Europa podwaja produkcję Stingerów. Polska ma własną odpowiedź

Raytheon chce podwoić światową produkcję pocisków Stinger i po raz pierwszy oprzeć jej znaczną część na europejskich zakładach. Układy naprowadzania mają powstawać w Niemczech, inne podzespoły w Holandii, gdzie zaplanowano także końcowy montaż i testy. To odpowiedź na popyt po wojnie w Ukrainie, ale również sygnał dla Polski: w segmencie przenośnej obrony powietrznej liczy się dziś nie tylko skuteczny pocisk, lecz przede wszystkim zdolność do jego masowej produkcji.

Żołnierze wystrzeliwują pocisk Stinger. O produkcji tych rakiet w Europie przeczytasz na SE Portal Obronny.
Autor: Staff Sgt. John Yountz/U.S. Army / Materiały prasowe
  • Raytheon zapowiada podwojenie globalnych zdolności produkcyjnych Stingerów.
  • Diehl Defence ma wytwarzać w Niemczech sekcję naprowadzania pocisku.
  • Końcowy montaż i testy nowych Stingerów zostaną ulokowane w Holandii.
  • USA przygotowują następcę Stingera, a Polska rozwija własną rodzinę Piorun.

Stinger wraca do Europy

Raytheon poinformował, że rozbudowa produkcji FIM-92 Stinger będzie oparta na współpracy z europejskimi zakładami. Niemiecki Diehl Defence otrzyma zadanie wytwarzania sekcji naprowadzania oraz pozyskiwania części podzespołów od dostawców z Europy. Holenderskie firmy mają produkować kolejne duże zespoły rakiety, a w Holandii zostaną ulokowane końcowy montaż, testy i kompletowanie pocisków.

To istotna zmiana w programie, który przez lata był kojarzony przede wszystkim z amerykańską bazą przemysłową. Stinger pozostaje uzbrojeniem szeroko wykorzystywanym w NATO, lecz obecnie jego produkcja ma zostać mocniej zakotwiczona po europejskiej stronie Atlantyku. Według RTX system jest używany przez 24 państwa, w tym dziesięciu członków Sojuszu.

Nie jest to jednak klasyczny transfer pełnej technologii do jednego europejskiego producenta. Raytheon zachowuje rolę integratora i właściciela systemu, a produkcja zostaje rozdzielona pomiędzy kilka państw. Z punktu widzenia bezpieczeństwa dostaw oznacza to większą odporność niż w przypadku jednej linii w USA, ale nadal wymaga sprawnego działania transatlantyckiego łańcucha kooperacyjnego.

Wojna pokazała, że zapas znika szybciej niż fabryka go odbudowuje

Powrót Stingera do europejskich fabryk nie wynika z nagłego odkrycia zalet konstrukcji wprowadzonej do służby ponad cztery dekady temu. Przyczyną jest przede wszystkim skala zużycia amunicji oraz tempo opróżniania magazynów po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny w Ukrainie.

Przenośne zestawy przeciwlotnicze okazały się potrzebne nie tylko do zwalczania śmigłowców i samolotów operujących na małej wysokości. W coraz większym stopniu są traktowane także jako jeden z elementów obrony przed bezzałogowcami i pociskami manewrującymi. Nie zastąpią systemów krótkiego i średniego zasięgu, ale mogą być rozproszone między pododdziały i chronić wojska, stanowiska dowodzenia, logistykę oraz wybrane obiekty infrastruktury.

Problem polega na tym, że rakieta może zostać wystrzelona w ciągu kilku sekund, natomiast odbudowanie zużytego zapasu zajmuje lata. Po 2022 roku Stinger stał się jednym z najbardziej czytelnych przykładów zachodniego kryzysu produkcyjnego: linie były przygotowane do niewielkich zamówień, część komponentów zdążyła się zestarzeć, a dostawcy nie byli gotowi na szybki powrót do dużych serii.

W 2024 roku natowska agencja NSPA podpisała w imieniu kilku państw kontrakt na Stingery o wartości blisko 700 mln dolarów. RTX informował wówczas, że zamówienie pozwoli utrzymać produkcję do 2029 roku. Obecna decyzja o ulokowaniu większej części prac w Europie pokazuje, że popyt nie jest już traktowany jako krótkotrwały efekt pierwszych lat wojny, lecz jako zadanie na kolejną dekadę.

Europa kupuje dzisiejszy pocisk, USA szykują jego następcę

Najciekawszy element tej historii pojawia się po drugiej stronie Atlantyku. W czasie gdy europejskie zakłady przygotowują się do zwiększenia produkcji Stingerów, US Army rozwija Next Generation Short Range Interceptor, czyli NGSRI. Nowy pocisk ma zastąpić FIM-92, zachowując możliwość użycia z istniejących lub rozwijanych wyrzutni.

