- W obliczu rosnących strat i spadku liczby ochotników, Rosja radykalnie rozszerzyła możliwości rekrutacji, przyjmując do wojska osoby skazane za ciężkie przestępstwa, nawet te z toczącymi się postępowaniami.
- Kreml zbudował globalną sieć rekrutacyjną, werbując tysiące mężczyzn z biednych krajów świata, oferując im wysokie wynagrodzenia lub uciekając się do oszustwa. Ponad 3,5 tysiąca obcokrajowców, w tym 2304 z Korei Północnej, już zginęło na froncie.
- Aby zapanować nad zróżnicowaną armią, Moskwa przywróciła radziecką instytucję komisarzy politycznych (politruków), którzy nadzorują żołnierzy i brutalnie pacyfikują wszelkie przejawy niesubordynacji, stosując przemoc i tortury.
Rosyjska Duma Państwowa w rekordowym tempie, w ciągu jednego posiedzenia, przyjęła ustawę, która drastycznie rozszerza możliwość służby wojskowej dla osób z przeszłością kryminalną. Nowe przepisy pozwalają na zawieranie kontraktów z Ministerstwem Obrony nie tylko osobom z niezatartymi wyrokami, ale także tym, wobec których toczy się postępowanie przygotowawcze. Lista przestępstw, która nie stanowi już przeszkody, jest długa i obejmuje między innymi:
- udział w gangu i organizacji przestępczej,
- przemyt i handel narkotykami,
- utratę dokumentów zawierających tajemnice państwowe.
Jak przyznał wiceminister obrony Wiktor Goremykin, skazani, którzy podpiszą kontrakty, będą służyć w specjalnych jednostkach pod wzmożonym nadzorem. Ta decyzja jest bezpośrednią odpowiedzią na systematyczny spadek liczby Rosjan chętnych do walki, mimo oferowania wysokich wynagrodzeń. Błyskawiczne tempo legislacyjne – ustawę przedłożono w Dumie zaledwie tydzień przed jej przyjęciem – świadczy o desperacji Kremla i nasila spekulacje o możliwej kolejnej fali mobilizacji po zaplanowanych wyborach.
Globalna sieć rekrutacyjna: mięso armatnie z całego świata
Braki kadrowe Rosja próbuje łatać nie tylko we własnych więzieniach, ale na całym świecie. Według danych ukraińskiego wywiadu oraz szacunków NATO, w rosyjskiej armii walczy już ponad 27 000 cudzoziemców z co najmniej 44 państw, a ich liczba stale rośnie. Kreml stworzył globalną sieć, której celem jest werbowanie mężczyzn z najbiedniejszych regionów Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej.
Mechanizm rekrutacji opiera się na dwóch filarach: obietnicy ogromnych pieniędzy i oszustwie. Dla wielu mężczyzn z Kuby, Nepalu, Kenii czy Bangladeszu, gdzie średnie zarobki są znikome, oferta rzędu 2000-3000 dolarów miesięcznie i jednorazowe premie sięgające dziesiątek tysięcy dolarów wydają się szansą na wyrwanie rodziny z ubóstwa. Tragiczne historie, ludzi którzy zginęli na Ukrainie, pokazują, że marzenia o lepszym życiu kończą się na froncie. Wielu rekrutów jest jednak wciąganych do armii podstępem. Arman Mondol z Bangladeszu myślał, że jedzie do Rosji do pracy w magazynie. Na miejscu zmuszono go do podpisania kontraktu w języku, którego nie rozumiał. Jak sam relacjonował po ucieczce, cudzoziemcy byli traktowani jak ludzie jednorazowego użytku. "Byliśmy wykorzystywani jako żywe tarcze i wpychani w sam środek walki" – powiedział.
Chociaż zagraniczni żołnierze w rosyjskiej armii często nazywani są najemnikami, z perspektywy prawa międzynarodowego sytuacja jest bardziej skomplikowana. Wielu z nich przed wysłaniem na front otrzymuje rosyjskie obywatelstwo, co formalnie zmienia ich status. Z kolei osoby zwerbowane pod fałszywym pretekstem i zmuszone do walki mogą być uznane za ofiary handlu ludźmi, co stanowi naruszenie międzynarodowych konwencji ratyfikowanych również przez Rosję. Mimo protestów dyplomatycznych ze strony m.in. Indii czy Kenii, proceder trwa, a Rosja, ograniczając rekrutację w jednym kraju, intensyfikuje ją w innym.
Powrót politruków: ideologiczna kontrola nad armią
Wprowadzenie do armii tysięcy skazańców i cudzoziemców o niskim morale, w połączeniu ze zmęczeniem zmobilizowanych Rosjan, stworzyło dla Kremla ogromny problem z utrzymaniem dyscypliny. Rozwiązaniem ma być powrót komisarzy politycznych (politruków) – instytucji żywcem wyjętej z czasów radzieckich - jak informuje agencja Unian. W 2018 roku w rosyjskiej armii odtworzono Główny Zarząd Wojskowo-Polityczny, będący odpowiednikiem radzieckiego GławPUR-u. Jego zadaniem jest praca ideologiczna i nadzór nad morale żołnierzy. Wojna na pełną skalę sprawiła, że rola ta stała się kluczowa. Powstało nawet specjalne czasopismo "Politruk", które czerpie inspiracje wprost z propagandowych pism z lat 40. XX wieku i cytuje Stalina, nawołując do uczenia żołnierzy "śmiertelnej nienawiści do wroga".
Według Unian na papierze politruk ma dbać o ducha bojowego. Jednak relacje rosyjskich żołnierzy z frontu malują zupełnie inny obraz. Komisarz polityczny to przede wszystkim nadzorca i donosiciel, który monitoruje nastroje i raportuje dowództwu o wszelkich przejawach niesubordynacji. Co więcej, politrucy są bezpośrednio zaangażowani w brutalne pacyfikowanie buntów. Biorą udział w prowadzeniu tzw. "dołów" – prowizorycznych aresztów dla odmawiających walki, gdzie ludzie są bici i torturowani, by zmusić ich do powrotu na front. Ten system oparty na strachu, donosach i pozasądowych karach, w tym tzw. „zerowaniu” (egzekucjach), ma zapewnić, że armia złożona z niepewnych elementów nie obróci broni przeciwko swoim dowódcom.
Strategia Kremla jest jasna: braki w ludziach zastępuje się masą, a brak motywacji – strachem. Przyjęcie do armii przestępców, globalny werbunek ubogich cudzoziemców i przywrócenie aparatu politycznej represji wewnątrz wojska to dowody na głęboki kryzys, w jakim znalazła się rosyjska machina wojenna. Zamiast budować morale oparte na przekonaniach i profesjonalizmie, Rosja tworzy system, w którym lojalność wymuszana jest groźbą kary, a życie ludzkie ma niewielką wartość. Taki model, oparty na donosicielstwie i przemocy, nie buduje silnej i sprawnej armii, a jedynie aparat przymusu, który w dłuższej perspektywie jest skazany na wewnętrzną erozję.