• USA bezskutecznie nakłaniają strony wojny do kompromisu.
• Moskwa nie zamierza rezygnować ze zdobyczy terytorialnych.
• Ukraina jest gotowa negocjować, ale Rosja prezentuje odmienne stanowisko.
• Wysłannicy prezydenta USA mieli zaproponować Putinowi „marchewkę” i „kij”.
• Kreml gra na czas, bo gotuje się do zimowych ataków na ukraińską energetykę.
Z dużej chmury mały deszcz?
Jest za wcześnie, by odpowiedź na to pytanie była twierdząca. Przed zero-jedynkową oceną amerykańskiej misji, która po raz pierwszy (w takim składzie) pojawiła się w Kijowie, hamuje zapowiedź Białego Domu, że szczegóły rozmów w Moskwie mają być upublicznione w tzw. najbliższym czasie. Komunikaty z rozmów z Putinem, tak ze strony amerykańskiej, jak i rosyjskiej, były tyleż lakoniczne, co nic niemówiące.
Być może Biały Dom ma coś więcej do przekazania poza tym, co wiadomo od dawna. To znaczy: Moskwa stawia wiele warunków zakończenia wojny, ale wszystkie zasadzają się na interesie Rosji, a nie na kompromisowym podejściu do problemu, o co apelują amerykańscy rozjemcy. Najważniejsze z nich dotyczą kwestii terytorialnych i politycznych.
Po pierwsze: co było kiedyś ukraińskie, a zostało opanowane przez Rosję i do Federacji przyłączone, w składzie Federacji pozostanie. Po drugie: Ukraina nie stanie się członkiem NATO. I dalej można wymienić kilkanaście innych warunków stawianych przez Putina – bezpośrednio lub pośrednio wynikających z dwóch wyżej wymienionych.
Dyplomatyczne oceny i realne prognozy
Kijów rozmowy z negocjatorami desygnowanymi przez Donalda Trumpa oceniał nader pozytywnie. Nic dziwnego, skoro po raz pierwszy pojawili się w Kijowie, choć od lutego wielokrotnie bywali w Moskwie. „Wyjątkowe”, „obiecujące” – takie padały oceny. Standardowe formuły dyplomatyczne odnoszące się do spotkań, których strony nie rozeszły się „w duchu wzajemnego zrozumienia”. Zresztą te opinie, wygłoszone m.in. przez prezydenta Zełenskiego, nie musiały być kurtuazyjne. Nie ma wątpliwości, że z ukraińskiego punktu widzenia stanowisko rosyjskie jest nie do zaakceptowania (i vice versa).
Dyplomatyczny optymizm prezydenta Ukrainy, wyrażającego wolę przystąpienia do trójstronnych negocjacji, szybko ostudził Pieskow (patrz wyżej). Naturalne jest, że elity polityczne Ukrainy sceptycznie patrzą na przyszłość takiej inicjatywy (wstrzymanej w lutym). Nic dziwnego, że Ołeksandr Mereżko, przewodniczący komisji polityki zagranicznej Rady Najwyższej Ukrainy, w poniedziałek stwierdził:
„Nie oczekuję żadnego przełomu w najbliższym czasie. Sama wizyta jest ważna, ponieważ wysłannicy Trumpa mieli możliwość zobaczyć rzeczywistą sytuację na własne oczy. Być może w pewnym stopniu zmniejszy to ich skłonność do postrzegania świata przez pryzmat kremlowskich narracji” (za agencją prasową Interfax).
Mereżko nie „odkrył Ameryki”, skoro sami wysłannicy prezydenta USA uznali zamrożenie działań wojennych jeszcze w tym roku za możliwe, ale mało prawdopodobne.
Wybór między „marchewką” a „kijem”
Kwestia zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej (negocjacje, zawieszenie broni, negocjacje, zawarcie pokoju) przypomina film puszczany w kółko. Politycy mówią wciąż o tym samym, media wciąż o tym samym informują, dla odświeżenia przekazu publikując mniej lub bardziej sensacyjne wiadomości pochodzące od (najczęściej) chcących zachować anonimowość dobrze poinformowanych źródeł.
