• Pierwotnym celem projektu „Manhattan” była III Rzesza, jednak jej kapitulacja sprawiła, że jedynym przygotowanym celem wyznaczonym przez amerykańskie władze stała się Japonia.
• Argumentacja o uratowaniu milionów istnienia ludzkich dzięki uniknięciu bezpośredniej inwazji na Wyspy Japońskie pozostaje do dziś przedmiotem ostrych sporów historycznych.
• Wyścig zbrojeń zapoczątkowany przełamaniem monopolu USA przez ZSRR w 1949 r. trwa do dziś, a brak traktatów ograniczających rozbudowę arsenałów zwiększa ryzyko geopolityczne.
• Republika Południowej Afryki pozostaje jedynym państwem na świecie, które samodzielnie zbudowało broń jądrową, a następnie dobrowolnie i w pełni zlikwidowało cały swój arsenał.
• Rozmieszczanie ładunków jądrowych mocarstw na terytorium państw nieatomowych to obecnie jeden z najbardziej zapalnych punktów w europejskiej geopolityce.
Gdyby III Rzesza wcześniej nie skapitulowała, bomba A spadłaby na Niemcy
Dziś w dyspozycji dziewięciu państw znajduje się tyle tej broni, że wystarczyłoby jej do zniszczenia całego rodzaju ludzkiego. Obecnie uważana jest za fundament pokoju opartego na jądrowym odstraszaniu. 81 lat temu dwie bomby, o marnym potencjale jak na dzisiejsze standardy, przyczyniły się do zakończenia II wojny światowej…
Czy faktycznie atomowe bombardowanie Hiroszimy i Nagasaki sprawiło, że Japończycy postanowili skapitulować? Zdania na ten temat są podzielone. Jeden obóz twierdzi, że tak było – że paradoksalnie dwie bomby A uratowały od śmierci miliony Japończyków i Amerykanów, do której doszłoby w przypadku inwazji na Wyspy Japońskie. Drugi stoi na gruncie odmiennej tezy, uznając argumenty przeciwników za propagandowe.
Odpowiedzialnym za atomowe bombardowanie był Harry Truman. Nie tylko dlatego, że pełnił wówczas urząd prezydenta USA, ale również dlatego, że odrzucił koncepcję grupy naukowców – współtwórców „Chłopczyka” (Little Boy) i „Tłuściocha” (Fat Man).
Warto wiedzieć, że celem projektu „Manhattan” było stworzenie bomb atomowych do bombardowania… III Rzeszy. Testowe odpalenie ładunku A nastąpiło w lipcu, gdy III Rzesza już nie istniała. Bomby jednak powstały. I co miano z nimi uczynić? Schować do tajnych magazynów? Nie – tak się nie robi z czymś, czego wyprodukowanie kosztowało ponad 2 mld ówczesnych dolarów.
Pozostał jeden cel: Japonia. Wojskowi nie mieli wątpliwości: trzeba ich użyć. Naukowcy uważali jednak, że ich siłę można zademonstrować Japończykom bez niszczenia miast i zabijania dziesiątek tysięcy ludzi – na przykład na jakiejś bezludnej wyspie. Zwolennikiem takiego rozwiązania był tzw. Komitet Francka, kierowany przez laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, Jamesa Francka.
Badacze napisali nawet w tej sprawie list do prezydenta Trumana. Naukowcy zrobili swoje, ale politycy nie przejęli się ich wątpliwościami. Trzeba było pokazać potęgę nowej broni nie tylko Japończykom, lecz także jednemu przywódcy z sumiastym wąsem (który i tak już wiedział o pracach nad bombą dzięki swoim szpiegom, z czego w Waszyngtonie nie zdawano sobie sprawy).
Tak czy inaczej: 6 sierpnia 1945 r. zasadniczo zmieniła się architektura geopolityki. Można orzec, że jej możliwości zostały „śmiertelnie zoptymalizowane”.
