- O pechowym oficerze z Lublińca opowiada się anegdoty.
- Błąd w czasie szkolenia wywołał poważny problem dyplomatyczny.
- Dawny film instruktarzowy dla specjalsów budzi dziś uśmiech.
Niedługo po powstaniu 1. Pułku Specjalnego, w 1994 r. w Lublińcu zorganizowano zajęcia dla oficerów sztabowych z różnych formacji, którzy mieli się zapoznać ze specyfiką działania jednostki specjalnej.
Zastępca dowódcy pułku do spraw liniowych postanowił więc, że żołnierze przygotują wzorcową bazę dla grupy specjalnej. Miał to być świetnie zamaskowany w lesie podziemny schron. Zadanie miał wykonać młody porucznik.
- To był bardzo porządny facet, żołnierze go szanowali. Ale prześladował go straszny pech. Dlatego nazywaliśmy go „Jaś Fasola” - wspomina płk dypl. rez. Bogdan Kołtuński, wtedy szef sztabu, z czasem dowódca pułku.
O niefarcie prześladującym młodego oficera w jednostce opowiadali legendy. Na pierwszych zajęciach ze swoim plutonem podpalił spory kawałek lasu. Kiedyś zabrał dziewczynę w Bieszczady. Gdy zapowiadał się romantyczny wieczór pod namiotem, komandos, rozpalając ognisko, podpalił też kobiecie włosy.
- On wiedział, że ma pecha. Dlatego na poligonie bał się, że zgubi klucze od kancelarii oraz referentkę do plombowania drzwi. Gdyby tak się stało, miałby sporo kłopotów. Dlatego przed skokami spadochronowymi schował wszystko do słoika, a ten zakopał w namiocie pod swoim łóżkiem. Skoki skończyły się szczęśliwie, ale w tym czasie żołnierze zwinęli obozowisko. Do poszukiwań używał nawet wykrywacza metali. W końcu jakoś odnalazł słoik - opowiada płk Kołtuński.
„Naruchać sobie” drewna na bazę
Właśnie ten pechowiec dostał rozkaz budowy podziemnej kryjówki.
Słuchając poleceń zastępcy dowódcy, oficer grzecznie zapytał, skąd ma wziąć materiały budowlane. Ta kwestia tylko rozzłościła przełożonego.
- Zamiast poinformować, że wszystko już przygotowano na terenie ośrodka poligonowego w pobliskim Czarnym Lesie, podpułkownik w ostrych wojskowych słowach stwierdził krótko, że porucznik ma je sobie naruchać - relacjonuje oficer.
„Naruchaj sobie” co było standardową odpowiedzią przełożonego na pytanie, skąd wziąć coś niezbędnego do szkolenia, czego nie ma na stanie jednostki. W wolnym tłumaczeniu oznaczało to zdobądź w jakikolwiek sposób, byle byś miał.
- Akurat kilka dni wcześniej u dowódcy pułku był lubliniecki nadleśniczy. Skarżył się, że żołnierze kradną z lasu drewno, sprzedają i mają na wódkę. Leśnik nie miał dowodów, ale przekonywał, że wszystkie ślady prowadzą do koszar. Wieczorem pojechałem na polowanie, na leśnej drodze zobaczyłem wojskowego stara. Podszedłem, żeby sprawdzić, co się dzieje. W kabinie siedział porucznik, a cała paka została wyładowana elegancko pociętymi żerdziami. Na nich siedziało kilku żołnierzy - kontynuuje opowieść płk Kołtuński.
W tym momencie jak spod ziemi wyrósł nadleśniczy. Krzyknął tylko: „No tak! Mówiłem, że wojsko kradnie drewno!” Wsiadł w samochód i odjechał. Miał dowód i na dodatek szefa sztabu jednostki jako uczestnika zdarzenia. Następnego ranka był już w gabinecie dowódcy.
Sprawa wyglądała poważnie, ale w końcu jakoś udało się ją polubownie załatwić.
Wysadzić most niedaleko Białorusi
Zdecydowanie poważniejszymi skutkami zakończyło się ćwiczenie przygodowe, prowadzone w 1999 r. na obszarze północno-wschodniej Polski. Wszystkie grupy specjalne wykonały zadania. Żołnierze załadowali się do eszelonu i wracali do koszar.
Wieczorem do płk. Kołtuńskiego zadzwonił przełożony.
- Zapytał, czy oglądałem główne wydanie wiadomości w telewizji? Odpowiedziałem, że nie. Powiedział krótko „To sobie, kolego, obejrzyj” i rzucił słuchawkę. Z niepokojem czekałem na wieczorne wydanie „Panoramy” - wspomina oficer.
Oglądał je z coraz większym przerażeniem. Lektor poinformował bowiem, że sparaliżowany jest ruch na tranzytowej linii kolejowej między Polską a Białorusią. Powodem był alarm bombowy. Kolejarze poinformowali, że ktoś chciał wysadzić most na zalewie Siemianówka, tuż przy granicy z Białorusią!
- Tam działała nasza grupa specjalna. Zadanie było typowe: mieli rozpoznać, a potem przygotować do zniszczenia most kolejowy. Wszystko zrobili zgodnie z planem, do szyn przymocowali ładunki z „czerwonym dymem”, czyli środkiem pozoracji, który przypominał kostki trotylu - wyjaśnia ówczesny szef sztabu 1. Pułku.
