Trzy scenariusze rozwoju sytuacji w Iranie – analiza American Foreign Policy Council

2026-01-12 18:10

Umożliwienie komunikacji ze światem, groźba interwencji militarnej i zapowiedź zerwania stosunków handlowych to najlepsze możliwe reakcje Zachodu na wydarzenia w Iranie. Nie powinniśmy popełniać poprzednich błędów - powiedział PAP wiceszef American Foreign Policy Council Ilan Berman. Ogólnokrajowe protesty na tle gospodarczym przeciw władzom Islamskiej Republiki Iranu rządzonej przez ajatollaha Alego Chameneiego trwają już dwa tygodnie. Reżimowe siły bezpieczeństwa strzelają do demonstrantów. Według amerykańskiej organizacji obrońców praw człowieka HRANA zabito dotąd 544 osoby, a ponad 10 600 protestujących zostało aresztowanych.

Iran

i

Autor: AP Photo/ Associated Press Iran

• Gdzie przebiega granica przemocy, po której USA zdecydują się działać?

• Jaką realną rolę odegra irański „deep state” w ewentualnych zmianach?

• Czy współpraca Rosji, Chin i Iranu stanie się trwałym blokiem strategicznym?

Irański reżim „boi się Stanów Zjednoczonych”?

Ilan Berman jest wiceprezesem waszyngtońskiego think tanku American Foreign Policy Council. AFPC to działający od 1982 r. w Waszyngtonie think tank zajmujący się polityką zagraniczną i bezpieczeństwem narodowym USA. Instytucja ma wyraźnie konserwatywny, strategiczno-realistyczny profil i koncentruje się na analizach dotyczących rywalizacji mocarstw, obronności, kontroli zbrojeń oraz bezpieczeństwa energetycznego. AFPC nie należy do ścisłej światowej czołówki najbardziej rozpoznawalnych ośrodków analitycznych, takich jak Council on Foreign Relations czy Brookings Institution, ale posiada realny wpływ w waszyngtońskich kręgach decyzyjnych. Jego znaczenie wynika przede wszystkim z bezpośrednich kontaktów z Kongresem i administracją, a także z roli zaplecza eksperckiego dla konserwatywnej debaty o amerykańskiej polityce zagranicznej.

Rozmówca PAP ocenił, że irański reżim „boi się Stanów Zjednoczonych”. Dlatego grożenie akcją militarną może zmusić władze do „ostrożniejszego” stosowania siły wobec demonstrantów.

– Pytanie brzmi, a ja nie znam na nie odpowiedzi, jaki poziom przemocy wobec protestujących sprawi, że administracja (prezydenta USA Donalda - PAP) Trumpa zacznie działać.

W opinii wiceszefa AFPC „znacznie skuteczniejszym środkiem nacisku” na Teheran byłoby połączenie amerykańskich gróźb z komunikatem pozostałych krajów Zachodu, że władze Iranu, krwawo tłumiąc protesty, ryzykują całkowitym odcięciem od światowego handlu.

Takie jasno sformułowane stanowisko całego Zachodu, że „prowadzenie biznesu z Iranem będzie zależeć całkowicie od tego, jak władze zachowają się wobec własnego narodu”, i że nie będzie powrotu do „business as usual”, mogłoby także wyperswadować reżimowi „zemstę”. Pod warunkiem, że protesty – tak jak to bywało w przeszłości - wygasną.

– Jeśli się nie powiodą, choć mam nadzieję, że tak nie będzie, nie powinniśmy popełniać poprzednich błędów i tym razem pamiętać o Iranie, nadal zwracać uwagę na to, co się tam dzieje, i zastanawiać się, jak najlepiej pomóc protestującym, kiedy następnym razem wyjdą na ulicę – podkreślił ekspert.

Analityk przyznał też, że w miarę przedłużania się protestów spodziewa się destabilizacji gospodarki Iranu i nacisków władz na fabryki i przedsiębiorstwa, aby zwalniały ludzi wychodzących na ulice, dlatego potrzebny jest fundusz zapewniający prześladowanym środki do życia.

Ogólnokrajowe protesty na tle gospodarczym przeciw władzom Islamskiej Republiki Iranu rządzonej przez ajatollaha Alego Chameneiego trwają już dwa tygodnie. Reżimowe siły bezpieczeństwa strzelają do demonstrantów. Według amerykańskiej organizacji obrońców praw człowieka HRANA zabito dotąd 544 osoby, a ponad 10 600 protestujących zostało aresztowanych. Władze odcięły Iran od internetu i zablokowały połączenia telefoniczne z zagranicą.