Dziś jest coraz więcej chętnych do wejścia w posiadanie broni atomowej
Faktycznych i domniemanych. Wbrew temu, co ongiś wypisywano w gazetach, a teraz krąży po internecie, student fizyki nie zbuduje bomby A, choćby był nie wiadomo jak genialny.
Gdy atomowy monopol USA został przełamany w 1949 r. przez Związek Radziecki, rozpoczął się wyścig zbrojeń, do którego z czasem przyłączali się inni „zawodnicy”. W końcówce zimnej wojny nieco go złagodzono, co w wymiarze ewentualnej globalnej wojny jądrowej nie miało jednak większego znaczenia. T
Teraz, gdy de facto nie ma już nawet takich traktatów hamujących, wyścig między jego liderami – USA i Rosją – znów nabrał tempa. Co znaczące: peletonowi wprawdzie daleko do czołówki, ale niektórzy usiłują się z niego wyrwać (vide Chiny).
W zaostrzającej się sytuacji geopolitycznej na świecie, a przede wszystkim w Europie, rysuje się chęć do rozmieszczania ładunków jądrowych jednego z liderów tego wyścigu na terenie państw nieatomowych.
Widoczny jest również casus północnokoreański. KRLD znalazła się w klubie atomowym, dzięki czemu czynnikom zewnętrznym nie jest śpieszno do jakiejkolwiek transformacji ustrojowej w tym kraju. Jednocześnie Szanowny Towarzysz Kim Dzong Un może przedstawiać swój arsenał jądrowy nie tylko jako narzędzie polityki odstraszania, ale także zastraszania.
Dysponenci broni jądrowej będą nią straszyć lub odstraszać. Ważne jest, aby bali się jej użyć i pamiętali o lekcji płynącej z sierpnia 1945 r.
Śmierć była wybawieniem, żywi zazdrościli tym, którzy zginęli natychmiast
To może zabrzmieć okrutnie, wręcz cynicznie, ale taka jest prawda. Nie moja, lecz tych, którzy doświadczyli na sobie skutków atomowych nalotów z 6 i 9 sierpnia. Liczne wspomnienia ukazują, że natychmiastowa śmierć była błogosławieństwem dla dziesiątków tysięcy ludzi. Przeżycie dla pozostałych oznaczało niewyobrażalne cierpienie, które przynosi choroba popromienna.
Nie wiem, czy określenie „choroba” jest tu właściwe. Chorobę – z grubsza rzecz ujmując: dysfunkcję organizmu – wywołują rozmaite patogeny. Medycyna to jednak nie filozofia i w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych to, co spotkało Japończyków w sierpniu 1945 r., widnieje pod symbolem „T66. Nieokreślone skutki promieniowania. Choroba popromienna”.
Definicyjnie: „Choroba popromienna jest zespołem objawów chorobowych pojawiających się wskutek promieniowania jonizującego oddziałującego na organizm ludzki. Występujące symptomy zależą od tego, jaka ilość promieniowania jonizującego została pochłonięta przez organizm, oraz od wieku osoby napromieniowanej”.
Czy da się wyleczyć chorobę popromienną? Nie, to niemożliwe – można jedynie łagodzić jej skutki. W przypadku przewlekłych postaci T66 śmierć następuje najczęściej z powodu chorób krwi bądź nowotworów. Nie każda dawka promieniowania prowadzi do śmierci, ale każda powoduje mniejszą lub większą utratę zdrowia…
Siła eksplozji jądrowej tkwi w promieniowaniu cieplnym, radioaktywnym i fali uderzeniowej
W promieniu ok. 1,5 km od tzw. strefy zero (bomby wybuchły kilkaset metrów nad miastami, co zwiększyło ich niszczycielski zasięg) ponad 90 proc. infrastruktury przestało istnieć. Kto przebywał w tej strefie, nie miał prawa przeżyć.
Osoby znajdujące się najbliżej eksplozji wyparowały – śladem po nich są cienie na schodach i murach, tzw. cienie Hiroszimy. Im dalej od strefy zero (upraszczam, by nie wchodzić w szczegółowe wyjaśnienia z zakresu fizyki), tym dobrodziejstwo natychmiastowej śmierci malało, a wzrastało ryzyko konania na raty z powodu T66.
