- Sprawność „radzika” decydowała o tym, czy dowództwo otrzymało meldunek o wykonaniu zadania.
- Radiotelegrafiści w jednostkach specjalnych korzystali z tajnego sprzętu, niedostępnego w innych formacjach.
- Kandydatów do obsługi radiostacji dobierano w bardzo staranny sposób.
Gdybyśmy przyjęli, że w jednostkach specjalnych „ludowego” Wojska Polskiego wszystko było tajne, to do najtajniejszych obszarów należała „łączność specjalna”: obsługa sprzętu oraz zasady korespondencji radiowej.
- Kiedyś w czasie ćwiczeń zginął radiotelegrafista grupy specjalnej. Wojskowy prokurator, który przybył na miejsce zdarzenia, najpierw ustalał, kto miał dostęp do radiostacji po tragicznym zdarzeniu, a dopiero w drugiej kolejności zajął się ustalaniem przyczyn śmierci żołnierza - wspomina płk w st. spocz. Witold Brzozowski, kiedyś szef sztabu 1. Batalionu Szturmowego w Dziwnowie, najważniejszej jednostki specjalnej „ludowego” Wojska Polskiego. Jej żołnierze mieli operować na głębokich tyłach wroga, nie bliżej niż 300-400 km od linii frontu.
Łączność z głębokich tyłów przeciwnika
62. Kompania Specjalna z Bolesławca w czasie wojny Układu Warszawskiego z NATO miała działać w odległości do 300-400 km od wojsk własnych. Tam żołnierzy służby zasadniczej, którzy mieli zostać radiotelegrafistami, selekcjonowali dowódcy drużyn z plutonu łączności.
- Zawsze wybierałem ich więcej, żeby w trakcie szkolenia można było pozwolić sobie na odsiew - wyjaśnia sierż. w st. spocz. Marek Stachowski, który w 1971 r. znalazł się w Bolesławcu; wcześniej, przez rok służył w Dziwnowie.
Nowicjusze przechodzili typowe szkolenie zwiadowców i dodatkowo poznawali tajniki radiotelegrafii.
- Czasu nie starczało, więc nieraz siedzieliśmy po nocach, gdy koledzy z innych specjalności mogli spać - wspomina radiotelegrafista-zwiadowca Wojciech Mazurkiewicz, który w Bolesławcu służył w latach 1976-1978 i obsługiwał radiostację R-354.
- Wszystko, czego się uczyliśmy, było tajne specznaczenia. Większość informacji należało wkuć na pamięć. Każdy miał też zarejestrowany zeszyt z ponumerowanymi kartkami, w którym można było robić notatki. Ale nie wolno go było zabierać z sali wykładowej - kontynuuje Wojciech Mazurkiewicz.
Kandydaci na „radzików” musieli mieć bardzo dobry słuch i doskonałą pamięć, żeby zapamiętywać całe serie dźwięków.
Wystukiwać 300 kropek i kresek w 60 sekund
Radiotelegrafiści korzystali z alfabetu Morse`a, w którym każdą literę lub cyfrę kodowano za pomocą kombinacji kresek i kropek. „A” to „. -”, „b” zapisywano jako „- . . .”, „z” - „- - . .”, 1 - „. - - - -”, a „5” - „. . . . .”. Zasada była taka, że kreska miała sygnał trzykrotnie dłuższy od kropki.
Radiotelegrafiści musieli doskonale znać poszczególne litery alfabetu Morse`a. Uczono ich zapamiętywania nie liter i cyfr, ale całych grup znaków.
Używający tradycyjnego klucza Morsea radiotelegrafista musiał opanować umiejętność nadawania minimum 12 grup na minutę. To znaczy, że w ciągu 60 sekund potrafił bezbłędnie wystukiwać 300 kropek i kresek! W czasie szkolenia podstawowego uczono ich pełnego alfabetu Morsea, bezbłędnego opanowania klucza Morse`a, zapamiętywania i szybkiego notowania otrzymywanej wiadomości.
Meldunek na błonie filmowej
Ale potem, w czasie ćwiczeń w polu, korzystali głównie z cyfr i tylko wybranych liter. Do tego w radiostacjach do „szybkiej telegrafii” nie korzystano z klucza Morse`a. Nadawanie nim było zbyt wolne - „radzika” mogły namierzyć wrogie wojska rozpoznania i walki radioelektronicznej. „Specjalsi” korzystali z supernowoczesnych, tajnych radiostacji wyposażonych w automaty, które w ciągu minuty wysyłały 250 grup, czyli 6250 zaszyfrowanych znaków.
Za pomocą perforatorów żołnierze dziurkowali zwykłe błony fotograficzne. W ten sposób kodowali meldunek. Następnie błonę fotograficzna wkładali do nadajnika. W radiostacji R-350M był on napędzany ręcznie - korbką. W R-354 – nadajnik uruchamiał się automatycznie. Nadanie takiego meldunku zajmowało kilkadziesiąt sekund. Po nadaniu błonę należało natychmiast spalić.
Proces nadawania radiotelegrafiści nazywali „titawą” - od wydobywających się z głośników „ti... ti... ta.. ta.. ti...”.
- W pewnym momencie, ważny oficer ze sztabu okręgu doszedł do wniosku, że radiotelegrafista może zginąć, więc musi mieć w grupie specjalnej dublera, który nada meldunek. Uznano, że to powinien być dowódca grupy. Od tego czasu popołudniami „titawy” uczyła się kadra zawodowa. Kaprale ze służby zasadniczej szkolili oficerów - opowiada sierż. w st. spocz. Andrzej Kobzda, który w kompanii służył od 1971 r.
Łączność gwarantowała przewagę
W jednostkach specjalnych „ludowego” Wojska Polskiego przywiązywano olbrzymią wagę do zagwarantowania łączności między grupami specjalnymi działającymi w terenie, a dowództwem, które stawiało zadania komandosom.
- W 1967 r. zostałem dowódcą plutonu łączności w nowo utworzonej 62. Kompanii Specjalnej. Wcześniej, przez trzy lata służyłem w 1. Batalionie Szturmowym. Tam miałem aparaturę radiową najnowocześniejszą w całym Wojsku Polskim. Gdy wyznaczono mnie do Bolesławca, mogłem ze sobą zabrać sporo sprzętu - wspomina plut. w st. spocz. Andrzej Warzyszyński.
Największe jednostki łączności w wojsku nie miały takiego sprzętu, jak niewielkie oddziały komandosów. Co więcej, niewielu łącznościowców z jednostek regularnych wiedziało, co to jest „łączność specjalna”. Tam posługiwano się radiostacjami wyposażonymi w tradycyjny klucz Morse`a. Dlatego niewielu żołnierzy wiedziało o urządzeniach kodujących, które w kilkadziesiąt sekund wysyłają całe meldunki.
- Na poligonie w Wędrzynie organizowałem pokazy łączności dla delegacji z państw Układu Warszawskiego i polskiego ministra obrony. A w Akademii Sztabu Generalnego w podwarszawskim Rembertowie egzaminowałem oficerów. Ja, plutonowy, wystawiałem oceny majorom i podpułkownikom! - wspomina Andrzej Warzyszyński.
- Kiedyś dostałem rozkaz poprowadzenia szkolenia w pułku łączności. Służyli tam oficerowie - jeszcze weterani II wojny światowej. Nie mogli uwierzyć, że ze skrzynki wielkości niewielkiego pudełka można nawiązać łączność na odległość kilku tysięcy kilometrów. Jeden z pułkowników nawet mnie wyśmiał. Stwierdził, że opowiadam bzdury - opowiada Marek Stachowski.
Radiostacje szpiegów i komandosów
W latach 60. i 70. XX w. takie radzieckie radiostacje stanowiły wyposażenie szpiegów oraz wybranych jednostek specjalnych wojsk Układu Warszawskiego. Najpierw używano urządzeń o oznaczeniu R-350, potem zmodernizowanych wersji - R-350M. W końcu - R-354.
- Niektóre egzemplarze miały angielskie napisy na płycie czołowej. W razie wpadki na wrogim terenie miały zmylić przeciwnika i zwiększyć szanse przetrwania naszych ludzi - wyjaśnia st. sierż. w st. spocz. Jan Kusek, w Bolesławcu od 1974 r.
Najsłabszym elementem supertajnych konstrukcji były akumulatory. Błyskawicznie się wyczerpywały. Stratedzy Układu Warszawskiego zakładali bowiem, że grupy specjalne przerzucane na głębokie tyły przeciwnika zostaną szybko zniszczone. Zakładano, że zostaną wykryte i wyeliminowane w ciągu kilku dni. Dlatego nikt z decydentów nie zakładał, że grupie specjalnej uda się nadać kilkanaście meldunków. Kilka to już miał być sukces.
- Dlatego w radiostacji R-354 akumulator wystarczał na nadanie trzech, maksymalnie czterech meldunków. Na wyposażeniu mieliśmy ładowarki na korbę. Ale naładowanie akumulatora przy pomocy takiego urządzenia to był wyczyn! Trzeba było bez przerwy kręcić korbką przez 45 minut - wspomina Wojciech Mazurkiewicz, łącznościowiec służący w 62. Kompanii w latach 1976-1978.
Siano chroniło radiostację
Aby więc wykonywać zadania w czasie długich ćwiczeń, żołnierze kradli akumulatory z cywilnych samochodów „Żuk” czy „Star”.
- Jeśli mieliśmy działać w terenie, w którym trudno o dostęp do samochodów, to musieliśmy zabrać w plecakach akumulatory pozyskane w Bolesławcu. Na plecach trzeba było zabrać 30 kg własnego wyposażenia i ciężki akumulator - wspomina Andrzej Stępień, w „62.” jeden z dowódców plutonu łączności.
Radiostacje miały specjalny pokrowiec, a w czasie skoku spadochronowego wkładano je do zasobnika o nośności 30 kg. Wykonany był z brezentu wzmocnionego specjalnymi taśmami, nie gwarantował jednak przetrwania radiostacji po uderzeniu w ziemię. Dlatego, po włożeniu urządzenia, radiotelegrafista najczęściej wypychał wolne przestrzenie zasobnika sianem (bo najłatwiej się go pozbyć na ziemi) lub szmatami. Dzięki temu radiostacja nie rozbijała się podczas uderzenia o ziemię.
- My radiotelegrafiści nie mieliśmy łatwego zadania. Trzeba było nauczyć się błyskawicznej i niezawodnej obsługi sprzętu oraz dbać o to, aby był w pełni sprawny w trakcie wykonywania zadania. Na szczęście sprzyjał nam rozwój techniki. Konstrukcję radiostacji R-350 oparto na łatwych do mechanicznego uszkodzenia lampach elektronowych. Natomiast R-354 była urządzeniem tranzystorowym. Nie dość, że odporniejszym na uszkodzenia, to prostszym w obsłudze. Nawiązywanie kontaktu z bazą było zdecydowanie prostsze, do tego przesuw taśmy z meldunkiem odbywał się automatycznie, a nie za pomocą ręcznie obracanej korbki - kończy sierż. Jan Kusek.
W drugiej części artykułu o łączności grup specjalnych komandosów z czasów „ludowego” Wojska Polskiego przeczytacie o zadaniach „radzików” w czasie wojny.