• Militarne eksponaty wagi ciężkiej nie będą sprawne bez fachowych napraw i konserwacji.
• Eksploatacja takich muzealiów podczas zlotów kolekcjonerów wymaga dużego zachodu i niemałych funduszy.
• Ceny zabytkowej broni pancernej są wysokie i z każdym rokiem będą zwyżkowały.
Jak muzeum ma sprawny czołg, słynnego „Rudego”, to ma eksponat przyciągający zwiedzających i mnóstwo problemów do rozwiązania. Z T-34 nie pojedzie się – ani na gąsienicach, ani na lawecie – do ASO czy do pana Czesia, który potrafi naprawić każdy samochód. Muzeum musi mieć fachowca, dla którego naprawa czołgu, transportera opancerzonego czy czegoś podobnego nie jest żadną tajemnicą.
Takich ekspertów jest niewielu. Duże muzea mogą sobie pozwolić na etatowe zatrudnienie zespołu mechaników. Mniejsze – jak niedawno odwiedzone przez Portal Obronny – Muzeum „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej – mają takie możliwości ograniczone. Mają, na całe szczęście, wolontariuszy, którzy dbają o to, by wiekowy sprzęt był sprawny. Wiadomo, zabytkowy czołg, który jeździ, jest lepszym i cenniejszym eksponatem od tego, który stoi na betonowej płycie.
Park Historyczno-Militarny „Reduta” – wchodzący w skład „Sztygarki” – obecnie ma dwa jeżdżące eksponaty: czołg T-55 oraz WZT-2 (Wóz Zabezpieczenia Technicznego). A nad ich stanem czuwa Mirosław Kita. Zastaliśmy go przy pracy. Majstrował przy hydraulice WZT-2. Jakby ktoś nie wiedział, to jest oryginalna polska konstrukcją, żaden tam produkt na radzieckiej licencji. Nazwa wskazuje na przeznaczenie pojazdu: holowanie czołgów, transporterów opancerzonych i innej techniki wojskowej (o wadze do 40 t). Choć opracowano go na początku lat 70. (w produkcji był do 1992 r.), to nadal maszyna... spełnia normy NATO! Nadal jest używana przez Wojsko Polskie.
– W naszym WZT-2 nie chodzi jedynie lemiesz i dźwig. A tak wszystko inne jest sprawne, tylko czasem - jak teraz - wymaga naprawy.
I na dowód tych słów kpt. Kita uruchamia silnik. Z wydechu walnęło czarną chmurą dymu, ku wielkiemu zdziwieniu zwiedzającej młodzieży. A jednak jeździ, skoro silnik pracuje!
– Skoro mechanika czegoś takiego panu jest znana, to zgaduję, że był pan pancerniakiem.
Trafiłem. Mirosław Kita jest absolwentem Wyższej Szkoły Wojsk Pancernych im. Stefana Czarnieckiego. Wyszedł z niej po czterech latach studiów z dwoma gwiazdkami na pagonach. Służył od 1980 do 1990 r. Dosłuzył się czterech gwiazdek.
– Nie byłem mechanikiem, ale dowódcą czołgu. Na początku w T-55, potem w T-72. Jak widać, w czasie służby nauczyłem się nie tylko dowodzenia. Jest trochę pracy, by utrzymać w sprawności „wuzet” i czołg. Swego czasu mieliśmy T-34, był sprawny, ale był to depozyt z Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie i „Sztygarka” musiała go zwrócić. Szkoda.
– Jeśli był sprawny, to pewnie nieraz jeździł na różnych zlotach militarnych, pewnie jak T-55?
– Zdarzało się. Trzeba wiedzieć, że zabytkowy czołg, skoro o nich mowa, nie pojedzie na gąsienicach na zlot. Musi być dowieziony na lawecie. A dziś za jej wypożyczenie trzeba zapłacić koło 10 tysięcy złotych. A jak już na tej lawecie dojedzie do celu, to trzeba mieć na uwadze to, że czołg, taki T-55, w terenie spali na 100 kilometrów co najmniej 300 litrów oleju napędowego.
