10 tys. strzałów z ARESA od Hera Arms & Guns Concept. Dwa dni ognia, testu i dobrej zabawy

Pomysł był prosty: wziąć karabinek, sporą ilość amunicji i sprawdzić, jak daleko można przesunąć granicę intensywnego użytkowania. Bohaterem naszego testu został karabinek ARES z lufą o długości 14,5 cala, produkowany przez niemiecką firmę Hera Arms. Założenie było jasne – 10 tys. strzałów w dwa dni. Bez oszczędzania broni, bez laboratoryjnych warunków. Po prostu strzelanie.

  • W ekstremalnych warunkach przetestowano karabinek ARES, oddając z niego 10 000 strzałów w dwa dni.
  • Ośmiu entuzjastów strzelectwa poddało broń próbie w temperaturze -5°C, sprawdzając jej wytrzymałość.
  • Jakie jedyne uszkodzenie ujawniło się po intensywnym teście i co to oznacza dla niezawodności karabinka ARES?

Dzień pierwszy testu – wejście w rytm

Do zadania stanęliśmy w składzie: Adrian i Marek z kanału Ostry Gwint, Kuba, Marcin i Karol z Guns Concept, Michał Sitarski z FragOut oraz nasi goście – Marek i Krzysztof. Osiem osób, jeden karabinek i dziesięć tysięcy powodów, by sprawdzić, ile naprawdę wytrzyma sprzęt.

Pierwszy dzień przywitał nas temperaturą około –5 °C. Zimne powietrze szczypało w twarz, a metalowe elementy broni szybko przypominały, że to nie będzie komfortowa, letnia sesja na strzelnicy. Z drugiej strony takie warunki to dobry sprawdzian – niska temperatura potrafi obnażyć słabości zarówno w mechanice, jak i w amunicji.

ARES - bardzo przyjemna konstrukcja w prowadzeniu ognia

Plan zakładał wystrzelenie 5000 sztuk amunicji pierwszego dnia. Podzieliliśmy się więc rolami i zaczęliśmy pracować w rytmie: magazynki, seria, kontrola, zmiana strzelca, znów magazynki. Karabinek przechodził z rąk do rąk, dzięki czemu każdy mógł wyrobić sobie własną opinię o jego pracy. Już po pierwszych setkach strzałów stało się jasne, że ARES jest konstrukcją bardzo przyjemną w prowadzeniu ognia. Reakcja na spust była przewidywalna, odrzut umiarkowany, a broń dobrze układała się w rękach kolejnych strzelców.

Tempo strzelania momentami rosło, momentami spadało – zwłaszcza po opróżnieniu pierwszych 3-4 magazynków w danej serii.W trakcie strzelania szybko pojawił się jeszcze jeden element, który wymuszał pewną dyscyplinę. Co mniej więcej 300 strzałów dawaliśmy karabinkowi chwilę odsapnąć, aby obniżyć temperaturę zespołu lufy i osłony. Nie była to decyzja wynikająca z obaw o wytrzymałość konstrukcji, lecz raczej z czysto praktycznych względów – handguard rozgrzewał się do tego stopnia, że jego trzymanie stawało się niekomfortowe nawet w rękawicach.

Kilkuminutowa przerwa pozwalała temperaturze spaść na tyle, by można było wrócić do strzelania w normalnym tempie. Najważniejsze jednak było to, że broń pracowała bez najmniejszego problemu. Kolejne setki zamieniały się w tysiące, a karabinek po prostu robił swoje. Po przekroczeniu 3000 strzałów zaczęły pojawiać się pierwsze żarty o tym, czy w ogóle uda się go zmęczyć.

Test karabinka ARES. Licznik zatrzymał się na pięciu tysiącach strzałów

Strzelanie w takiej grupie ma swoją specyfikę. Z jednej strony jest to test sprzętu, z drugiej – spotkanie ludzi, którzy po prostu lubią spędzać czas na strzelnicy. Między kolejnymi magazynkami było więc sporo śmiechu, komentarzy i klasycznego strzeleckiego „podpuszczania się”. Kto szybciej, kto celniej, kto zrobi dłuższą serię.

