jest Moskwie niezbędne, ale wyłącznie przez wzgląd na cele w polityce wewnętrznej. Cztery lata wyrzeczeń i ograniczeń nie mogą pójść na marne. Jednak w kwestiach regionalnego układu sił, tym bardziej globalnej pozycji Rosji, nie jest on optymistą.
Jeśli chodzi o pozycjonowanie na arenie międzynarodowej - pisze - nie będzie znaczącego postępu. Mogłoby się to zdarzyć, gdyby wyznaczone cele (operacji wojennej - MB) zostały szybko osiągnięte, zgodnie z planem z fazy przygotowawczej. Tak się jednak nie stało, a świat nie stał w miejscu przez cztery lata.
Pozycja Rosji, w wyniku czteroletniej wojny, uległa zarazem wzmocnieniu, jak i osłabieniu. Sukcesem jest to, że Zachód nie zrealizował swego pierwotnego planu, nie wymusił na Moskwie pokoju na własnych warunkach, nie odniósł w związku z tym strategicznego zwycięstwa. Ceną, jaką Rosja zapłaciła, i to Łukianow uznaje za jej porażkę, jest to, że musiała skoncentrować cały swój potencjał na realizacji jednego celu, jakim jest zwycięstwo na Ukrainie, zaniedbując wiele innych.
Dotychczasowy model rosyjskiej „obecności w świecie” załamał się
Cztery lata koncentracji wysiłków, a świat nie stał w tym czasie w miejscu, oznaczało utratę przez Kreml szeregu innych „pozycji”. Syria, Wenezuela czy słabnące wpływ na Kaukazie Południowym to tylko niektóre z nich. Dotychczasowy model rosyjskiej „obecności w świecie” załamał się w związku z wojną, a nowego Kreml jeszcze nie wypracował. Startuje więc z „punktu zero”, nie mając, poza Białorusią, żadnego partnera strategicznego. Zdaniem Łukianowa jest to atut, bo Rosja „nie ma nic do stracenia” i może wejść do gry o budowę swych wpływów na świecie bez ograniczeń i hamulców, ale musi mieć „plan” działania bo starego modelu już nie da się odbudować.
Próby nakreślenia rosyjskiej strategii na najbliższe kilkanaście lat podjął się Andriej Bezrukow, profesor MGiMO, członek prezydium Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej, który na łamach "Rosji w globalnej politikie", periodyku redagowanym przez Łukianowa, opublikował programowy artykuł na ten temat.
W opinii tego rosyjskiego eksperta warto na wojnę ukraińską patrzeć z poziomu strategicznego, a nie taktycznego czy operacyjnego. Ta zmiana optyki oznacza też rewizję dotychczasowych ocen możliwych rezultatów konfliktu. Na poziomie taktycznym, jak argumentuje Bezrukow, toczy się walka o kontrolę terytorialną, zniszczenie wroga i jego infrastruktury przez siły zbrojne. Na poziomie operacyjnym dowództwo wojskowe i cywilne tworzy warunki zapewniające długoterminową przewagę ekonomiczną, technologiczną i moralną. Wreszcie, na poziomie strategicznym toczy się walka o zmianę globalnego układu sił, przeformułowanie porządku światowego i reguł gry na arenie międzynarodowej.
Czy jest możliwa porażka Rosji na poziomie strategicznym?
Bez sukcesu na poziomie strategicznym wszelkie osiągnięcia na poziomie operacyjnym i taktycznym, bez względu na to, jak ważne i uderzające, pozostaną tymczasowe i efemeryczne. Trzeba zatem zadawać pytania nie o to, czy Rosja opanuje cały Donbas - bo ta kwestia nie ma w dłuższej perspektywie zasadniczego znaczenia i prędzej czy później zostanie rozstrzygnięta - ale zastanawiać się, czy możliwa jest jej porażka strategiczna. Bezrukow udziela w tym wypadku jednoznacznej odpowiedzi.
Otóż jego zdaniem kolektywnemu Zachodowi, mimo oczywistych intencji, nie udało się i już nie uda pokonać Rosji w wymiarze strategicznym. Znaleźliśmy się, argumentuje, „w momencie Teheranu”, czyli w sytuacji, kiedy - tak jak to miało miejsce w czasie II wojny światowej - nie wiadomo jeszcze, jaki ostateczny kształt będzie miało zwycięstwo, ale to nie miało wówczas znaczenia, bo ukształtowała się (w sensie strategicznym) wówczas koalicja, o której wiadomo było, że wojnę wygra.
