Burza wokół Nuclear Sharing. Komunikacyjny chaos

Władysław Kosiniak-Kamysz, wicepremier i minister obrony narodowej, jednoznacznie podkreślił w czwartek (27 sierpnia) wieczorem, że Polska jest niezmiennie zainteresowana udziałem w programie NATO Nuclear Sharing. Deklaracja ta nastąpiła po wcześniejszych, pozornie sprzecznych wypowiedziach wiceszefa MON, Pawła Zalewskiego, który początkowo wykluczał obecność głowic nuklearnych na polskim terytorium, by później doprecyzować, że Polska właśnie uzyskała możliwość udziału w programie DCA (Dual Capabilities Airborne), stanowiącym wstęp do Nuclear Sharing, lecz bez składowania broni nuklearnej. Cała sytuacja wywołała ożywioną dyskusję wskazując na złożoność polskiej polityki odstraszania w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego.

W czwartek (27 sierpnia) rano w Brukseli wiceszef MON, Paweł Zalewski, spotkał się ze swoim amerykańskim odpowiednikiem, Elbridge'em Colbym. Rozmowy dotyczyły kluczowych kwestii związanych ze wzmocnieniem Sojuszu Północnoatlantyckiego poprzez realizację planu NATO 3.0, a także potencjalnych miejsc stałego stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce. Kiedy Zalewski został zapytany o możliwość objęcia przez przyszłą obecność wojskową USA w Polsce zdolności nuklearnych, jego odpowiedź była kategoryczna: 

„Nie. Chciałbym to powiedzieć bardzo jasno i otwarcie. Polska nie chce mieć głowic nuklearnych na swoim terytorium”.

Dodał jednocześnie, że Polska pragnie być częścią nuklearnego odstraszania NATO, jednak bez fizycznej obecności głowic na jej ziemi. Ta początkowa wypowiedź wywołała pewne zamieszanie i spekulacje na temat faktycznego stanowiska polskiego rządu w tak wrażliwej kwestii.

Wieczorem tego samego dnia, wiceszef resortu obrony postanowił doprecyzować swoje słowa za pośrednictwem platformy X. Opublikował wpis, w którym wyjaśnił: „Polski rząd właśnie uzyskał możliwość udziału w programie DCA (przyp. red. Dual Capabilities Airborne), który jest wstępem do Nuclear Sharing. Ale to nie oznacza składowania broni nuklearnej w Polsce. To nie jest ani możliwe, ani pożądane”. Ta korekta miała na celu rozwianie wątpliwości i wskazanie na bardziej złożony mechanizm zaangażowania Polski w nuklearne odstraszanie NATO, który niekoniecznie wiąże się z magazynowaniem broni jądrowej na własnym terytorium. Program DCA jest kluczowym elementem umożliwiającym państwom członkowskim NATO przygotowanie swoich sił powietrznych do przenoszenia broni jądrowej, nawet jeśli same nie posiadają własnego arsenału.

Jak można było się spodziewać słowa wiceministra Zalewskiego wywołały polityczną burze były minister obrony Mariusz Błaszczak na platformie X napisał: "Wiceszef MON Paweł Zalewski mówi, że Polska nie chce mieć na swoim terytorium głowic nuklearnych, ale jednocześnie chce być częścią nuklearnego odstraszania NATO. Tylko że w praktyce oznacza to rezygnację z udziału Polski w Nuclear Sharing". Jak wyjaśnił były minister:

"Na tym właśnie polega ten program: państwa uczestniczące przygotowują infrastrukturę, procedury i środki przenoszenia do użycia amerykańskiej broni jądrowej, która w ramach mechanizmu może znajdować się na ich terytorium. Nie da się wiarygodnie deklarować wejścia Polski do Nuclear Sharing i jednocześnie z góry wykluczać obecności głowic - choćby czasowej".

Jak podkreślił poseł Błaszczak na X:

"Polska powinna zabiegać o pełnoprawny udział w Nuclear Sharing. To nie jest kwestia posiadania przez Polskę własnej broni jądrowej, lecz wzmocnienia nuklearnego odstraszania NATO na wschodniej flance. Im większa niepewność potencjalnego agresora co do możliwości odpowiedzi Sojuszu, tym mniejsze ryzyko ewentualnego ataku. Nuclear Sharing zwiększałby polski potencjał odstraszania i wzmacniał bezpieczeństwo całego regionu. Nie potrzebujemy odstraszania wyłącznie w deklaracjach. Potrzebujemy realnych zdolności".

Do kwestii tej odniósł się również szef MON, Władysław Kosiniak-Kamysz, również za pośrednictwem platformy X, by jasno wyjaśnić jakie jest stanowisko Polski. Jego komunikat był zdecydowany i miał na celu ugruntowanie oficjalnego stanowiska rządu. Podkreślił: „Rozwiewając wszelkie wątpliwości: Polska jest niezmiennie zainteresowana udziałem w programie NATO Nuclear Sharing”. Dodał także, że Polska prowadzi rozmowy dotyczące propozycji uczestnictwa w europejskim nuklearnym parasolu ochronnym, co wskazuje na wielowymiarowe podejście do kwestii bezpieczeństwa nuklearnego. Kosiniak-Kamysz zaznaczył, że „Stanowisko naszego rządu jest w tych kwestiach jednoznaczne”, próbując tym samym zakończyć debatę na temat rzekomych sprzeczności w komunikacji.