Polecam lekturze, tym o mocnych nerwach, „Zbiór wspomnień po wybuchu bomby atomowej”. Wspomina Tsunematsu Tanaka:
„Wciąż miałem w plecach kawałki szkła. Codziennie chodziłem nad rzekę, gdzie żona myła mi plecy. Krew była przyschnięta i stwardniała jak smoła, więc żona musiała ją podważać za pomocą igły. Razem z krwią wychodziły odłamki szkła. To wszystko ciągnęło się jeszcze przez tydzień czy dziesięć dni. Myśleliśmy, że pozbyliśmy się wszystkich odłamków, ale gdzieś w okolicach 1955 r. to, co zostało, zaczęło się jątrzyć i dopiero w szpitalu w Sakaimachi operacyjnie je pousuwano (…).
Jeżeli o mnie chodzi, to w 1956 r. coś w rodzaju guza przekształciło się w guz gruźliczy, liczba moich białych krwinek wynosiła 2000, a czasami spadała do 1000. Wcześniej ważyłem 65 kilogramów, ale schudłem jakieś osiem kilogramów. Od lipca 1956 do września 1957 r., czyli przez rok i trzy miesiące, przebywałem w szpitalu Hara w Hatsukaichichō (obecnie aglomeracja Hatsukaichi). Z tego powodu miałem dwuletnią przerwę od pracy…”
Takiego szczęścia w nieszczęściu, jakie było dane panu Tanace, nie miały dziesiątki tysięcy osób, które przeżyły eksplozję bomb A. Szacuje się, że w Hiroszimie do końca 1945 r. życie straciło (łącznie z zabitymi natychmiast) ok. 140 tys. osób, a w Nagasaki – do 80 tys. Ilu mieszkańców straciło zdrowie? Tego nie da się dokładnie wykazać.
Śmierci na raty doświadczyli ci, którzy przeżyli eksplozje, ale przyjęli zbyt dużą dawkę promieniowania, by móc wyzdrowieć. Śmiertelna dawka promieniowania dla człowieka mierzona jest w siwertach (Sv) i zależy od wielu czynników, takich jak tempo ekspozycji oraz ogólny stan zdrowia danej osoby.
Ludzki organizm nie jest mechanizmem złożonym z trybików, w którym da się jednoznacznie wyliczyć, kiedy i co go zniszczy. W medycynie nuklearnej istnieje pojęcie LD50/30. To skrót od „Lethal Dose for 50% of the population within 30 days”.
Określa ono przewidywaną dawkę promieniowania wywołującą śmierć 50 proc. narażonych osób w ciągu 30 dni. W zależności od poziomu napromieniowania wywołuje ono określone skutki w kondycji zdrowotnej ludzkiego organizmu:
• 0,1 Sv (100 mSv) – może zwiększyć ryzyko zachorowania na nowotwory, ale nie powoduje natychmiastowych objawów;
• 1 Sv (1000 mSv) – wywołuje lekką chorobę popromienną z objawami takimi jak nudności i zmęczenie;
• 2–3 Sv – prowadzi do ciężkiej choroby popromiennej z możliwością śmierci w ciągu kilku tygodni bez opieki medycznej;
• 4–6 Sv – z reguły powoduje śmierć u większości narażonych osób (nawet przy leczeniu) ze względu na uszkodzenie szpiku kostnego i układu odpornościowego;
• 6–10 Sv – skutkuje niemal pewną śmiercią w ciągu kilku dni do kilku tygodni, nawet przy intensywnym leczeniu;
• powyżej 10 Sv – śmierć następuje w ciągu kilku godzin lub dni z powodu uszkodzeń układu nerwowego i innych organów.
Grożący użyciem broni jądrowej do realizacji celów politycznych z pewnością zdają sobie z tego sprawę. Choć zapewne uważają, że sto metrów pod ziemią żadna „atomówka” nie wyrządzi im krzywdy…