• Około 20 tys. emu najechało pola pszenicy w Zachodniej Australii, należące do weteranów I wojny światowej,
• Na prośbę farmerów Departament Obrony skierował wojsko do eliminacji szkodników.
• Po miesiącu walki wojsko stwierdziło, że walka z emu, to walka z wiatrakami.
Taki był udział Australii w I wojnie światowej
Zanim doszło do tej dziwnej wojny, Australia miała za sobą swój chwalebny udział w „ludzkiej” Wielkiej Wojnie. Wkład tego państwa-kontynentu w pierwszy światowy konflikt był nieproporcjonalnie duży w stosunku do liczby mieszkańców. W 1914 r. Australia liczyła 4,9 mln mieszkańców. Wystawiła ochotniczą armię.
Spośród ponad 400 tys. Australijczyków, którzy zgłosili się do armii, 331 tys. wysłano na fronty Wielkiej Wojny. Ponad 60 tys. poległo, a 156 tys. zostało rannych lub trafiło do niewoli. Australijczycy w początkowym okresie wojny działali w ramach Australian and New Zealand Army Corps (ANZAC). Korpus powstał w Egipcie pod koniec 1914 r. Początkowo służyło w nim 20 tys. Australijczyków i 10 tys. Nowozelandczyków. W ciągu Wielkiej Wojny Nowa Zelandia skierowała do służby ok. 100 tys. żołnierzy i personelu pomocniczego (przy ówczesnej populacji wynoszącej około 1,1 mln mieszkańców).
ANZAC walczył m.in. pod Gallipoli. Ta bitwa, choć zakończyła się klęską aliantów, przeszła do historii obu państw. Do dziś 25 kwietnia obchodzony jest w Australii i Nowej Zelandii jako ANZAC Day. Później ANZAC rozdzielono na odrębne siły australijskie i nowozelandzkie. Pod koniec wojny Australijczyków skupiono w Australian Corps. Formacja ta dała się poznać z jak najlepszej strony.
Szczególny wkład wniosła w powodzenie alianckiej ofensywy w 1918 r., zwłaszcza podczas bitwy pod Amiens, określonej przez niemieckiego generała Ericha Ludendorffa jako „czarny dzień armii niemieckiej”. To oczywiście tylko krótki zarys tego rozdziału historii Australii. Historii, której bohaterowie zaledwie 14 lat po zakończeniu Wielkiej Wojny musieli stoczyć kolejną „wielką wojnę”. Tym razem z emu. Dlaczego?
Rozkaz: zlikwidować szkodnika grasującego na polach weteranów Wielkiej Wojny
Najpierw przedstawmy przeciwników weteranów z Europy, Bliskiego Wschodu i Pacyfiku. Emu (Dromaius novaehollandiae) to nielot występujący wyłącznie w Australii. Pod względem wielkości ustępuje jedynie strusiowi afrykańskiemu. Dorasta do 1,9 m wysokości i może ważyć od 30 do 60 kg. Samice są zazwyczaj nieco większe od samców. Są wszystkożerne. I właśnie z tego powodu weszły w konflikt z człowiekiem.
Weterani Wielkiej Wojny za swoje zasługi otrzymali ogromne połacie ziemi w Zachodniej Australii. Były one na tyle żyzne, że można było na nich uprawiać pszenicę. Problem polegał na tym, że pola te emu zaczęły traktować jak darmową stołówkę, co – rzecz jasna – nie spodobało się farmerom. Sytuacja konfliktowa szybko się zaostrzała. Emu odkryły bowiem, że zamiast przemierzać ogromne obszary dotknięte suszą, w poszukiwaniu pożywienia, mogą żerować na polach pszenicy. Co więcej, ptaki tratowały często więcej zboża, niż były w stanie zjeść, zwiększając tym samym straty w uprawach.
Farmerzy próbowali wszelkich sposobów, by odgonić intruzów od pól. Była to jednak praca syzyfowa. Szkodników przybywało, a efekty walki z nimi były mizerne. W 1932 r. oszacowano, że łatwy dostęp do pożywienia i wody przyciągnął ok. 20 tys. nielotów – ptaków będących, obok kangura, jednym z symboli Australii. Farmerzy widzieli ostatnią szansę na powodzenie w walce z opierzonymi szybkobiegaczami (50 km/h) w wojsku. Zwrócili się więc o pomoc do Departamentu Obrony.
Minister sir George Pearce uznał sprawę za poważną i zdecydował o przeprowadzeniu operacji wojskowej przeciwko tysiącom emu. Wcześniej w parlamencie przedstawił sytuację. Wyjaśnił deputowanym, że wojsko musi wkroczyć do akcji przeciwko ptakom, które susza wypędziła z głębi kontynentu na pola Zachodniej Australii. Emu nie tylko niszczyły zboże, lecz także uszkadzały ogrodzenia, przez które przedostawały się króliki, powodując kolejne szkody. Parlament zgodził się na przeprowadzenie operacji.
Do walki z nielotami ministerstwo obrony skierowało artylerzystów
Minister Pearce powierzył wykonanie tego niecodziennego zadania… 7. Ciężkiej Baterii Królewskiej Artylerii Australijskiej. A armaty przeciwko ptakom? Nie, aż tak groteskowo nie było. Na wojnę z emu Departament wysłał… trzech żołnierzy. Dowodził nimi weteran Wielkiej Wojny – major Gwynydd Purves Wynne-Aubrey Meredith. Pod jego komendą znajdowali się dwaj żołnierze: sierżant S. McMurray oraz szeregowiec J. O’Halloran (ich pełnych imion w raportach nie wpisano).
