- Sanitariuszki trafiały w sam środek walk, niosąc pomoc w skrajnie trudnych warunkach.
- Młode dziewczęta wolały szybką śmierć niż gwałty i rozstrzelanie przez Niemców.
- Wspomnienia „Sławki” ukazują realia wyszkolenia i poświęcenie sanitariuszek.
Sanitariuszki to nie były - jak dziś się o nich radośnie śpiewa w każdą kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego - „morowe panny, z powodu których każdy chłopak chciał być ranny”. To były młode, delikatne, dobrze wychowane kobiety, zwykle z inteligenckich domów. W romantycznym zrywie pragnęły pomagać rannym.
Ale od pierwszego dnia powstania trafiły do piekła. Widziały straszne rany, ludzi wyjątkowych z bólu, którym nie można było pomóc z powodu braku środków. Szybko przekonały się, że codziennie ryzykują życie, a gdy trafią w ręce Niemców, największym wybawieniem będzie jak najszybsza śmierć.
5 tys. powstańczych pielęgniarek i sanitariuszek
W komunikacie Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych, opublikowanym 31 lipca 2026 r., oszacowano, że podczas Powstania Warszawskiego służbę pełniło ponad 5 tys. pielęgniarek i sanitariuszek Armii Krajowej oraz innych organizacji konspiracyjnych.
„Pracowały w około 800 patrolach sanitarnych, blisko 200 punktach ratowniczo-sanitarnych, 122 szpitalikach i 25 szpitalach polowych. Niosły pomoc bezpośrednio na liniach walk, opatrywały rannych, uczestniczyły w zabiegach operacyjnych, organizowały opiekę nad chorymi, szkoliły z zakresu pierwszej pomocy i tworzyły od podstaw zaplecze medyczne w skrajnie trudnych warunkach.”
Polecany artykuł:
Do końca przy rannych
W komunikacie podkreślono, że:
„ich działalność wykraczała daleko poza udzielanie pierwszej pomocy. Dzięki wiedzy, umiejętnościom i doskonałej organizacji utrzymywano funkcjonowanie powstańczej służby zdrowia, zapobiegano epidemiom oraz zapewniano opiekę tysiącom rannych i ludności cywilnej. Pozostawały przy swoich pacjentach mimo bombardowań, ostrzału i narastającego zagrożenia, nierzadko narażając własne życie.”
Najczęściej pozostawały przy swoich pacjentach. Po zdobyciu obiektu przez napastników były gwałcone i zabijane. Na cmentarzu na warszawskich Powązkach Wojskowych jest kilka kwater, w których pochowano ekshumowane po powstaniu sanitariuszki. Tam można sprawdzić wiek, miejsce śmierci, a często obejrzeć zdjęcia poległych dziewcząt.
Sanitariuszki miały tego świadomość.
Relacja sanitariuszki „Sławki”
W 2014 r. pododdział Jednostki Specjalnej Komandosów z Lublińca przejmował tradycje powstańczego batalionu „Miotła”. To wtedy Halina Jędrzejewska „Sławka” mówiła:
„Byłam głęboko przekonana, że Niemcy żywcem mnie nie wezmą, bo koledzy do tego nie dopuszczą - wcześniej mnie zastrzelą. Wierzyłam, że nie pozwolą mnie wziąć żywcem. Dlatego się nie bałam. Mnie, młodą dziewczynę, Niemcy potraktowaliby bardzo paskudnie.”
W czasie spotkań ze współczesnymi komandosami „Sławka” relacjonowała, jak w czasie okupacji hitlerowskiej Armia Krajowa szkoliła sanitariuszki.
W połowie 1944 r. Halina Jędrzejewska miała decydować, czy w czasie powstania chce zostać łączniczką, czy sanitariuszką. Zdecydowała, że woli nieść pomoc rannym i poszkodowanym, zamiast nosić meldunki.
Trafiła na kursy prowadzone w prywatnych mieszkaniach. Instruktorami byli m.in. lekarze i studenci medycyny. Skupiali się na najważniejszych procedurach: jak tamować krwotoki, na jak długo zakładać opaski uciskowe, jak robić zastrzyki domięśniowe i dożylne.
- Pakowano w nas wiedzę praktyczną. W walce nie ma czasu na teoretyzowanie. Rannego trzeba wyciągnąć spod ognia. Dowolnym sposobem. Najbezpieczniejsze jest czołganie się i ciągnięcie za sobą poszkodowanego. Dopiero w miejscu bezpiecznym można przełożyć go na nosze lub koc. Krytyczne znaczenie miało szybkie dostarczenie go do szpitala - mówiła „Sławka”.
Tuż przed powstaniem dostała przydział do pięcioosobowego patrolu sanitarnego będącego w dyspozycji dowódcy batalionu „Miotła”. To był trudny i niebezpieczny przydział. Dowódca kierował swoje sanitariuszki w rejony, w których w danej chwili było najciężej.
Pierwszy ranny i pierwsza poległa
W pierwszym dniu powstania do pierwszego leżącego na ulicy, ciężko rannego powstania wybiegła koleżanka „Sławki” - „Wanda”. Zginęła na miejscu od serii z karabinu maszynowego. Dowódca „Miotły” stał w pobliżu i zakazał kolejnej sanitariuszce podejmowania prób pomocy rannemu.
Już pierwsze godziny powstania pokazały, że walki w mieście - z przeciwnikiem, który ma zdecydowaną przewagę w sprzęcie i uzbrojeniu - doprowadzą do olbrzymich strat.
„Sławka” pracowała w szpitalu polowym lub biegła w rejon wskazany przez dowódcę i tam udzielała pomocy rannym, a następnie odpowiadała za przetransportowanie ich do szpitala.
Dodawała, że każdy rozsądnie myślący dowódca musiał sobie zdawać sprawę, że sanitariuszki nie miały szans dotrzeć do rannych.
- Ale próbowały. Wciśnięte w ziemię pełzły na brzuchach w kierunku potrzebujących pomocy. Ja miałam ze sobą torbę sanitarną. Jedną ręką trzymałam ją przed głową, drugą próbowałam sobie pomóc przy czołganiu. Liczyłam, że niemiecka kula może zatrzymać się na torbie - opowiadała komandosom sanitariuszka „Sławka”.
Halina Jędrzejewska miała olbrzymie szczęście - przeżyła powstanie. Większość jej koleżanek - sanitariuszek - Niemcy zamordowali tylko dlatego, że pomagały niezdolnym do obrony rannym.