Sprzeczne komunikaty czy precyzowanie stanowiska?

Sytuacja z czwartkowych wypowiedzi wywołała dyskusję na temat spójności komunikacji w kwestiach obronności. Czy były to sprzeczne komunikaty, czy raczej precyzowanie złożonego stanowiska, które wymagało wyjaśnienia niuansów? Na wypowiedź Zalewskiego zareagował również szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej, Marcin Przydacz. Podkreślił on na X, że 

„Polska konsekwentnie od lat deklarowała i nadal deklaruje gotowość do ponoszenia większej odpowiedzialności za politykę odstraszania realizowaną przez NATO, w tym w domenie nuklearnej. Kolejne polskie rządy zgłaszały gotowość naszego kraju do udziału w programie Nuclear Sharing”. 

Krytycznie do początkowej wypowiedzi Zalewskiego odniósł się również gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego i były wiceszef resortu obrony. Ocenił, że „Publiczna deklaracja przedstawiciela rządu, że Polska NIE CHCE mieć głowic nuklearnych na swoim terytorium to niezrozumiały błąd strategiczny w dziedzinie odstraszania. BJ (przyp. red. broni jądrowej) nie musimy mieć u siebie, ale powinniśmy móc ją mieć i to właśnie ma wiedzieć Putin”. W jego ocenie, takie deklaracje mogą osłabiać pozycję negocjacyjną i odstraszającą Polski w kontekście międzynarodowym.

W późniejszym wpisie, generał Koziej zauważył, że może chodzi o to, że:

"„NIE CHCE” oznacza, że w prowadzonych negocjacjach Polska nie domaga się tego (z uwagi na negatywne stanowisko USA) i oferuje inne formy udziału w Nuclear Sharing. Ale i tak wykluczenie z góry takiej opcji to osłabienie reakcji na rosyjską doktrynę użycia taktycznej broni jądrowej" 

Potwierdził to także wiceminister Zalewski, który w odpowiedzi na wpis Sebastiana Meitza, który pytał "dlaczego składowanie broni nuklearnej na terytorium Polski jest Pańskim zdaniem niemożliwe?" Wiceminister napisał: 

"Nie jest możliwe, bo USA nie chcą jej umieścić w Polsce. Nie jest pożądane, bo to jest broń, o której użyciu decyduje właściciel, gdy ryzyko ponosi kraj, na którego terenie jest składowana. Realny i pożądany jest udział w nuclear sharing bez składowania broni".

Warto tutaj jednak nadmienić, że na początku czerwca „Financial Times” informował, że Stany Zjednoczone prowadzą rozmowy na temat rozszerzenia obecności broni jądrowej w Europie. Chodzi o umożliwienie dodatkowym państwom NATO przyjmowania samolotów zdolnych do przenoszenia zarówno broni konwencjonalnej, jak i nuklearnej, czyli tzw. dual-capable aircraft (DCA). Amerykańscy oficjele wyrazili otwartość na rozszerzenie dotychczasowych rozwiązań poza sześć europejskich krajów, które obecnie uczestniczą w programie Nuclear Sharing Sojuszu. Według doniesień gazety wśród potencjalnych nowych lokalizacji wymieniane są zwłaszcza Polska i państwa bałtyckie, które mogłyby stać się miejscami bazowania samolotów DCA. 

Jednakże mówi się także, że technicznie wzrost arsenału w Europie mógłby polegać na zwiększeniu zapasów w państwach już uczestniczących w programie Dual Capable Aircraft, rozłożeniu ich na większą liczbę baz, czy odtworzeniu części infrastruktury z czasów zimnej wojny. Sekretarz generalny NATO Mark Rutte w niedawnym wywiadzie dla Niemieckiej Agencji Prasowej nie wykluczył możliwości, że w przyszłości w Europie zostaną rozmieszczone kolejne amerykańskie głowice nuklearne. Tomáš A. Nagy z Future Security and Defense Council (FSDC) w swojej analizie na łamach TVP World zwraca uwagę, że przy utrzymaniu dotychczasowych baz Stany Zjednoczone mogłyby zwiększyć liczbę głowic B61-12 nawet w ciągu tygodni lub miesięcy. Nowe rozwiązania bazowe z obecnymi partnerami DCA zajęłyby znacznie więcej czasu, a pełne rozmieszczenie w nowych państwach członkowskich, takich jak Polska, w trakcie obecnej administracji "wydaje się trudne do zrealizowania" zauważa autor. W tekście pojawia się też ostrzeżenie, że administracja Trumpa, dążąc do wywarcia wpływu na Kreml w kluczowych kwestiach, mogłaby jednocześnie zaniechać z rozmieszczenia głowic w nowych państwa zwłaszcza wschodniej flanki jak Polska by denerwować Rosji, która by zapewne zwiększyła liczebność swoich głowic w regionie i jednocześnie mówiła o eskalacji ze strony USA i NATO. 