Tak skromna „grupa uderzeniowa” została uzbrojona w dwa lekkie karabiny maszynowe Lewis. Otrzymała także 10 tys. sztuk amunicji. Mogło to świadczyć – choć w zachowanych materiałach źródłowych nie ma na ten temat informacji – że armia zakładała, iż taki zapas wystarczy do przepędzenia emu z pól pszenicy. Szybko okazało się jednak, że Australijczykom łatwiej było walczyć z Niemcami i Turkami niż z rodzimymi ptaszyskami. Ale po kolei…
2 listopada 1932 r. żołnierze po raz pierwszy weszli w „kontakt bojowy” z przeciwnikiem. Na celownikach znalazło się stado 50 emu. Dowódca wydał rozkaz otwarcia ognia. Efekt był daleki od oczekiwanego. Strzelcy strzelali, ale nie trafiali, stado natychmiast rozpierzchło się na wszystkie strony, a na dodatek karabin Lewis się zaciął. Nie wiadomo, co bardziej zaskoczyło wojaków: to, że nie trafili w cel, czy fakt, że – uznawany za jeden z najbardziej niezawodnych lekkich karabinów maszynowych I wojny światowej – Lewis odmówił posłuszeństwa.
W kolejnych starciach z nielotami żołnierze zdziwili się jeszcze bardziej. Nawet gdy trafiali w cele, emu nadal pędziły przed siebie, jakby zamiast piór miały na sobie pancerze. Wtedy przypomnieli sobie słowa farmerów, którzy twierdzili, że kule nie są w stanie powstrzymać tych ptaków. Później naukowcy wyjaśnili tę zagadkę.
Po pierwsze: upierzenie emu zwiększa i zniekształca kontury ciała. Strzelec był przekonany, że trafił ptaka, podczas gdy pocisk często jedynie przechodził przez warstwę piór. Po drugie: emu, even po odniesieniu ran, potrafi przez pewien czas poruszać się dalej, ponieważ krwawienie nie zawsze natychmiast je unieruchamia.
Wojsko nie przewidziało również, że emu – choć jest ptakiem z małym mózgiem – wcale nie zachowuje się bezmyślnie. Plan zakładał, że żołnierze będą prowadzić ogień seriami do większych skupisk „nieprzyjaciela”. Zakładano, że liczba zabitych ptaków będzie na tyle duża, iż pozostałe osobniki instynktownie opuszczą zagrożony teren i pozostawią farmerów w spokoju.
Te założenia szybko legły w gruzach. Emu nie gromadziły się bowiem w dużych stadach. Działały w mniejszych grupach – po kilka lub kilkanaście sztuk – i miały własny „system zwiadu”. Gdy ptak-obserwator zauważył człowieka, podnosił alarm i całe stado natychmiast się rozpraszało. Trafienie takiego celu było wyjątkowo trudne, zwłaszcza gdy strzelano z kaemu zamontowanego na samochodzie uganiającymi się z ptakami. Gdy uciekły spod ostrzału, to kilka mil dalej ponownie formowały grupy, wracały na żer i sytuacja zaczynała się powtarzać, jak w pętli.
Łatwiej zabić było na wojnie z kaemu człowieka niż emu
Do połowy listopada podwładni mjr. Mereditha wystrzelali niemal cały zapas amunicji. Pozostało im zaledwie 140 nabojów. Udało im się wyeliminować 956 emu. Oznaczało to, że zabicie ptaka wymagało wystrzelenia 10 pocisków. Był to całkiem niezły wynik, zważywszy na to, jak trudnym i „mobilnym” przeciwnikiem były emu.
Ówczesna prasa nie zamierzała jednak tego docenić. Zaczęła kpić z całej operacji, podkreślając, że ludziom nie udało się pokonać – było nie było – bezbronnych ptaków. Ostatecznie w listopadzie wojsko uznało, że walka z emu przypomina walkę z wiatrakami, i wycofało się z operacji. Mjr Meredith w raporcie dotyczącym tej kuriozalnej kampanii napisał m.in.: „Gdybyśmy mieli dywizję o takiej odporności na kule, jaką mają te ptaki, mogłaby ona stawić czoła każdej armii na świecie”.
Okazało się, że nie można było po prostu przenieść doświadczeń z pola walki przeciwko ludziom na starcie z emu. Nie powiodła się powtórka z założenia, że skoncentrowany ogień karabinów maszynowych natychmiast zdziesiątkuje przeciwnika – tak jak podczas I wojny światowej dziesiątkował nacierającą piechotę na froncie zachodnim. Ludzie szli pod kule. Emu były jednak mądrzejsze – nie popełniały tego błędu. Wkrótce po zakończeniu „wielkiej wojny z emu” uznano ją za poważny błąd.
Farmerzy również nie kryli rozczarowania, bo wojsko najzwyczajniej skapitulowało przed nielotami. Rząd wyciągnął jednak wnioski i w 1934 r. opracował system nagród za odstrzał emu. Zamiast angażować wojsko, przeniesiono ciężar walki na cywilów. Rozwiązanie było na tyle skuteczne, że w ciągu pół roku odstrzelono około 57 tys. ptaków. Stanowiło to mniej więcej 10 proc. całej populacji emu.
Najskuteczniejszą metodą ochrony pól pszenicy przed tymi ogromnymi ptakami okazało się jednak coś zupełnie innego: modernizacja ogrodzeń. Podwyższono je i wzmocniono ich konstrukcję. Tym razem emu musiały uznać się za pokonane. I na koniec jeszcze jedna ważna informacja: trzyosobowej reprezentacji 7. Ciężkiej Baterii Królewskiej Artylerii Australijskiej nie przyznano żadnych medali za udział w wojnie z emu. Choć żołnierze uczynili wszystko, co było w ich mocy, by nie wrócić z niej na tarczy...
Polecany artykuł: