• Traktat Nowy START wygasł w lutym 2026 r., a wraz z nim limity dla USA i Rosji.
• Aktywne zapasy głowic jądrowych wzrosły z 9308 (2022) do ponad 9745 obecnie.
• Za wzrost zapasów odpowiadają przede wszystkim Chiny, a potem Rosja oraz Indie i KRLD.
Nie ma teraz mechanizmów do globalnej kontroli stanu posiadania
Choć państwa nuklearne ściśle kontrolują własne systemy uzbrojenia, to w skali globalnej brak jest nadrzędnych mechanizmów kontroli stanu posiadania tej broni. Dane są więc szacunkowe. A takie podaje jądrowy cywilny i pozarządowy monitoring. Prowadzi go w świecie kilka uznanych instytucji. Czołowe z nich to:
• SIPRI (Stockholm International Peace Research Institute) i • FAS (Federation of American Scientists). Na podstawie ich danych zmontowałem taką poglądową „statystykę jądrową”.
A zatem obecnie istnieje 12 187 głowic jądrowych. To tzw. całkowity arsenał, bo wliczone są doń głowice wycofane ze służby, czekające na demontaż i te, które mogą być użyte w ciągu kilku minut od wciśnięcia tzw. czerwonego guzika. Takich głowic jest 9745.
Oczywiście bez większego znaczenia dla świata jest to, czy detonowałoby dziewięć czy dwanaście tysięcy ładunków jądrowych różnej mocy. Z tych 9745 głowic będących w gotowości do użycia ponad 4000 jest fizycznie rozmieszczonych w bazach i na ich nosicielach.
A oto zestawienie państw pokazujące jądrowy potencjał. Czynnikiem określającym pozycję w tej klasyfikacji jest wyłącznie to, ile głowic ma dane państwo, a nie jaka jest ich łączna moc.
• Federacja Rosyjska otwiera jądrowy ranking: 4400 głowic aktywnych, 1025 wycofanych, razem: 5420 .
• USA jest na drugim miejscu, odpowiednio: 3700 • 1342 • 5042 .
Następnych atomowych klubowiczów od czołówki dzieli przepaść.
• Chiny mają 620 głowic i zero do „utylizacji” (która jest bardzo złożonym i kosztownym procesem).
• Francja zajmuje 4. miejsce. Ma 290 ładunków i zero do demontażu.
• Wielka Brytania ma 225 aktywnych głowic.
• Indie: 190.
• Pakistan: 170.
• Izrael: 90.
• KRLD – 60.
Przy czym odnośnie tych dwóch ostatnich państw dane mają charakter szacunkowy. Powórzę: uwzględniając je, wychodzi na to, że w sumie w świecie jest 12 187 głowic, z których do tzw. użytku nadaje się 9745 . Przy czym z tej liczby 2100 – 2200 głowic, głównie amerykańskich i rosyjskich, jest utrzymywanych w stanie najwyższej gotowości bojowej (high operational alert). To nic zaskakującego. Na horyzoncie nie widać, by któremuś z pozostałych klubowiczów udało się nawet zbliżyć do liderów, na tzw. rzut kamieniem.
Traktaty dotyczące bronią jądrowej schodzą na plan dalszy?
Nie ma jądrowego rozbrojenia, o którym od czasu do czasu rozpisują się dziennikarze, którym nie chciało się zajrzeć do materiałów SIPRI i FAS. Żyjemy w epoce zbrojeń jądrowych. Żyjemy w czasach, w których porozumienia ograniczające ten wyścig albo już nie istnieją, albo przestaną obowiązywać niebawem, albo ich istnienie poddawane jest ogromnej presji geopolitycznej.
Dość przypomnieć tylko o tym, że amerykańsko-rosyjski Nowy START (New Strategic Arms Reduction Treaty) z 2010 r. wygasł w lutym tego roku. Ograniczał on arsenały strategiczne układających się stron do 1550 rozmieszczonych głowic (bojowych) i do 700 środków ich przenoszenia. Te ustalenia już nie obowiązują.
Co prawda nadal w mocy jest bezterminowy układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (z 1968 r.) podpisany przez 191 państw, ale widać, że i on ulega politycznej erozji. I nie rzecz w tym, że traktatu nigdy nie podpisały Indie, Pakistan i Izrael, a KRLD wycofała się z niego w 2003 r. Rzecz w tym, że większość mocarstw jądrowych zwiększa swój potencjał, a nie go redukuje. A poza tym coraz więcej państw albo chciałoby dołączyć do klubu A, albo też mieć na swoim terytorium składowane głowice jądrowe należące do jego sojusznika…
Chcieć więcej, coraz więcej głowic jądrowych. I po co?
Po to, by jak przeciwnik trafi dziesięcioma, to w rewanżu dołozyć mu dwunastoma? A jak wystrzeli sto, to w odpowiedzi uderzyć go dwustoma głowicami?
Taki jądrowy boks będzie zabójczy także dla kibiców. Z całą pewnością nazajutrz po takiej wymianie ciosów generałowie uważający, że w wojnie jądrowej może być zwycięzca, zmieniliby zdanie.
W 1984 r. po długiej i szerokiej kampanii reklamowej w Programie I TVP wyemitowano amerykański film fabularny „The Day After”, ukazujący skutki wojny jądrowej. Ówczesnej propagandzie i gen. Jaruzelskiemu nie przeszkadzało, że Układ Warszawski w planowaniu wojny z NATO fundamentalnie założył użycie broni jądrowej.
Film Radiokomitet kupił za ciężkie dewizy nie bez przyczyny. Pod koniec 1983 r. Amerykanie zaczęli rozmieszczać w Europie Zachodniej rakiety średniego zasięgu MGM-31B Pershing II oraz pociski manewrujące BGM-109G Gryphon (w odpowiedzi na sowieckie RSD-10 Pionier / SS-20). Cóż, takie były czasy. Film (można go znaleźć w zasobach YouTube) warto obejrzeć, bo twórcy odeszli od pokazywania wojny atomowej w czysto hollywoodzki sposób. Nawet dziś ogląda się go jak... dokument. Ku przestrodze.
Polecany artykuł: