Walka z wszawicą była równie ważna, co walka z Czerwoną Armią

Nieodłącznym towarzyszem wojen są choroby. Te roznoszą gryzonie i wszy. Patogeny nie mają sympatii politycznych i niszczą zdrowie żołnierzy, bez oglądania się na ich przynależność państwową. A grasują, bo na wojnie niełatwo jest, nawet w dzisiejszych czasach, utrzymać higienę. Jeszcze trudniej było o nią dbać w czasach wojny polsko-bolszewickiej. Do walki o higienę Wojsko Polskie skierowało pociągi dezynfekcyjno-kąpielowe. Żołnierz odwszony był zdolny do walki. Zawszony mógł zachorować na tyfus plamisty i umrzeć.

Grupa żołnierzy bez koszul podczas higieny. Na miniaturze wagon sanitarny. O pociągach PDK pisze SE Portal Obronny.
Autor: WBH CAW K-25-316/ CC0 4.0

• Dur plamisty przenoszony stanowił dla żołnierzy zagrożenie porównywalne z bezpośrednimi działaniami bojowymi.

• Pociągi dezynfekcyjno-kąpielowe (PDK) były kompleksowymi składami sanitarnymi.

• W standardowym PDK dziennie można było poddać dezynfekcji i kąpieli 800 żołnierzy.

Interesujące, acz zapomniane świadectwo wojny polsko-bolszewickiej

Jeśli mowa jest o pociągach w służbie wojska, to najczęściej na myśl przychodzą transportowe eszelony i pociągi pancerne. O pociągach potocznie zwanych kąpielowymi mało kto słyszał. Są one interesującym świadectwem wojny 1919–1921.

Pociągi dezynfekcyjno-kąpielowe były regularnymi jednostkami wojskowej służby zdrowia już wiosną 1919 r. Bakteria Rickettsia prowazekii wywołująca dur plamisty (powszechnie nazywany tyfusem) w czasie wojny równie dobrze pasożytuje na żołnierzu, co na cywilu. Dlatego również Polski Czerwony Krzyż budował własne, cywilne składy i kolumny kąpielowo-dezynfekcyjne. Pozostańmy przy wojskowej służbie zdrowia.

Już w maju 1919 r. minister spraw wojskowych zatwierdził organizację, skład i wyposażenie pociągów dezynfekcyjno-kąpielowych (PDK). 16-osobową załogą dowodził lekarz wojskowy w stopniu co najmniej chorążego. PDK składał się z 9 wagonów – z dwóch osobowych i siedmiu krytych towarowych.

Regulamin przewidywał w składzie m.in.: sekcję dezynfekcyjną, rozbieralnię ze stanowiskiem dla fryzjera i składem brudnej bielizny, magazyn czystej bielizny, pralnię, suszarnię, kuchnię, wagon osobowy dla komendanta, kancelarii i załogi oraz, ma się rozumieć, wagon kąpielowy z natryskami. Jak widać, nie był to pociąg jedynie kąpielowy, ale kompleksowy mobilny skład sanitarny.

Pierwsze takie składy były montowane przez Kierownictwo Budowy Pociągów Pancernych we Lwowie. Regulaminowe PDK były – to wynikało z potrzeb pola walki z wszawicą – rozbudowywane nawet do 17 wagonów. Taki skład miał 150 m długości. W takim PDK załoga była 34-osobowa.

Najważniejszym wagonem w PDK był wagon dezynfekcyjny. Były w nim dwie komory. W „mokrej” dezynfekowano odzież parą, a w „suchej” – gorącym powietrzem. Jedno i drugie pochodziło z parowozu. W PDK o standardowym składzie wagon kąpielowy był wyposażony w 28–30 natrysków. Wodę pobierano ze zbiornika na dachu, zazwyczaj o pojemności 3000–4000 litrów. W najbardziej rozbudowanych składach był wagon-cysterna o pojemności ok. 20 000 litrów.

Garda: Badania genetyczne i Wojsko Polskie
Portal Obronny SE Google News

Wszy i ich gnidy giną w temperaturze 170 stopni Celsjusza

Znawca PDK, historyk Łukasz Mieszkowski, tak opisuje wagon dezynfekcyjny…

Najlepiej nadawał się do tego towarowy pojazd chłodniczy o podwójnych, izolowanych ścianach, używany do transportu łatwo psujących się produktów spożywczych, tyle że w tym przypadku chodziło o utrzymanie w nim wysokiej, a nie niskiej temperatury.

Osobne drzwi w bocznej ścianie wagonu prowadziły do dwóch komór, wyłożonych dla ochrony przed wilgocią arkuszami żelaznej blachy, zabezpieczonymi farbą antykorozyjną. Z sufitu zwisały rzędy haczyków do zawieszania dezynfekowanej odzieży, a na pokrytej cienką warstwą betonu i drewnianym rusztem podłodze wiły się wężownice – żelazne rurki za pośrednictwem gumowych przewodów podłączone do kotła parowego ciągnącej pociąg lokomotywy.