Czym jest program NATO Nuclear Sharing?

Aby w pełni zrozumieć kontekst dyskusji, warto przyjrzeć się bliżej samemu programowi NATO Nuclear Sharing. Jest to inicjatywa NATO, w ramach której Stany Zjednoczone rozmieszczają broń jądrową na terytoriach wybranych państw członkowskich, które same nie posiadają własnego arsenału nuklearnego. Obecnie w programie tym uczestniczą Niemcy, Włochy, Holandia, Belgia i Turcja. Głównym celem jest wzmocnienie kolektywnej obrony i odstraszania w ramach Sojuszu. Polska, obok innych państw, już teraz uczestniczy w programie wsparcia SNOWCAT (Support of Nuclear Operations With Conventional Air Tactics), zapewniając konwencjonalne wsparcie dla misji jądrowych.

W ramach Nuclear Sharing mowa jest o amerykańskich bombach grawitacyjnych rodziny B61, które w czasie pokoju pozostają pod wyłączną kontrolą i dozorem Stanów Zjednoczonych. Ich ewentualne użycie wymagałoby złożonej decyzji politycznej, podejmowanej w ramach natowskiej Grupy Planowania Nuklearnego, a także zgody prezydenta USA oraz państwa-gospodarza. Dopiero po spełnieniu tych warunków ładunki mogłyby zostać przekazane sojuszniczym samolotom podwójnego przeznaczenia, zdolnym do przenoszenia zarówno konwencjonalnej, jak i nuklearnej broni. Państwa uczestniczące w programie zapewniają odpowiednie samoloty oraz przeszkolonych pilotów, gotowych do wykonania misji. Zarówno arsenał nuklearny, jak i lotnictwo zaangażowane w program, podlegają ciągłej modernizacji. Starsze bomby są zastępowane precyzyjną wersją B61-12, a samoloty takie jak F-16 czy Tornado są stopniowo zastępowane przez nowoczesne myśliwce F-35A. Według szacunków organizacji pozarządowych, takich jak Federation of American Scientists, w Europie składowanych jest około 100 amerykańskich bomb B61.

Polskie aspiracje

Temat dołączenia Polski do Nuclear Sharing nie jest nowy, jednak nabrał szczególnego znaczenia po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę w 2022 roku oraz w odpowiedzi na rozmieszczenie rosyjskiej broni jądrowej na Białorusi. Polscy przywódcy, w tym ówczesny prezydent Andrzej Duda, wielokrotnie deklarowali gotowość Polski do przyjęcia na siebie większej odpowiedzialności za bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO. Zwolennicy tego rozwiązania podkreślają przede wszystkim, że obecność amerykańskiej broni jądrowej na polskim terytorium wzmocniłaby potencjał odstraszania, wysyłając Moskwie jednoznaczny sygnał o determinacji Sojuszu w obronie każdego centymetra swojego terytorium. Jednocześnie głębsza integracja w ramach polityki nuklearnej NATO zwiększyłaby wiarygodność sojuszniczą, zacieśniając więzi ze Stanami Zjednoczonymi i wzmacniając pozycję Polski w strukturach Sojuszu. Jest to także postrzegane jako symetryczna odpowiedź na działania Rosji – militaryzację regionu przez Kreml, w tym groźby nuklearne i fizyczne przemieszczenie głowic. 

Przystąpienie Polski do Nuclear Sharing nie musi jednak automatycznie oznaczać stałego stacjonowania głowic jądrowych na jej terytorium w czasie pokoju. istnieje kilka możliwych scenariuszy. Jednym z nich jest pełne uczestnictwo w formie hostingu, polegające na rozmieszczeniu bomb B61 w wyznaczonych i specjalnie zabezpieczonych bazach na terenie Polski. Inną możliwością pozostaje certyfikacja samolotów i personelu – przystosowanie polskich myśliwców F-35 do przenoszenia bomb B61-12 oraz przeszkolenie pilotów do wykonywania takich misji, bez stałej obecności broni w kraju w tym wariancie broń mogłaby zostać przetransportowana do Polski dopiero w sytuacji bezpośredniego zagrożenia wojną. Trzecim scenariuszem jest zwiększenie roli Polski w procesach decyzyjnych i planistycznych Grupy Planowania Nuklearnego NATO, co dałoby Warszawie większy wpływ na strategię jądrową Sojuszu poprzez udział w planowaniu i konsultacjach. Na ten moment wydaje się, że najbardziej prawdopodobną i dyskutowaną opcją jest właśnie certyfikacja polskich F-35, która jest postrzegana jako forma pośrednia, która mogłaby być wstępem do czasu zbudowania odpowiedniej infrastruktury.  

Prof. Antoni Dudek o nuclear sharing i wyborach do PE