Rosja znalazła się „w momencie Teheranu”
Podobną sytuację mamy obecnie. Rosja znalazła się „w momencie Teheranu” w wyniku postawy państw światowego południa. Ich postawa, która zaskoczyła Zachód, sprowadziła się do odmowy przyłączenia do antyrosyjskiej koalicji, gotowości utrzymywania relacji handlowych z Moskwą, co oznacza utrzymanie rosyjskich zdolności do kontynuowania wojny, a w niektórych przypadkach (Korea Płn., Iran) do bezpośredniego wsparcia i własnego zaangażowania.
Jak napisał Bezrukow:
Potencjał ludzki Ukrainy maleje, a motywacja i możliwości wsparcia ze strony Zachodu, pomimo głośnych deklaracji europejskich polityków, maleją. Rosyjska polityka umiarkowania w stosowaniu środków militarnych, często krytykowana w kraju, w połączeniu z deklarowaną gotowością do negocjacji, zapewniła jej poparcie krajów Globalnego Południa: Indii, Chin i świata arabskiego. Przy innym podejściu, to poparcie mogłoby nie istnieć, ale tutaj stanowi ono fundament „globalnej większości”. Zachód rozumie, że jeśli NATO otwarcie przystąpi do wojny po stronie reżimu Zełenskiego, siła robocza Korei Północnej i chiński przemysł staną po stronie Rosji.
Strategiczna przewaga Rosji w wojnie na wyniszczenie
Rosja zagwarantowała sobie strategiczną przewagę w modelu wojny na wyniszczenie. Poważniejsze zaangażowanie państw wspierających Ukrainę, nawet do poziomu bezpośredniej interwencji wojskowej, jest mało prawdopodobne nie ze względu na rosyjski potencjał jądrowy, ale dlatego, że w stolicach Zachodu wiedzą, iż tego rodzaju krok nie przyniesie w rezultacie zwycięskiego zakończenia wojny, a jedynie koszty. Postawa państw światowego południa i większe zasoby Rosji decydują łącznie o jej przewadze strategicznej.
Tylko że, jak trzeźwo zauważa Bezrukow:
Los konfliktu w Europie to nic w porównaniu z długoterminowymi interesami Ameryki w regionie Azji i Pacyfiku, który już stał się najbardziej dynamicznym, a wkrótce stanie się najbogatszym regionem na świecie.
Rywalizacja o dominację globalną rozstrzygnie się w Azji
Rywalizacja o dominację globalną rozstrzygnie się w Azji, rozwój wydarzeń na tym kontynencie przesądzi też o tym, czy ze strategicznego punktu widzenia Rosja wygra trwająca wojnę. Bezsilność Zachodu, który chciałby pokonać strategicznie Federację Rosyjską, ale nie jest w stanie tego zrobić, nie oznacza jeszcze automatycznego zwycięstwa Rosji w batalii o własną przyszłość. Ta zależy od rozwoju sytuacji w Azji i akcentowanie tego jest, w przypadku Bezrukowa, ale również innych przedstawicieli rosyjskiej elity eksperckiej, zwracaniem uwagi na ryzyko związane z rosnąca potęgą Chin.
Jeśliby ukraińska wojna miała oznaczać w dłuższej perspektywie utrwalenie pozycji Rosji w roli junior partnera Chin, to strategicznie ukraińska wojna byłaby konfliktem przegranym, niezależnie od ostatecznych warunków pokoju. Z tego tez powodu Bezrukow rozważa zdolności Moskwy do budowania koalicji balansujących w Azji, których celem musi być w przyszłości równoważenie chińskiej przewagi.
Rosyjski ekspert o potencjalnym sojuszu Rosji i Chin
Rosyjski ekspert, pisząc o modelu przyszłych relacji na kontynencie, używa ciekawego zabiegu. W obliczu ograniczeń w swobodzie debaty opisuje „idealne warunki”, których spełnienie oznaczałoby wypchnięcie Stanów Zjednoczonych z kontynentu eurazjatyckiego i sprowadzenie Ameryki do roli mocarstwa, co najwyżej regionalnego. Dowodzi, że
Potencjalny sojusz Rosji i Chin, z życzliwą neutralnością i, nie daj Boże, udziałem Indii, mający na celu ustanowienie systemu relacji w Wielkiej Eurazji poza kontrolą Waszyngtonu, jest nie do pobicia pod względem militarnym i zasobowym. Konsolidacja niezależnego systemu bezpieczeństwa w Eurazji, w połączeniu z automatycznym wzmocnieniem autonomii na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Ameryce Łacińskiej, byłaby równoznaczna z obniżeniem statusu Ameryki z globalnej potęgi do regionalnej. Pociągnęłoby to za sobą spadek wartości dolara, a ostatecznie upadek całego powojennego systemu instytucji zachodnich. „Miękka” i stopniowa redystrybucja ról w globalnym systemie zarządzania, osiągnięta zanim wzrost potęgi Chin i słabnące wpływy Stanów Zjednoczonych staną się oczywiste, mogłaby uratować sytuację.
