Czy korespondent wojenny powinien mieć broń? Dziennikarz na froncie

2026-04-06 12:12

Ernie Pyle. Ernest Hemingway. Robert Capa. Christiane Amanpour. Peter Arnett. Melchior Wańkowicz. Wiktor Bater. Maria Wiernikowska. Przemysław Marzec. Waldemar Milewicz… Co łączy te osoby? Wojna. Dziś prawdziwych korespondentów wojennych ubywa. Ci, którzy zostali, muszą mierzyć się z nową rzeczywistością. Dziś reporter na wojnie staje się coraz częściej celem. Czy w walce o przetrwanie reporter ma prawo chwycić za broń?

korespondenci wojenni

i

Autor: Facebook/Przemysław Marzec/ Archiwum prywatne Korespondenci wojenni - od lewej: Przemysław Marzec RMF (1970-2022)

• Czy w dobie gotowych materiałów prasowych jest jeszcze miejsce dla prawdziwego korespondenta?

• Co jest ważniejsze w strefie wojny: zawodowa neutralność czy po prostu przetrwanie?

• Jak zachować się, gdy żołnierze radzą korespondentowi użyć broni w obronie życia?

Korespondent wojenny w celowniku strzelca wyborowego

Do relacjonowania wojny walczące strony mają swoje służby prasowe. Nakręcą film z linii frontu, nagrają „setki” z żołnierzami, cywilami itd., zaprezentują opinię tego czy innego generała… Jednym zdaniem: dostarczą surówkę, którą może obrobić dziennikarz w zaciszu domowym, z dala od frontu i ryzyka przebywania na nim. Na wszelki wypadek do paczki informacji dodadzą jeszcze gotowy materiał, by odbierający ją dziennikarz nie musiał się zbytni trudzić.

Takie czasy. Czy w nich jest jeszcze miejsce na korespondenta wojennego z prawdziwego, a nie pozorowanego, zdarzenia? Takiego, który działa w strefie wojny, a nie na jej odległych peryferiach? Takiego, który ma świadomość ryzyka uprawiania dziennikarstwa? Ryzyka opłacanego śmiercią: patrz Waldemar Milewicz i Ernie Pyle. Pierwszy zginął od kul z broni maszynowej 7 maja 2004 r. w Iraku – na drodze z Bagdadu do Karbali. Drugi poległ od kuli z japońskiego kaemu na Okinawie – 18 kwietnia 1945 r.

Do korespondentów wojennych, dziennikarzy, czyli cywilów, zawsze strzelano. Czasem świadomie, czasem przypadkowo. Generalnie dziennikarz to cywil, a I Protokół Dodatkowy (z 1977 r.) do konwencji genewskich w art. 79 jasno stanowi, że dziennikarze wykonujący niebezpieczne misje w strefach konfliktu są cywilami i cieszą się ochroną przysługującą osobom cywilnym. Tylko jak powszechnie wiadomo: prawo prawem, a wojna wojną.

W tym wieku dziennikarz stał się takim samym celem, jak żołnierz-przeciwnik. Tym bardziej, że artyleria nie odróżnia dziennikarza od żołnierza. A nawet gdy korespondent jest oznaczony wielkim napisem PRESS, to tym bardziej staje się celem. To dlatego korespondenci z doświadczeniem wojennym nie paradują z takimi oznaczeniami.

Gdzie jest obecnie najwięcej korespondentów? Chyba na Ukrainie. I otóż ukraińska agencja United24 donosi o czymś takim:

„Na Ukrainie rosyjskie drony zabijają dziennikarzy daleko od linii frontu. Gdy reporterzy unikają śmiercionośnych maszyn, pojawia się pytanie: czy powinni stawić opór? W wojnie, w której przetrwanie jest ważniejsze od neutralności, stare zasady mogą nie mieć szans”.

Nie będę wnikał, ile w tej informacji jest prawdy, ile propagandy. Załóżmy, że tak jest, jak podano.

„Dziś FPV to zmora zarówno żołnierzy, cywilów, jak i dziennikarzy. Na Ukrainie rok 2025 okazał się najbardziej śmiercionośnym rokiem dla dziennikarzy od początku wojny. Troje reporterów zginęło z powodu dronów: francuski dziennikarz Anthony Lallican w pobliżu Drużkiwki oraz Ukraińcy Alona Gramowa i Jewhen Karmazin w Kramatorsku”.

United24 stawia pytanie: czy pozwolić dziennikarzom bronić się w strefie działań wojennych przed dronami?

To dodam jeszcze moje pytanie: czy pozwolić dziennikarzom bronić się w strefie działań wojennych, gdy do nich strzelają? Przecież „przetrwanie jest ważniejsze od neutralności”!

"Inna wojna" reportaż Karoliny Pajączkowskiej prosto Ukrainy
Garda: Magdalena Sobkowiak-Czarnecka o mitach na temat SAFE
Portal Obronny SE Google News

Jak zostaje się korespondentem wojennym?

Nie ma szkół dokształcających dziennikarzy w tym kierunku. Nigdy ich nie było. Nawet w USA. W starszym modelu uprawiania dziennikarstwa, by relacjonować wojny z pola walki, trzeba było mieć doświadczenie w zawodzie, odporność na stres, znajomość realiów konfliktu itd. Korespondent wojenny był po prostu reporterem wysłanym na front, zwykle bez osobnej, sformalizowanej ścieżki przygotowania. Bardziej liczyły się redakcyjna praktyka, kontakty, odwaga i umiejętność pisania z miejsca wydarzeń niż jakieś tam certyfikaty.

