- Amerykański lotniskowiec Gerald R. Ford zawinie do portu na Krecie po pożarze, który wybuchł na jednostce.
- Pożar, który miał miejsce w pralni, nie był związany z działaniami zbrojnymi, a napęd okrętu pozostał sprawny.
- W wyniku pożaru dwóch marynarzy otrzymało pomoc medyczną, a niemal 200 wymagało pomocy z powodu zadymienia.
Do zdarzenia doszło 12 marca, gdy okręt operował na Morzu Czerwonym, wspierając amerykańskie działania militarne w regionie Bliskiego Wschodu. Oficjalny komunikat US Navy informował o pożarze w okrętowej pralni, który nie był związany z działaniami bojowymi. Zapewniano, że napęd atomowy nie został uszkodzony, a jednostka pozostaje w pełni sprawna. Początkowo mówiono o dwóch marynarzach, którzy odnieśli lekkie obrażenia.
Jednak z biegiem dni na jaw zaczęły wychodzić nowe, niepokojące informacje. Agencja Reutera, powołując się na źródła w administracji USA, podała, że pomocy medycznej w związku z zadymieniem mogło wymagać nawet 200 marynarzy. Dziennik "New York Times" donosił z kolei, że walka z ogniem trwała nie kilka, a ponad 30 godzin. W wyniku pożaru i akcji gaśniczej swoje koje miało stracić ponad 600 członków załogi, którzy zostali zmuszeni do spania na stołach i podłogach w prowizorycznych warunkach. Sytuacja była na tyle poważna, że jednego z poszkodowanych ewakuowano z pokładu śmigłowcem. W odpowiedzi na kryzys, na pokład dostarczono około tysiąca materacy, pierwotnie przeznaczonych dla nowszego lotniskowca USS John F. Kennedy (CVN-79).
Przymusowy postój na Krecie i pytania o sabotaż
W związku z incydentem i koniecznością dokonania napraw, lotniskowiec Gerald R. Ford został skierowany do bazy morskiej NATO w Zatoce Suda na greckiej Krecie. Oficjalnym celem postoju jest uzupełnienie zapasów i odpoczynek dla załogi, jednak głównym zadaniem będzie ocena zniszczeń i przeprowadzenie niezbędnych napraw. Nie wiadomo, jak długo potrwa cumowanie w Grecji.
Incydent zbiegł się w czasie z narastającym napięciem na pokładzie, związanym z przedłużającą się misją. Okręt przebywa na morzu już ponad dziewięć miesięcy, a załoga została poinformowana o możliwym przedłużeniu służby do maja, co oznaczałoby spędzenie na morzu niemal roku. To sprawia, że USS Gerald R. Ford jest na drodze do pobicia rekordu długości misji amerykańskiego lotniskowca od czasów wojny w Wietnamie. Grecki dziennik "Kathimerini" wysunął nawet hipotezę, że pożar mógł być aktem sabotażu ze strony zdesperowanych członków załogi, którzy chcieli w ten sposób wymusić przerwanie misji. Amerykańska armia oficjalnie nie potwierdziła tych doniesień, ale wszczęto dochodzenie w celu zbadania przyczyn pożaru.
Wyczerpująca misja i problemy techniczne
Lotniskowiec Gerald R. Ford wraz ze swoją grupą uderzeniową od miesięcy odgrywa kluczową rolę w projekcji siły USA na Bliskim Wschodzie, w kontekście napięć z Iranem i jego sojusznikami. Pierwotnie, po operacjach na Morzu Karaibskim, okręt miał wracać do macierzystego portu w Norfolk. Jednak w związku z eskalacją konfliktu na Bliskim Wschodzie, został pilnie skierowany na Morze Czerwone.
Tak długa i intensywna służba odbija się na stanie technicznym najnowocześniejszego okrętu US Navy. Jeszcze przed pożarem media informowały o chronicznych problemach z systemem kanalizacyjnym. Zapychające się toalety i rury wymagały regularnego, kosztownego czyszczenia kwasem, które można przeprowadzić jedynie w porcie. Jak pisał "Wall Street Journal", po takim okresie na morzu sprzęt zaczyna się psuć, a planowane prace konserwacyjne i modernizacje muszą być przekładane. Emerytowany admirał John F. Kirby przyznał, że nie można tak długo i intensywnie eksploatować statku, oczekując, że zarówno on, jak i załoga będą działać na pełnych obrotach.