Nad „Gajowniczkiem” czuwa święty

- Tak sobie pomyślałem: skoro w obozie Auschwitz Franciszkowi Gajowniczkowi, przedwojennemu sierżantowi Wojska Polskiego, życie ocalił święty Maksymilian Maria Kolbe, to i nad nami będzie czuwał. Pomoże w najtrudniejszych momentach. Dlatego zaproponowałem kolegom, żeby nasz Abrams nazywał się „Gajowniczek” – mówi starszy szeregowy specjalista Paweł Żmijewski z 1. Brygady Pancernej z podwarszawskiej Wesołej.

  • Czołgi z 1. Brygady Pancernej z Wesołej mają indywidualne nazwy.
  • Nazwy mają motywować załogi i „wzmacniać moc czołgu”.
  • Jedna z nazw odwołuje się do historii polskiego świętego.

Odwiedzający Warszawskie Targi Obronne mogli zobaczyć sporo najnowocześniejszego sprzętu wojskowego. Na ekspozycji zewnętrznej największe wrażenie robiły: armatohaubica K9, transporter Rosomak. Tłumy oblegały też kolosa na gąsienicach - 63-tonowego Abramsa. Czołg ma 7,9 m długości, 3,7 m szerokości i 2,4 m wysokości. Uzbrojono go w potężną armatę kal. 120 mm.

Najbardziej spostrzegawczy zwiedzający zauważyli, że na końcu armaty wykonano czarny napis „Gajowniczek”. Skąd ta nazwa?

Nazwa „wzmacniająca moc czołgu”:

Czołgi w naszej brygadzie mają indywidualne imiona. Wybierają je załogi. Jest pełna dowolność. Zasada jest tylko taka, że czołgi w każdej kompanii muszą się zaczynać na określoną literę. Jesteśmy siódmą kompanią, więc musieliśmy szukać nazwy na siódmą literę alfabetu, czyli na „G.” – wyjaśnia starszy szeregowy specjalista Paweł Żmijewski.

Żołnierze szukali więc określeń „wzmacniających moc czołgu”. Jest więc „Gustlik”, „Gniew”, „Giewont”, a nawet „Giovanni”.

Paweł Żmijewski chciał, żeby czołg, w którym jest kierowcą miał imię o dużej symbolice.

Jestem głęboko wierzący, więc przyszedł mi na myśl Franciszek Gajowniczek. To przedwojenny sierżant Wojska Polskiego. Trafił do niemieckiego obozu Auschwitz. Został wytypowany na śmierć, ale franciszkanin Maksymilian Maria Kolbe poprosił niemieckiego oficera o to, aby mógł umrzeć zamiast Gajowniczka. Niemiec się zgodził. Pan Gajowniczek przeżył wojnę dzięki wstawiennictwu świętego. Pomyślałem więc sobie, że święty Maksymilian Maria Kolbe i nad nami będzie czuwał, gdy znajdziemy się w najtrudniejszych momentach w walce. Mnie to dodaje siły, czuje się bezpieczniejszy – wyjaśnia żołnierz.

Sam podkreśla, że wiara pozwala przetrwać trudne chwile. Daje nadzieję i nadaje sens pokonywaniu trudności. Zawsze wzmacnia.

Kolegom spodobał się pomysł. Dlatego ich Abrams został „Gajowniczkiem”.

Najważniejsza jest zgrana załoga

Paweł Żmijewski służy w wojsku już dziewięć lat. Od dziecka chciał być żołnierzem, ale wybór wojsk pancernych był przypadkiem.

"Po szkoleniu podstawowym mogliśmy sobie wybrać sobie jednostkę. Jak zobaczyłem czołg – wiedziałem, że to sprzęt dla mnie" – wyjaśnia.

Żołnierz z pasją opowiada o czołgu i swojej funkcji. Doskonale wie, co jest najważniejsze w służbie w wojskach pancernych.

"Mnie w czołgu najbardziej podoba zgranie się załogi. Załoga, która jest zgrana, może zrobić wszystko! To daje niesamowitą moc. Doskonały sprzęt w połączeniu ze zgranymi, rozumiejącymi się ludźmi. W takim przypadku uda się wykonać każde zadanie. My w „Gajowniczku” tacy jesteśmy" – przekonuje.

Sierżant Franciszek Gajowniczek

Franciszek Gajowniczek (1901-1995) był sierżantem Wojska Polskiego. Walczył we wrześniu 1939 r. Dostał się do niemieckiej niewoli, z której uciekł. Przez Węgry planował przedrzeć się do Francji i tam wstąpić w szeregi odtwarzanych polskich oddziałów. W styczniu 1940 r. w Poroninie został złapany przez Niemców i osadzony w więzieniu w Zakopanem, następnie w Tarnowie. We wrześniu 1940 r. trafił do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Otrzymał numer obozowy 5659.

W lipcu 1941 r. zbiegł jeden z więźniów z bloku, w którym osadzono Gajowniczka. Niemcy zastosowali wtedy standardową karę. Wybierali przypadkowych 10 więźniów z tego samego bloku i skazywali ich na śmierć głodową w celi śmierci.

Jednym ze wskazanych był Franciszek Gajowniczek. Kiedy głośno płakał, mówiąc, że musi przeżyć, bo ma na utrzymaniu rodzinę, wówczas z szeregu wystąpił ojciec Maksymilian Maria Kolbe i poprosił o to, aby mógł umrzeć w zamian za współwięźnia. Ku zdumieniu wszystkich zgodził się na to - kierujący wybiórką - SS-Lagerführer Karl Fritzsch, zastępca komendanta obozu.

Franciszek Gajowniczek przeżył wojnę. Zmarł w 1995 r. Został pochowany na cmentarzu zakonnym w Niepokalanowie, w którym służył święty Maksymilian Kolbe.

Abramsy w Poznaniu
Portal Obronny SE Google News