W jednej z komór wężownice były perforowane, więc przez dziurki buchała gorąca para. Było to pomieszczenie do tzw. dezynfekcji mokrej, której poddawano odzież wierzchnią i bieliznę. Buty, pasy, inne przedmioty ze skóry, a przede wszystkim jakże cenne futra, które w wilgotnej parówce mogły ulec zniszczeniu, były odkażane w drugiej komorze, tzw. suchej. Tam wężownice nie miały otworów, a przepływająca rurkami para nie wydostawała się na zewnątrz, tylko rozgrzewała powietrze.

W takich komorach, szczelnych i ze sprawnie działającą instalacją, można było uzyskać temperaturę ponad 170 stopni Celsjusza. Według parazytologów, aby procedura była skuteczna – czyli żeby gorąco pozabijało wszy i ich jaja – minimalna temperatura we wnętrzu dezynfektora nie powinna być niższa niż 100 stopni. Oczywiście im zimniej, tym czas pozostawania odzieży w środku powinien być dłuższy, a nigdy nie krótszy niż dwie godziny…

Wojsko Polskie dysponowało co najmniej kilkunastoma PDK

Dezynfekcja odzieży i solidna kąpiel (z wcześniejszym goleniem głowy na tzw. łysą pałę) musiały być co jakiś czas powtarzane, bo nie chroniły dozgonnie przed patogenami. W standardowym składzie procedurze oczyszczania ze wszy mogło się poddać (dziennie) ok. 800 żołnierzy. Nie wiadomo, ile dokładnie Wojsko Polskie miało PDK. Można przyjąć, że co najmniej kilkanaście.

Oczywiście w warunkach wojny przebieg całego procesu był uzależniony od dostaw mydła, wody, węgla itd. Zatem należy założyć, że „wydajność” PDK w praktyce różniła się od założeń teoretycznych. Dodać należy, że PDK należące do PCK również wykonywały zadania dla wojska. Ma się rozumieć, że odwszawianie prowadzono także w pododdziałach, jeśli tylko ku temu były warunki i odpowiednie środki dezynfekujące.

Amerykańskie mobilne dezynfektory okazały się za słabe na polskie drogi

A czy nie lepiej było organizować walkę z wszawicą w oparciu o samochody, przecież docierałyby nawet na pierwszą linię frontu… Może dziś, ale nie sto kilka lat temu.

Po pierwsze: Wojsko Polskie miało w dyspozycji ok. 4,5 tys. samochodów, z czego większość nie nadawała się do użytku. I nie tylko dlatego, że były zepsute i brakowało części do naprawy.

Po drugie: polskie drogi nadawały się bardziej dla gąsienicowych pojazdów, a nie kołowych. Przekonali się o tym… Amerykanie. W podcaście Instytutu Pileckiego jego obecny wicedyrektor, wspomniany wcześniej dr Łukasz Mieszkowski, przedstawił taki ciekawy epizod z wojny o higienę:

– W 1919 r. przyjechała do Polski przeciwtyfusowa misja armii amerykańskiej APRE (American Polish Relief Expedition). Oni na początku mieli arogancki amerykański pomysł, że wygrają z tyfusem przy pomocy samochodów. Przywieźli ze sobą w kilkudziesięciu transportach kolejowych z Francji ponad 500 samochodów, głównie Fordów T. Przywieźli mobilne samochodowe dezynfektory, które zabijały wszy nie tylko temperaturą i parą, ale także ciśnieniem, więc były skuteczniejsze i dezynfekcję można było przeprowadzać szybciej. Przywieźli ze sobą prysznice mobilne.

Byli gotowi na wsi czy w jednostce wojskowej w polu postawić cysternę, rozstawić namiot z prysznicami i kąpać żołnierzy oraz cywilów. Ale jednego nie wzięli pod uwagę… Sformowali kilka kolumn polowych, które wyjechały na polską prowincję i kompletnie się na niej zakopały…

Tylko w sowieckiej Rosji było więcej zachrowań na tyfus plamisty

W roku 1918 odnotowano w Polsce 230 tys. przypadków duru plamistego. W roku 1919 zarejestrowano już 431 tys. chorych. Najwięcej na Kresach i w Małopolsce. Miało to bezpośredni związek z repatriacją jeńców wojennych i powrotami rzeszy uchodźców ze Wschodu. Więcej „tyfuśników” – jak wtedy nazywano takich chorych – było w tym czasie tylko w komunistycznej Rosji.

Po wojnie oszacowano – ustalenie dokładnych danych nie było możliwe – że na dur plamisty zapadło od 40 tys. do 45 tys. żołnierzy. Do 20 tys. z nich zmarło. Można założyć, że bez zorganizowanej akcji opartej na pociągach dezynfekcyjno-kąpielowych chorych i zmarłych byłoby znacznie więcej...

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki