- Wunderwaffe – „cudowną broń” Hitlera testowano w Polsce.
- Jedna z rakiet V-2 wpadła w podlaskie mokradła. Przejęła ją Armia Krajowa.
- Najważniejsze podzespoły rakiety przerzucono do Wielkiej Brytanii, co ułatwiło rozpracowanie wunderwaffe.
- Podlaskie ślady po eksplozjach wunderwaffe do dziś są łatwe do odnalezienia.
Nad wunderwaffe - bronią, która miała zmienić bieg historii - Niemcy pracowali już w latach 30. XX w. Z czasem głównym ośrodkiem badań stało się Peenemünde na wyspie Uznam nad Bałtykiem. W połowie sierpnia 1943 r., w efekcie pracy polskiego wywiadu, Brytyjczycy zbombardowali ten ośrodek.
Poważnie opóźniło to niemieckie prace nad cudowną bronią – pierwszym rakietowym pociskiem balistycznym. Kolejne miejsce na lokalizację fabryki wybrano tak, aby nie pozostawała ona w zasięgu lotnictwa alianckiego. Przeniesiono ją w góry Harz, a próby poligonowe – na tereny obecnej wschodniej Polski.
Wunderwaffe testowano w Polsce
Wyrzutnie rakiet V-1 i V-2 urządzono w pobliżu wsi Blizna koło Mielca. Strzelano w kierunku poligonu „Neue Waffe”, oddalonego o ok. 350 km. To kolejny dowód bestialstwa Niemców.
„Neue Waffe” to teren zamieszkały przez cywilów. Poligon był ograniczony miejscowościami: Sarnaki, Siemiatycze, Drohiczyn, Mężenin. W kwietniu i maju 1944 r. wystrzelono w ten rejon ok. 100 rakiet. Niektóre trafiły w wyznaczony obszar, inne zboczyły z kursu.
Mieszkańcy byli całkowicie zaskakiwani potężnymi wybuchami, które słychać było w promieniu kilometrów.
20 maja 1944 r. jedna z rakiet trafiła w mokradła Bugu w okolicach wsi Klimczyce niedaleko Sarnak. Pierwsi natrafili na nią partyzanci z 23. pułku piechoty Armii Krajowej. Przy pomocy miejscowych chłopów zamaskowali rakietę sitowiem. Był to nie lada wyczyn, gdyż rakieta wystawała kilka metrów nad powierzchnię mokradeł.
Po latach jej pozycję w bagnie dokładnie odwzorowano na pomniku stojącym w Sarnakach.
Ułańska fantazja partyzantów
Nocą partyzanci podjęli próbę wyciągnięcia niewybuchu. Mieli oni ułańską fantazję. Z bagna rakietę wyszarpywali końmi. Gdyby eksplodowała – zniszczyłaby wszystko w promieniu kilkuset metrów.
Udało się dopiero, gdy – w efekcie wyszarpywania z gruntu - korpus V-2 rozłamał się na części. Dwa potężne cygara przewieziono na furmankach do wsi Kolonia Hołowczyce. Tam ukryto je w stodole jednego z gospodarstw.
Kiedy żołnierze z 22 pp AK wydobywały rakietę, sąsiedni oddział z 23 pp AK dostał rozkaz odwrócenia uwagi Niemców od rejonu akcji. W efekcie działań osłonowych, w lasach pomiędzy Hołowczycami a Mierzwicami sprowokowano starcie z Niemcami. W walkach zginęło dwóch partyzantów.
Polecany artykuł:
Badanie broni i przerzut do Londynu
Po kilku dniach, z Warszawy do stodoły w Kolonii Hołowczyce, dotarli polscy naukowcy, którzy zbadali zdobycz. Wymontowali najważniejsze podzespoły. Do okupowanej stolicy przetransportowano je samochodem. Najnowocześniejsze niemieckie systemy sterowania ukryto pod workami z kartoflami.