– To nie jest tania „zabawa”. Taniej wychodzi, by na miejscu czołg zapuścił silnik i przejechał parę metrów.
– Fakt, a i ceny eksponatów poszły w górę. Wiadomo, lata lecą… Jeśli chciałoby się kupić jeżdżący, w stanie bardzo dobrym, T-34, to trzeba zapłacić ponad milion złotych. Od roku w Gorzowie Wielkopolskim wystawiony jest do sprzedaży T-55 Merida. Za milion dwieście…
Tyle krótkiej rozmowy z dbającym „o zdrowie” eksponatów militarnych dąbrowskiej „Sztygarki”. Nie chciałem przeszkadzać kpt. Kicie w robocie. Dla uzupełnienia tego krótkiego materiału sprawdziłem w necie ceny wywoławcze zabytkowej ciężkiej techniki wojskowej.
Agencja Mienia Wojskowego obecnie nie wystawia ani czołgów, ani pojazdów budowanych na ich podwoziu, ani transporterów. Choć, jak komunikuje: „Agencja Mienia Wojskowego posiada w swoim zasobie szeroki asortyment mienia ruchomego koncesjonowanego (m.in. samoloty, jednostki pływające, sprzęt artyleryjski i broń palną, czołgi i pojazdy opancerzone, sprzęt łączności), wycofany z zasobów Sił Zbrojnych, Straży Granicznej oraz Policji i przejęty na podstawie przepisów ustawy z dnia 10 lipca 2015 r. o Agencji Mienia Wojskowego (Dz. U. z 2022 r. poz. 2061 z późn. zm.). Podstawową formą zagospodarowania przejętego mienia ruchomego koncesjonowanego jest jego sprzedaż, która w Agencji Mienia Wojskowego prowadzona jest bezpośrednio w trybie przetargu pisemnego (ofertowego)”.
Żeby Jan Kowalski kupił sobie czołg (ma duży plac przed willą i chciałby sobie coś na nim postawić), musi dopełnić kilku warunków.
Zgodnie z polskim prawem oraz przepisami unijnymi każdy egzemplarz broni musi mieć certyfikat trwałego pozbawienia cech bojowych. Czołg może jeździć, ale nie może strzelać. Jeśli pan Kowalski kupuje eksponat w Polsce, to wystarczy, że sprzedający przekaże mu dokumenty potwierdzające „demilitaryzację” eksponatu i zawrze zwykłą umowę kupna-sprzedaży.
Więcej zachodu jest, gdy zabytek militarny chce się sprowadzić z zagranicy. Tam jest kilka giełd takich „staroci”, na których zaopatrują się indywidualni i instytucjonalni kolekcjonerzy. Zatem gdy w grę wchodzi „import”, trzeba uzyskać zgodę na transfer wewnątrzunijny lub import w Ministerstwie Rozwoju i Technologii. Mając taki dokument, należy wynająć koncesjonowanego przewoźnika, który przejmie na siebie wszelkie procedury transgraniczne.
Nie trzeba pozwolenia, by pan Kowalski postawił sobie czołg przed willą, nawet gdy jest sprawny. Nie musi go rejestrować, jeśli będzie chciał uczestniczyć w zlotach kolekcjonerów broni pancernej. Warunek: czołg na miejsce zostanie dowieziony na lawecie.
A oto orientacyjne ceny zabytkowej i sprawnej broni pancernej:
• BRDM-2: od 125 tys. do 180 tys. zł;
• SKOT: w podobnej cenie;
• BWP-1: od 150 tys. do 250 tys. zł;
• T-72: od 1,5 mln zł;
• PT-76: jeżdżący, ale z nieszczelnym kadłubem nawet do 400 tys. zł. Egzemplarze w stanie idealnym, z gwarancją pływalności, wyceniane są (poza Polską) na ponad 150 tys. euro.
Widać, że kolekcjonowanie takich muzealiów ma swoją wysoką cenę. Zawsze jednak można zostać kolekcjonerem w znacznie mniejszej. Można te wozy i inne zastąpić miniaturkami, po góra tysiąc złotych za sztukę!