• Kto kogo bardziej trzyma w szachu w tej wojnie nerwów?
• Czy atak na strefę Ne'ot Hovav to realne ostrzeżenie dla izraelskiego programu atomowego?• Jak Teheran wykorzystuje niespójne decyzje Donalda Trumpa w swojej propagandzie?
• Czy 10 tysięcy marines wystarczy, by Amerykanie przejęli kontrolę nad Cieśniną Ormuz?
• Co wydarzy się po 6 kwietnia, gdy minie termin amerykańskiego ultimatum?
Przyjrzyjmy się temu, co czyni Iran w tej wojnie na słowa
Rozpowszechniane są one m.in. przez (związaną ze Strażnikami Rewolucji) agencję informacyjną Tasnim. Donosi ona, że dowódca sił powietrznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, Majid Musawi, podkreślił, że irańskie operacje odwetowe wymierzone w strategiczne przedsiębiorstwa powiązane z USA i Izraelem są w toku. Według jego relacji Irańczykom udało się do tej pory uderzyć m.in. w: zakłady chemiczne Ne'ot Hovav, rafinerię, dwie huty stali i dwie aluminium. Teheran traktuje swoje działania jako odwet za wcześniejsze ataki USA i Izraela na infrastrukturę Iranu oraz za śmierć najwyższego przywódcy, ajatollaha Alego Chameneiego.
Ne'ot Hovav to potężna, strategiczna strefa przemysłowa na pustyni Negew w południowym Izraelu. To jedno z głównych centrów izraelskiego przemysłu chemicznego. Znajdują się tam zakłady produkujące m.in. pestycydy, tzw. chemię ciężką oraz farmaceutyki. Iran chwali się celowanymi uderzeniami w to centrum nie bez powodu, choć nie spadł na nie deszcz rakiet.
Dla Iranu to cel priorytetowy. Po pierwsze: uszkodzenie takich zakładów grozi skażeniem chemicznym i wywołaniem paniki.
Po drugie: strefa ta leży stosunkowo blisko Dimony. To miejsce, w którym znajduje się izraelski reaktor jądrowy i (według powszechnych opinii ekspertów) ośrodek rozwoju broni nuklearnej.
Przypomnijmy: Izrael oficjalnie nie przyznaje się do posiadania broni jądrowej. Taka strategia pozwala (w miarę) odstraszać potencjalnych wrogów bez prowokowania regionalnego wyścigu zbrojeń i bez narażania się na międzynarodowe sankcje. Poza tym: nie zapominajmy, że Izrael jest pod parasolem USA. Uderzenie w Ne'ot Hovav jest więc bardzo wymownym „ostrzeżeniem” pod adresem izraelskiego programu atomowego.
Ostrzał rakietowy Ne'ot Hovav wywołał duży pożar. Doszło do wycieku niebezpiecznych materiałów. Konieczna była ewakuacja części pracowników. W strefie pracuje tylko ok. 3 tys. osób, bo produkcja jest wysoce zautomatyzowana. Zakłady są rozrzucone po pustyni. Ważne jest to, że bardzo blisko tej strefy przemysłowej Izrael wybudował gigantyczne miasteczko szkoleniowe dla Sił Obronnych Izraela (IDF), gdzie docelowo może przebywać nawet ponad 10 tys. żołnierzy i personelu. Ataki na tę strefę przemysłową mogą rykoszetować w bazę IDF.
Przewaga militarna zdaje się być po stronie amerykańskiej
Czy zapowiedzi, że Artesz i IRGC zmasakrują desantujących się marines, są wyolbrzymione? Porównując siły, które mogą być zaangażowane w operację lądową po stronie amerykańskiej i irańskiej, dysproporcje liczbowe są widoczne. Przewaga techniczna zdaje się być po stronie amerykańskiej. Zastrzec należy, że nie wiadomo, jaki potencjał uderzeniowy skrywa Iran. Tak czy inaczej: Amerykanie, decydując się na przeprowadzenie desantu, muszą liczyć się ze stratami. Lepiej założyć, że będą one duże niż małe. Amerykanie nie są jednak w ciemię bici, by przymierzali się do pełnoskalowej wojny na terytorium Iranu. Nie zamierzają prokurować powtórek z Iraku czy Afganistanu.
Wojskowy przekaz wzmocnił przewodniczący Madżlisu (irańskiego parlamentu) – Mohammad Baqer Qalibaf. Sumując to, co zaszło podczas wojny trwającej miesiąc, obwieścił, że… Po pierwsze: Iran nie zgodzi się na warunki oznaczające kapitulację. Po drugie: większość społeczeństwa wyraża wolę obrony Islamskiej Republiki Iranu, co wzmacnia jego międzynarodową pozycję. Po trzecie: choć ze strony Waszyngtonu płyną sygnały o chęci do rozmów, Teheran traktuje je z rezerwą, pomny wcześniejszych (złych) doświadczeń w negocjacjach z USA. Traktuje je jako grę na czas, jako przygotowania do ataku lądowego.
I każdy zapyta: czy i kiedy? Kiedy Amerykanie zaatakują? W niedzielę w rejon konfliktu dotarł okręt desantowy USS „Tripoli”, z 3,5 tys. żołnierzy i marines na pokładzie. Media spekulują, bo to jest naturalne, gdy brakuje oficjalnych informacji. Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt też wykonuje swoje zadania i ucina spekulacje. Wyjaśniła, że rolą Pentagonu jest przygotowanie planów na każdą ewentualność. To do prezydenta należy wybór i podjęcie decyzji. Rzeczniczka stwierdziła, że taka dotycząca ataku lądowego na Iran jeszcze nie zapadła.
Kto chce wierzyć w jej słowa, niech wierzy. Kto nie chce im dać wiary, niech nadal tkwi w swoim przekonaniu. A kto miał rację, to się okaże po 6 kwietnia. Wówczas upływa kolejny termin ultimatum postawionego Iranowi przez Biały Dom. Chyba że… Donald Trump znów wprowadzi doń jakieś zmiany.