W tajnych laboratoriach AK fragmenty rakiety badali m. in. wybitny elektronik i radiotechnik – prof. Janusz Groszkowski (1898-1984), chemik – prof. Marceli Struszyński (1880-1959) oraz konstruktor lotniczy – inż. Antoni Kocjan (1902-1944).
Najważniejsze części rakiety oraz wyniki badań trafiły następnie w okolice Tarnowa. Przerzucono je do Wielkiej Brytanii, w nocy z 25 na 26 lipca 1944 r., w ramach operacji lotniczej „Most III”.
Wunderwaffe - broń terrorystów
W czasie II wojny światowej Niemcy wystrzelili 5500 rakiet V-2 powodując śmierć 7250 ludzi oraz duże zniszczenia w infrastrukturze. Dlatego, ze względu na olbrzymią moc niszczącą i słabą celność, wykorzystywano je do terroryzowania mieszkańców dużych miast, głównie w Wielkiej Brytanii.
Pocisk V-2 miał długość 14,26 m, średnicę 1,65 m i rozpiętość 3,56 m. Masa startowa to ok. 13 ton. Z tego tonę stanowiła masa ładunku wybuchowego. W efekcie tarcia wynikającego z prędkości przekraczającej prędkość dźwięku, część poszycia rakiety nagrzewała się do temperatury +650 stopni. To zaś mogło doprowadzić do samoistnej detonacji. Dlatego w głowicach stosowano materiał wybuchowy o niskiej sile eksplozji. Nie zmienia to faktu, że eksplozja kilkuset kilogramów materiału wybuchowego miała siłę małej bomby atomowej. A siłę tych wybuchów należy pomnożyć przez liczbę wystrzelonych rakiet.
Bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki zmusiły Japończyków do kapitulacji. Można sobie wyobrazić, że gdyby polski wywiad nie doprowadził do bombardowania Peenemünde (co opóźniło program stworzenia „cudownej broni”), a następnie nie przejęto i przebadano nieuszkodzonych elementów rakiety, sytuacja Brytyjczyków byłaby diametralnie różna.
Warto zaznaczyć, że po zakończeniu wojny „ojciec niemieckiego programu rakietowego” Wernher von Braun został przechwycony przez Amerykanów. Natomiast spora część jego współpracowników trafiła do niewoli sowieckiej. Dlatego hitlerowscy konstruktorzy V-2 przyczynili się do rozwoju zarówno amerykańskiego, jak i radzieckiego programu rakietowego.
Polecany artykuł:
Garnek z rakiety
Najprawdopodobniej najlepszym źródłem wiedzy o próbach wunderwaffe w Polsce jest książka „Próby z latającymi bombami V-1 i rakietami balistycznymi V-2 we wschodniej Polsce w 1944 roku”. Jej autorem jest Sławomir Kordaczuk – wieloletni dyrektor Muzeum Regionalnego w Siedlcach i ekspert tematów związanych z historią regionu.
W publikacji opisał wszystkie znane ślady po eksplozjach niemieckich rakiet, relacje świadków, zdjęcia pozostałości rakiet.
Bardzo ciekawe są fotografie pokazujące wykorzystanie elementów V-2 przez mieszkańców Podlasia. Z fragmentów rakiet wykonywano garnki, pokrywki, blaszki do pieczenia. Butle na paliwo przez dekady używano jako gongi w strażnicach Ochotniczych Straży Pożarnych. Większymi elementami wzmacniano kominy czy drzwi. Z wiązek kolorowych przewodów elektrycznych wyplatano koszyki.
Podlaskie ślady – do dziś łatwe do odnalezienia
W okolicach poligonu „Neue Waffe” do dziś bez problemu znajdziemy pamiątki po eksplozjach V-2. Największy ich zbiór zobaczymy w Muzeum Regionalnym w Siedlcach. Ekspozycję stworzył Sławomir Kordaczuk.
Olbrzymie wrażenie robią leje po eksplozjach. W okolicy zachowało się ich kilka.
Najbliżej Sarnak znajduje się lej w lesie Lipowiec. Kolejny powstał kilkanaście kilometrów dalej, w lesie Topolina koło Drażniewa.