Po 4 godzinach od momentu oddania pierwszego wystrzału licznik zatrzymał się na pięciu tysiącach strzałów. Karabinek był wyraźnie rozgrzany, ale nadal funkcjonował bez zarzutu. Żadnych zacięć, żadnych problemów z podawaniem czy wyrzucaniem łusek. Na tym etapie testu wszystko wskazywało na to, że drugi dzień będzie po prostu kontynuacją dobrze rozpoczętej historii.

Dzień drugi testu – gdy licznik rośnie

Drugiego dnia temperatura nie była wyższa. Mróz nadal utrzymywał się w okolicach –5 °C, a my wróciliśmy na oś z planem domknięcia całego testu. Kolejne 5000 strzałów czekało. Początek dnia przebiegł bardzo podobnie do pierwszego. Karabinek pracował stabilnie, a my konsekwentnie zwiększaliśmy licznik. Podobnie jak poprzedniego dnia utrzymywaliśmy rytm strzelania przeplatany krótkimi przerwami co kilkaset strzałów, aby pozwolić broni nieco ostygnąć. Przy takiej intensywności ognia była to po prostu rozsądna praktyka.

Dźwignia zrzutu zamka odmówiła posłuszeństwa

W pewnym momencie ktoś zauważył, że zbliżamy się do granicy 7000 strzałów – liczby, która dla wielu konstrukcji zaczyna być już realnym sprawdzianem intensywnego użytkowania. ARES nadal jednak zachowywał się tak, jakby nic szczególnego się nie działo. Dopiero w okolicach 7500 strzałów pojawił się pierwszy realny problem. Dźwignia zrzutu zamka (ang. bolt catch) odmówiła posłuszeństwa. Mechanizm przestał działać tak, jak powinien, co wymusiło krótką przerwę i sprawdzenie sytuacji.

Jak się okazało po sprawdzeniu, wewnętrzna sprężynka uległa uszkodzeniu i nie odbijała w sposób prawidłowy dźwigienki. W kontekście całego testu był to jednak jedyny moment, w którym broń dała sygnał zmęczenia materiału. Co ważne – sam karabinek nadal był w stanie prowadzić ogień. Problem dotyczył wyłącznie wspomnianej dźwigni, a nie kluczowych elementów systemu pracy broni.Po krótkiej analizie wróciliśmy do strzelania.

Ostatnia prosta z karabinkiem ARES

Gdy licznik przekraczał 8000, a potem 9000 strzałów, atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej entuzjastyczna. Ostatnie magazynki zawsze mają w sobie coś symbolicznego – szczególnie gdy założenie od początku było ambitne. Każdy chciał mieć swój udział w tej końcówce. Kolejne serie padały szybko, a ostatnie kilkadziesiąt strzałów przyjęliśmy już z szerokimi uśmiechami. Gdy padł strzał numer dziesięć tysięcy, nie było wielkiej ceremonii – raczej satysfakcja, że plan został wykonany dokładnie tak, jak zakładaliśmy.

Wnioski po 10 tys. strzałów

Dwa dni strzelania, osiem osób na osi, zimowa temperatura i dziesięć tysięcy sztuk amunicji – to całkiem solidny sprawdzian dla każdego karabinka. ARES przeszedł go w sposób bardzo przekonujący. Oczywiście chwilami chrzęścił od brudu i co jakieś 1500 strzałów trzeba było przetrzeć komorę, zamek i lufę.

Jedyną zauważalną awarią była niedziałająca dźwignia zrzutu zamka w okolicach 7500 strzałów. Poza tym broń pracowała stabilnie i przewidywalnie przez cały test. Ale równie ważne jak sam sprzęt było to, co wydarzyło się wokół niego. Strzelanie w takim gronie to nie tylko techniczny eksperyment, lecz także czysta przyjemność ze wspólnego spędzania czasu na strzelnicy. Było dużo śmiechu, sporo męskiej rywalizacji i jeszcze więcej dobrej zabawy. Bo czasem najlepszym sposobem na sprawdzenie sprzętu jest po prostu… dużo strzelać. A 10 tysięcy strzałów to już naprawdę solidna rozmowa z karabinkiem.

Portal Obronny SE Google News
Sonda
Zamierzasz starać się o pozwolenie na broń?