Pierwszy w Polsce wywiad z Melindą Simmons, ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce | GARDA
Portal Obronny SE Google News

Jakie „zdecydowane odpowiedzi” rozważają Stany Zjednoczone?

Donald Trump powiedział w niedzielę (11 stycznia), że Stany Zjednoczone rozważają szereg „zdecydowanych” odpowiedzi na brutalne tłumienie protestów przez władze Iranu. Według dziennika „Wall Street Journal” Amerykanie nie wykluczają opcji militarnej i użycia broni cybernetycznej, a także rozszerzenia sankcji przeciwko Iranowi.

Berman przypomniał, że uliczne demonstracje w Iranie wybuchają cyklicznie i coraz częściej, a obecnie „średnio co dwa lata”.

W 2019 r. ludzie wyszli na ulice Iranu z powodu drastycznej podwyżki cen benzyny. W wyniku represji zginęło wtedy ponad 300 osób.

Kolejna fala protestów miała miejsce po śmierci Mahsy Amini w areszcie policyjnym w 2022 r., po tym jak została zatrzymana przez irańską policję moralności za nieprawidłowe noszenie hidżabu. Zginęło wówczas ponad 500 osób.

Islamskie władze za każdym razem odcinały Irańczyków od internetu. Mimo surowych sankcji związanych z irańskim programem nuklearnym, dzięki prywatnym sieciom można było jednak obchodzić ograniczenia i korzystać z aplikacji mobilnych oraz stron internetowych zablokowanych przez reżim.

Wprowadzony na czas obecnych protestów komunikacyjny blackout jest według Bermana nie tylko sposobem na odcięcie Irańczyków od świata, ale ma także na celu zapobieżenie rozprzestrzenianiu się informacji o protestach między poszczególnymi miastami.

Ekspert uważa, że „pomoc w zakresie komunikacji” jest więc teraz „prawdopodobnie najważniejszą rzeczą”, jaką USA i Zachód mogą zaoferować protestującym, i nie powinna się ona ograniczać do uruchamiania łączności za pośrednictwem systemu Starlink.

Berman powiedział PAP, że istnieją także inne sposoby, aby wesprzeć protestujących. Jego zdaniem trzeba poszerzyć możliwości komunikacji z Irańczykami.

– Administracja Trumpa, która zaczęła zamykać niektóre agencje rządowe, w tym amerykańskie publiczne kanały nadawcze adresowane do mieszkańców Iranu, powinna je przywrócić. Potrzebny będzie także specjalny fundusz na rzecz protestujących, na wzór tego, który funkcjonował w czasach zimnej wojny dla strajkujących Polaków i Czechów.

Po jakie represje sięgnie reżim przeciwko protestującym?

Władza zapowiada przeciwko protestującym, których nazywa zdrajcami, bolesne represje. Prokurator generalny Iranu ostrzegł w sobotę (10 stycznia) w oświadczeniu nadanym przez irańską telewizję państwową, że każdy, kto weźmie udział w protestach, a także jego pomocnicy, zostanie uznany za „wroga Boga” i grozi mu kara śmierci.

Jednak w opinii rozmówcy PAP takie zapowiedzi nie muszą wróżyć najgorszego, bo irańskie władze „nie są monolitem”. Berman przypomniał, że na razie władzę w Iranie sprawuje islamskie duchowieństwo, a kontrolujący „jedną trzecią” gospodarki Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej jest mu podporządkowany, ale to „nie musi być stan permanentny”.

Jego zdaniem strażnicy rewolucji to „deep state” Iranu, bez którego zmiany nie będą możliwe, bo „nie można oczekiwać, że strażnicy po prostu odejdą z polityki i zrezygnują ze wszystkich swoich aktywów”. W ujęciu łagodnym i realistycznym „deep state” oznacza trwałą warstwę państwową: wysokich urzędników, wojsko, służby specjalne, aparat bezpieczeństwa, dyplomację i część sądownictwa, które działają według własnej logiki instytucjonalnej, bronią interesów państwa jako całości i często hamują gwałtowne zmiany polityczne proponowane przez rządy.