Wedle tych przecieków panowie Steve Witkoff i Jared Kushner mieli w Moskwie przekonywać Putina (do tego, by poważnie zaczął myśleć o zakończeniu wojny), używając argumentów biznesowych. Mowa była podobno o wspólnych amerykańsko-rosyjskich projektach ekonomicznych i energetycznych w zamian za ustępstwa wojenne ze strony Kremla. To „marchewka”. A „kijem” miały być ostrzeżenia o możliwych sankcjach ekonomicznych nałożonych przez USA na Federację Rosyjską.
Założyć należy, że Putin przyjął do wiadomości amerykańskie propozycje. I tyle. Na nic więcej nie można było liczyć ze strony Kremla przed zbliżającymi się wyborami do Dumy Państwowej.
Nie dlatego, że Putin obawia się, że jakieś jego jasne deklaracje mogłyby wpłynąć na wynik wyborczy jego partii – Jednej Rosji. Jej porażka jest tak możliwa, jak możliwe jest obecnie uzyskanie w biegu na 100 m czasu poniżej 9 sekund. Putin jest oszczędny w deklaracjach, bo prowadzi grę z USA.
Gra na czas ze strategią do przewidzenia
A ta jest prosta: po co mu teraz zasiadać do rozmów, skoro zmasowanymi atakami za dwa, góra trzy miesiące, na ukraińską infrastrukturę energetyczną może – na to liczy – wytargować lepszą pozycję negocjacyjną.
W jej koszt wliczył zwiększone wydatki na prowadzenie SWO (specjalnej operacji wojskowej według rosyjskiego nazewnictwa), a nawet straty spowodowane odwetowymi atakami ukraińskimi na cele w głębi Rosji.
Te są znaczące, bo ukraińskie drony docierają do zakładów petrochemicznych. Osłabiają zdolności produkcyjne, a że rosyjska maszyneria rosyjskiej petrochemii nie pracuje na rozwiązaniach wyłącznie „Made in Russia”, to Rosjanie muszą się natrudzić, by zdobyć uszkodzone komponenty zachodniej produkcji, formalnie dla Rosji niedostępne.
Rosyjski przemysł petrochemiczny notuje widoczne straty, ale zdają się być one wpisane w rachunek SWO. Są one per saldo mniejsze przez to, że wskutek wojny amerykańsko-irańskiej wzrósł popyt na rosyjskie węglowodory.
Być może Ukraina byłaby w znacznie lepszej sytuacji, a Rosja w znacznie gorszej, gdyby sankcje nie były wprowadzane z opóźnieniem. Stało się. Nie znaczy to, że Rosja ich nie odczuwa.
Rosja dostaje, używając porównań ze sfery boksu, ciosy, ale nie są one nokautujące. Bardziej by je odczuła, gdyby nie było jej ich względnie łatwo obchodzić. Najsłabszym elementem polityki sankcyjnej Zachodu wobec Federacji Rosyjskiej nie są sankcje, ale słabe zabezpieczenia przed ich obchodzeniem.
W przeszłości w tej wojnie padało już wiele dat jej zakończenia. Głównie formułowanych przez Moskwę. 24 lutego 2027 r. minie pięć lat od rozpoczęcia przez Rosję błyskawicznej, kilkunastodniowej SWO. Oby do tego czasu doszło przynajmniej do rozpoczęcia negocjacji Rosja–USA–Ukraina. Przeszkód na drodze do tego celu jawi się co niemiara. I jeszcze jedno: nie należy liczyć, że Putina władzy pozbawi bunt społeczny albo niezadowolenie rosyjskich oligarchów. Takie rzeczy nie w Rosji! Brakuje „leninów” i innych „trockich”. A nwet „jelcynów” próżno szukać...