Błąd popełnił rozjemca. Po zakończeniu ćwiczenia nie usunął ładunków, a trasa przez cały czas była czynna. Jeden z maszynistów prowadzących lokomotywę, przejeżdżając przez most, zauważył jakieś pakunki oraz kable i wszczął alarm!
Zdarzenia potoczyły się błyskawicznie. Z Warszawy ściągnięto policyjnych antyterrorystów i pirotechników. Ruch pociągów został wstrzymany na siedem godzin, opóźnienia były wielokrotnie większe.
- Białorusini złożyli oficjalny protest w naszym MSZ, domagali się olbrzymiego odszkodowania za niedostarczone w terminie gazy technologiczne, konieczne do funkcjonowania jakiegoś ich zakładu przemysłowego. Pociąg z takim towarem nie dojechał bowiem na czas. Jako organizatorzy ćwiczeń zaliczyliśmy olbrzymią wpadkę. Już żegnałem się z awansem, który wtedy miałem dostać. Zastanawiałem się też, jak będzie wyglądała moja dalsza służba po takiej aferze - wspomina płk Kołtuński.
Oficera uratowało to, że w czasie przygotowania ćwiczeń załatwiono wszelkie formalne uzgodnienia.
- My popełniliśmy błąd, rozjemca również. Ale w Polskich Kolejach Państwowych, Straży Ochrony Kolei, Straży Granicznej i policji też nie zadziałał obieg informacji, bo po alarmie wszczętym przez kolejarza nikt nie skojarzył, że tam były ćwiczenia - podsumowuje oficer.
Wystrzałowe pokazy dla telewizji
Niekiedy komandosów gubiła zbytnia pewność siebie.
Dużym - dosłownie - hukiem odbił się pokaz przeprowadzony w 1996 r. na poligonie w Wędrzynie.
- Miała przyjechać telewizja, więc jeden z dowódców grup dostał polecenie przygotowania widowiskowego wybuchu. Tak, żeby to atrakcyjnie wyglądało w kamerze - wspomina podoficer z Lublińca.
W czasie pokazu wysadził długi na metr duży klocek drewna. Następnie pokazał, jak można zatarasować drogę, wysadzając drzewo. Obłożona materiałem wybuchowym brzoza wystrzeliła w górę na dwa metry i ładnie się ułożyła w poprzek drogi. Ostatnim elementem pokazu miało być zniszczenie stosu belek drewna.
- Dowódca grupy uważał, że wystarczy kostka trotylu. Ale dowódca batalionu domagał się większych fajerwerków i kazał wzmocnić ładunek. Walnęło tak, że na miejscu stosu powstał wielki krater, a belki były rozrzucone w sporej odległości - opowiada chor. sztab. rez. Piotr Porada, który przez 17 lat dowodził grupą specjalną w JW 4101.
Instruktażowy film dla specjalsów
W tamtych czasach szkolenie w JW 4101 bazowało głównie na pomysłowości i doświadczeniu dowódców różnych szczebli.
- Dlatego pod koniec lat 90. w batalionie dywersyjnym powstał film poglądowy „Działania grup specjalnych w rozpoznaniu w terenie wieś/miasto”. To miał być taki zbiór inspiracji dla żołnierzy mających się wtopić w otoczenie i prowadzić obserwacje - wspomina Piotr Porada.
Film nagrano amatorską kamerą wideo. W jednej ze scen wzorcem dla żołnierzy był „pijak toczący koło samochodowe”. Mężczyzna toczył przed sobą koło od ciężarówki. Ponieważ było ciężkie, więc co chwile odpoczywał, dokładnie lustrując okolicę.
Kolejny sposób obserwacji nazwano „na staruszkę na wózku inwalidzkim”.
- Na filmie pokazano opatuloną kobiecinę, która poruszała się na wózku inwalidzkim. Ale osoba z filmu miała dłonie jak bochny chleba i krępą sylwetkę. Po tym poznaliśmy jednego z naszych oficerów, pomysłodawcę nakręcenia całego filmu - kontynuuje Piotr Porada.
Psychologicznie wykończyć psychologa
Powszechnie wiadomo, że kandydaci do służby w jednostce specjalnej powinni mieć żelazną psychikę i olbrzymią odporność fizyczną. Natomiast w pierwszych latach po utworzeniu 1. Pułku Specjalnego - na fali modnej wtedy humanizacji wojska - w jednostce zatrudniono cywilnego psychologa, który miał pomagać żołnierzom w radzeniu sobie z trudami służby.
- Podchodziliśmy do niego z dużym dystansem, bo nie miał zielonego pojęcia o wojsku. Był jednak ambitny. Chcąc wykazać się własną odpornością, postanowił, że na poligonie skoczy ze spadochronem. Załatwił wszystkie zgody - wspomina chorąży.
W noc przed skokiem na łóżku obok położył się doświadczony żołnierz, który założył się z kolegami, że zniechęci psychologa do skoku.
- Całą noc opowiadał o strasznych wypadkach spadochronowych, zmasakrowanych zwłokach ludzi, którym nie otworzyły się spadochrony. Rano psycholog wyjechał z poligonu. Nie dość, że nie skoczył, to jeszcze zrezygnował z pracy w wojsku - kończy komandos.