– Słychać coraz więcej pogłosek, że urzędnicy, być może wojskowi, zastanawiają się, co można zrobić, aby złagodzić ostrze rewolucji, ale jednocześnie utrzymać władzę. Być może realny jest scenariusz przedstawiony przez tygodnik „The Economist”, wedle którego najwyższy przywódca zostaje poświęcony, aby system mógł przetrwać – powiedział Berman i dodał, że taką opcję uwiarygadnia fakt, że choć prezydent Trump sygnalizuje poparcie dla narodu irańskiego, „trudno wyobrazić sobie sytuację, w której Stany Zjednoczone zaangażują się (w Iranie) bardzo mocno, na długi czas”.

Ekspert nie wykluczył jednak, że tym razem irański reżim upadnie. Biorąc także pod uwagę zmiany w Wenezueli, gdzie inwestowały zarówno Chiny, jak i Rosja, „fundamentalnie podważy to kalkulacje Władimira Putina i prezydenta Chin Xi Jinpinga” i zmieni sytuację geopolityczną.

– A moim zdaniem największym wyzwaniem, przed którym stoją obecnie nie tylko Stany Zjednoczone, ale cały Zachód, jest rosnąca współpraca między Rosją, Chinami i Iranem – ocenił Berman, zastrzegając jednak, że amerykańskie zaangażowanie na zachodniej półkuli, zgodnie z najnowszą strategią bezpieczeństwa USA, „niekoniecznie oznacza silną obecność na Bliskim Wschodzie i w Europie”. Dlatego, choć zanosi się na komplikacje w kalkulacjach Moskwy i Pekinu, nie musi dojść do „zupełnego przekreślenia ich planów”...

Kilka zdań komentarza

Jeśli Teheran nie posłucha ostrzeżeń Trumpa, to można spodziewać się militarnej reakcji USA. Można zapomnieć o operacji z udziałem wojsk lądowych. Iran to 85-milionowe państwo, z trudnym terenem do prowadzenia działań znanych nam w tym regionie z przeszłości. Ma dużą armię. Nie wiadomo, jakby się zachowała, gdyby doszło do zmasowanej amerykańskiej inwazji.

W Białym Domu, wbrew niekiedy buńczucznym oświadczeniom Trumpa, wzięto lekcje z historii. Nie jest w interesie USA rozpoczynanie kolejnej wieloletniej wojny okupacyjnej. Nie ma obecnie w Stanach poparcia społecznego dla takiego scenariusza.

Realną, nie znaczy: nieuchronną, jawi się operacja lotniczo-rakietowa. Ewentualnie wspomagana działaniami cybernetycznymi i operacjami specjalnymi. Jej cele byłby ograniczone do zniszczenia baz wojskowych, systemów obrony powietrznej, ośrodków służb bezpieczeństwa i infrastruktury dowodzenia. Taki scenariusz pozwala USA pokazać siłę, nie wchodząc w konflikt pełnoskalowy i nie biorąc odpowiedzialności za to, „co dalej”.

Należy postawić pytanie: jaka byłaby reakcja sojuszników Iranu: Rosji i Chin? Wątpliwe jest, by te państwa stanęły militarnie w obronie Islamskiej Republiki Iranu. Rosja ograniczy się do oskarżania USA o destabilizowanie geopolitycznej sytuacji w regionie. Chiny będą ostrożniejsze w formułowaniu oskarżeń wysuwanych pod adresem Trumpa i USA. Potępią operację, wezwą do rozwiązywania sporów drogą dyplomatyczną itp. Zatem ani Moskwie, ani Pekinowi nie zależy, by iść na inną niż werbalną konfrontację z USA.

Na zmianie władzy w Iranie zależy, poza USA, najbardziej Izraelowi. Bo obecna stanowi dla niego egzystencjalne zagrożenie. Nowy porządek w Iranie jest na rękę Izraelowi, bo znacznie osłabiłby Hezbollah i Hamas. Zmiany byłby również korzystne dla Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, bo mogłyby skutkować stabilizacją przy ich granicach.

Mogłyby, jeśli skutkiem zaistniałych zmian nie byłaby… wojna domowa w Iranie. Takie ryzyko istnieje. Jeśli struktury siłowe Iranu pozostałyby lojalne wobec rządu, który upadłby nagle i pod wpływem zewnętrznych okoliczności. Lepiej byłoby dla Iranu i regionu, gdyby do transformacji władzy doszło wskutek, nazwijmy to, wewnętrznej erozji. Nawet, gdyby była ona subtelnie przyspieszana przez czynniki zewnętrzne...

Sonda
Irański rząd islamskich duchownych upadnie?