Warto zwrócić uwagę na to, jak rozkłada on akcenty. Opowiada się za strategicznym sojuszem Moskwy i Pekinu, którego funkcjonowanie wyklucza relacje podległości (nie ma sojuszu, jeśli Rosja będzie junior-partnerem), a optymalnie optuje za powołaniem eurazjatyckiego „trójkąta” strategicznego. Jego istnienie stabilizowałoby sytuację na kontynencie. Czynnikami zwiększającymi prawdopodobieństwo powstania takiego kontynentalnego ośrodka siły będzie osiągnięcie przez Chiny parytetu ilościowego w zakresie potencjału nuklearnego ze Stanami Zjednoczonymi, do czego może dojść już w 2035 roku, jak i zmiany w polityce azjatyckich sojuszników Ameryki.
Stany Zjednoczone zostaną wypchnięte z Azji?
Jeśli państwa takie jak Japonia czy Korea Płd. przestaną orientować się na Waszyngton, a wyrażą gotowość uczestniczenia w grze stabilizacyjnej w Azji, która musi też oznaczać wielostronne balansowanie potęgi chińskiej, to wówczas Stany Zjednoczone zostaną siłą rzeczy wypchnięte z kontynentu. Bezrukow proponuje, aby Rosja, w dobrze pojętym własnym interesie strategicznym, przystąpiła do konstruowania takiego układu, którego powstawanie zwiększy prawdopodobieństwo korzystnych zmian w polityce Pekinu, który „musi zrozumieć”, że stabilizacji i rozwoju nie zapewni zastąpienie jednego globalnego hegemona (Stanów Zjednoczonych) innym (Chinami).
Można zadać pytanie, dlaczego zdaniem rosyjskiego eksperta konstruowanie azjatyckiego „trójkąta strategicznego” winno być głównym celem i zadaniem Rosji w najbliższych latach. Odpowiedź jest relatywnie prosta. Jest tak ze względu na wynik wojny na Ukrainie.
Rosja i rosyjska cywilizacja wejdą w drugą fazę globalnego podziału z autorytetem zwycięzcy - argumentuje - ale bez masy krytycznej w postacie wielkości populacji i gospodarki wystarczającej, aby konkurować na równych warunkach ze Stanami Zjednoczonymi i Chinami.
Kluczowa będzie oś Moskwa-Delhi
Oznacza to, że jedyną szansą utrzymania mocarstwowego statusu jest „znalezienie partnerów” do stworzenia dużej przestrzeni technologiczno - ekonomicznej. Może to w naszych oczach wyglądać na całkowity brak realizmu, ale w środowisku rosyjskich ekspertów (choć można również obserwować podjęcie działań politycznych) myśli się o projekcie „integracji euroazjatyckiej”, budowie formatu współpracy, do którego Rosja zachęciłaby zarówno państwa azjatyckie, jak i europejskie.
Oś Moskwa - Delhi jest w tym kontekście kluczowa, ale nie powstanie ona bez udziału w tej konstrukcji Iranu, który urasta w oczach rosyjskiej elity do czynnika kluczowego, jeśli myśleć o strategicznej przyszłości ich kraju. Nowy porządek światowy nie powstanie bez aliansu Indie - Iran - Rosja - Chiny, a nawet jeśli będzie powstawał w innej konfiguracji, to może on okazać się niekorzystny z perspektywy Moskwy.
Innymi słowy: wojna na Ukrainie wpłynie na sytuację w regionie środkowoeuropejskim, ale kluczowa batalia rozstrzygnie się w Azji. Rosja, optymistycznie patrząc na warunki zakończenia wojny na Ukrainie, ze znacznie mniejszą pewnością widzi swe położenie strategiczne.