Amerykańskie dokumenty wskazują skalę sięgającą około 11 tys. pocisków i 2200 zespołów startowych w perspektywie dziesięciu lat. Rozpoczęcie produkcji planowane jest od roku budżetowego 2028. NGSRI ma być przenośnym systemem typu „odpal i zapomnij”, przeznaczonym do zwalczania śmigłowców, samolotów i większych bezzałogowców.

O kontrakt konkurują RTX i Lockheed Martin. Oznacza to, że rozbudowa produkcji Stingera nie musi być zapowiedzią jego służby przez następne czterdzieści lat. Bardziej prawdopodobny jest okres przejściowy, w którym obecna konstrukcja będzie odbudowywać zapasy państw NATO, a równolegle Stany Zjednoczone rozpoczną wprowadzanie nowego efektora.

Dla europejskich odbiorców rodzi to pytanie o moment zakupu. Stinger jest dostępny, sprawdzony i kompatybilny z istniejącym wyposażeniem, lecz znajduje się pod koniec technologicznego cyklu życia. NGSRI ma oferować większe możliwości, ale jego produkcja, cena, tempo dostaw i warunki eksportu pozostają jeszcze niewiadomą. W obronie powietrznej nie da się jednak czekać na idealny system, gdy magazyny trzeba uzupełnić teraz.

Polska nie musi wybierać między Stingerem a pustym magazynem

Z polskiej perspektywy najważniejsze jest to, że Warszawa posiada własny system tej klasy i utrzymała kompetencje potrzebne do jego rozwijania. Piorun nie jest jedynie krajowym odpowiednikiem zagranicznego produktu. Stał się eksportowym uzbrojeniem, którego przewagą jest również produkcja ulokowana w Polsce.

MESKO poinformowało w 2025 roku o wyprodukowaniu trzytysięcznego zestawu Piorun. Spółka deklarowała także dążenie do osiągnięcia zdolności produkcji 2 tys. zestawów rocznie. Dla Sił Zbrojnych RP realizowany jest kontrakt obejmujący 3500 pocisków i 600 mechanizmów startowych, a system został zamówiony również przez kolejnych odbiorców zagranicznych.

W 2025 roku Belgia kupiła 40 systemów Piorun wraz z pociskami, szkoleniem i wymianą doświadczeń. Pierwszy zestaw trafił do belgijskiego pułku operacji specjalnych pod koniec tego samego roku. To przykład, że państwa NATO nie są skazane na wybór wyłącznie pomiędzy produktami największych amerykańskich koncernów.

Nie oznacza to, że Polska powinna ignorować program NGSRI albo rozwój europejskiej produkcji Stingera. Przeciwnie, należy obserwować nowe sensory, odporność na zakłócenia, możliwości zwalczania dronów i integrację z wyrzutniami pojazdowymi. Równocześnie jednak polski przemysł powinien wykorzystać kilka lat, zanim następca Stingera wejdzie do dużej produkcji, aby przyspieszyć rozwój kolejnej generacji Pioruna.

Najgorszym rozwiązaniem byłoby uznanie obecnego sukcesu za gwarancję przewagi na przyszłość. Rynek MANPADS szybko się zmienia, a wymagania wynikające z wojny obejmują już nie tylko klasyczne cele lotnicze, lecz także małe bezzałogowce, środki o obniżonej sygnaturze i masowe ataki prowadzone na różnych pułapach.

Najważniejszy jest nie pocisk, lecz zdolność jego odtwarzania

Europeizacja produkcji Stingera jest korzystna dla NATO, ponieważ skraca część łańcucha dostaw i zwiększa liczbę zakładów zdolnych do realizacji zamówień. Jednocześnie pokazuje, jak długo trwa odbudowa kompetencji, które wcześniej uznano za mniej potrzebne. Produkcja uzbrojenia nie może być uruchamiana dopiero wtedy, gdy magazyny są już puste.

Polska ma w tym obszarze rzadką przewagę: własny produkt, zakład produkcyjny, zamówienia krajowe i rosnącą bazę odbiorców eksportowych. To jednak dopiero punkt wyjścia. Potrzebne są zapasy komponentów, alternatywni dostawcy, automatyzacja, większe serie i rozwój następcy obecnego Pioruna.

Stinger wraca do Europy, ponieważ wojna przypomniała, że nawet stosunkowo prostych pocisków przeciwlotniczych nie da się szybko wyprodukować w dowolnej liczbie. Dla Polski lekcja jest czytelna. Nie wystarczy mieć dobrą rakietę. Trzeba jeszcze umieć wytwarzać ją szybciej, niż potencjalny konflikt będzie ją zużywał.

Portal Obronny SE Google News