Zmieniło się to w końcówce XX w. Wysyłanych „na wojny” szkolono m.in. z zasad udzielania pierwszej pomocy, reguł działania w strefie wojny i współpracy z wojskiem. W Polsce takie kursy prowadzone są (przez Wojsko Polskie) od prawie dwóch dekad i dotychczas (jak wynika ze źródeł otwartych) ukończyło je co najmniej 350 dziennikarzy. Chodzi w tych szkoleniach o to, by korespondent nie był wyłącznie „dziennikarzem pracującym na froncie”. Również o to, by choćby w minimalnym stopniu orientował się w tzw. wojskowych sprawach.

Podkreślę, że w prawie nie istnieje warunek certyfikacji dziennikarza do wykonywania zadań korespondenta wojennego. To mniej więcej wiadomo, że „na wojnę” może udać się każdy dziennikarz, jeśli tylko redakcja go tam deleguje. Ma mieć prawo do samoobrony, jeśli stał się celem?

Położyli obok niego kałacha i zapytali, czy umie strzelać

Dziennikarzowi z zacnej redakcji, który w CV ma pozycję „korespondent wojenny w Iraku”, postawiłem parę pytań...

Jedziesz z wojskiem na rozpoznanie. Konwój atakowany jest przez przeciwnika. On pozabijał już tylu, że z całej ekipy zostałeś ty i jeden żołnierz. On chce, żebyś wziął po zabitym Beryla czy innego kałacha i pomógł mu się bronić. Co robisz? Czy korespondent wojenny w kraju ogarniętym wojną może być obiektywny, skoro przebywa pod ochroną jednej ze stron konfliktu? Czy przez takie pozycjonowanie nie jest uznawany za wroga?

„Nikt z wojskowych nie zakładał, że powinniśmy w jakiejś sytuacji używać broni. Nigdy nie było o tym mowy. Mówili: trzeba być ostrożnym, a w razie ostrzału schować się w prowizorycznych schronach na terenie bazy. To najczęściej było zadaszenie z desek z workami z piaskiem. Raz tylko miałem sytuację z bronią. Nie z żołnierzami, ale z BOR-owcami. Wieźli mnie z ambasady na lotnisko w Bagdadzie i położyli obok kałacha. Powiedzieli, bym go użył, jeśli zrobi się gorąco i jeszcze na wszelki wypadek zapytali: umiesz strzelać?

Gdy jeździliśmy lub lataliśmy z wojskiem – do innych baz, na oficjałki, patrole itd. – nikt nas specjalnie nie instruował, jak mamy się zachować. Najwyraźniej zakładali, że będziemy wiedzieli. Na szczęście nie musiałem tego sprawdzać na sobie i, szczerze mówiąc, nie wiem, co by mi podpowiedział instynkt – zapewne kazałby mi przetrwać. Ale o użyciu broni nie było oficjalnie mowy.

W innych sytuacjach, gdy jeździliśmy po Iraku samopas, wynajętym autem, z przewodnikiem lub sami, oczywiście nie było mowy o żadnym strzelaniu, bo my sami, dziennikarze, nie mieliśmy broni. Szeregowi wojskowi zazwyczaj łapali się za głowy, gdy widzieli, że gdzieś sami wyjeżdżamy z bazy w zwykłym aucie. Na pierwszy pobyt dotarłem z wojskiem, na drugą zmianę dostałem bilet do Ammanu w Jordanii. Stamtąd jechałem ok. tysiąca kilometrów taksówką do bazy w Babilonie, za bodaj 100 dolarów…

Ubezpieczenie? Było, na jakieś kilkaset tysięcy złotych. Cenzura? Oczywiście wojsko ma swoją politykę informacyjną i zdarzały się podbramkowe sytuacje, awantury, groźby wyrzucenia z bazy, gdy pisaliśmy nie po myśli dowódców. Sam dostęp do informacji zależał w dużej mierze od tego, kto akurat pełnił służbę prasową. Byli oficerowie w tym dobrzy, byli i beznadziejni. Na ostatnie pytanie odpowiem tak: a czy dziennikarz może w ogóle być w pełni obiektywny? Staraliśmy się na tyle, na ile mogliśmy, kalkulując ryzyko, rozmawiać ze zwykłymi lokalsami, pielgrzymami, irackimi wojskowymi, przywódcami plemiennymi, strażnikami świątynnymi itp. Z różnym skutkiem...”.

Tyle kolega, chcący zachować anonimowość, bo twierdzi, że nie ma czym się chwalić. „Robota jak robota. Tyle że nieco specyficzna”. Od siebie dopowiem: szczególnie w przypadku polskich dziennikarzy. W latach 90. XX w. dwóch kolegów „po fachu” pojechało „na wojnę” na Bałkany. Redakcja nie wykupiła im ubezpieczenia, nawet „na kilkaset tysięcy złotych”. Gdy siedzieli w okopie z amerykańskimi korespondentami wojennymi, to się dowiedzieli, że ci z CNN są ubezpieczeni „na milion”. Dolarów. Wątpię, że dziś wybraliby się na Ukrainę na takich warunkach, na których zdecydowali się relacjonować wojnę bałkańską...

PS. Polecam książkę autorstwa Doroty Kowalskiej i Wojciecha Rogacina – „Korespondenci.pl”.

Sonda
Korespondenci wojenni zachowują bezstronność w swoich relacjach?