- 1. Batalion Szturmowy z Dziwnowa był jednostką przygotowywaną do działań dywersyjnych na tyłach wroga, co wymagało morderczych, realistycznych ćwiczeń.
- Komandosi otrzymywali nowoczesny sprzęt i doskonałe wyżywienie, a w ramach szkoleń ćwiczyli przetrwanie w trudnych warunkach.
- Przełożeni przymykali oka na to, że komandosi urządzali bimbrownie w koszarach i często prowokowali burdy z cywilami.
– Zarówno Układ Warszawski, jak i NATO przygotowywały specoddziały do niszczenia celów o wysokim znaczeniu oraz pozyskiwania kluczowych danych rozpoznawczych. My mieliśmy być przerzucani do krajów Europy Zachodniej, a nasze „cienie” z NATO planowały działania na terenie Polski i innych krajów wschodniej strony Żelaznej Kurtyny. Trzecia wojna światowa nie wybuchła tylko dlatego, że obie strony dysponowały porównywalnymi środkami bojowymi, więc żadna nie miała pewności pokonania przeciwnika – przekonuje płk w st. spocz. Witold Brzozowski, kiedyś szef sztabu 1. BSz. Do jednostki w Dziwnowie trafił jako dowódca grupy specjalnej w 1971 r.
Idealna baza dla komandosów
– Gdy przyjechaliśmy do Dziwnowa, poniemieckie koszary stały zaniedbane. Na placach i drogach rosły chaszcze, budynki trzeba było doprowadzać do porządku – przed laty opowiadał st. chor. Tadeusz Nowak, jeden z pierwszych żołnierzy batalionu.
– Ale dla jednostki specjalnej miejsce było idealne. Koszary otoczone przez wodę i grzęzawiska, lądowisko, możliwość wyjścia w morze i na wody śródlądowe, a do tego strzelnica na terenie obiektu. Teren był wyludniony, od miasta dzieliła nas szeroka rzeka, co pozwalało zachować dyskrecję – dodawał st. sierż. sztab. Franciszek Pozorski.
Komandosi dostawali najnowsze wyposażenie. Jako jedni z pierwszych otrzymali pistolety P–64 i pistolety maszynowe PM–63 „Rak”, mieli noktowizory oraz tłumiki dźwięku. Każdy z żołnierzy posiadał też niewielką radiostację umożliwiającą łączność wewnątrz grupy.
Przetrwać na tyłach wroga
– Nasze szkolenie było ciężkie i realistyczne. Nie brakowało nam środków pozoracji pola walki oraz amunicji – przekonuje st. chor. sztab. Zbigniew Jeszka, od 1975 r. do 1987 r. dowódca grupy specjalnej, potem plutonu płetwonurków bojowych, płetwonurek klasy mistrzowskiej, obecnie szef Ośrodka Sportów Wodnych w Dziwnowie.
Programy szkoleniowe przewidywały dynamiczne strzelania i naukę tworzenia improwizowanych ładunków wybuchowych – czyli konstruowania bomb z substancji znalezionych w kuchni czy garażu.
Szkolenie było mordercze, a najgorsze okazywały się zimowe przetrwania w terenie.
– Grupy: moją i Tadeusza Nowaka zrzucili kiedyś na spadochronach w lasy niedaleko Gorzowa Wielkopolskiego. Mróz –20 stopni. Cały nasz prowiant to było 20 jaj, które szybko zamarzły, cztery cebule i kostka masła. Najpierw na patelni roztopiliśmy masło, potem rozmroziliśmy cebule, a na końcu jajka – wspomina Janusz Tomczak. To był jedyny żołnierz w Dziwnowie, który miał prawo fotografować działania żołnierzy. Jego zdjęcia można zobaczyć w galerii.
Obrona przed sołtysem z widłami
W ramach nauki nawiązywania kontaktu między grupą specjalną a agentem działającym na terenie przeciwnika ćwiczono przekazywanie sprzętu i żywności.
– Raz rozkazano nam przejąć dostawę jedzenia. Dotarliśmy w umówione miejsce na skrzyżowaniu leśnych dróg. Powoli podjechał samochód, z którego wyrzucono dwie żywe kury. Najpierw musieliśmy je złapać w lesie, a potem przygotować obiad – opowiadał st. chor. Władysław Sularz.
Spadochroniarzy poszukiwali też miejscowi.
– Kiedyś podczas desantu na wyspę Wolin milicja poinformowała miejscową ludność, że odbędzie się tam zrzut szpiegów, a każdy, kto wskaże obcego, dostanie nagrodę – wspominał Władysław Sularz.
– Takie angażowanie cywilów było standardem. Zmuszało nas do większej czujności, a dla nich stanowiło element ćwiczeń przeciwdywersyjnych. Dlatego kiedyś po lądowaniu na polu, uzbrojony w widły, zaatakował mnie sołtys wioski, nad którą nas zrzucono. Był starym frontowcem. Wiedział, jak mnie podejść – opowiadał st. sierż. Jan Dejnarowicz, w czasie służby w Dziwnowie m.in. dowódca grupy specjalnej.
Obiekt uznawano za „wysadzony”, gdy żołnierze okleili go wskazanymi, specjalnymi kartkami.
Grupa Franciszka Pozorskiego miała opóźniać przemarsz „wrogiej” dywizji pancernej.
– Porwaliśmy żołnierza, który na skrzyżowaniu kierował ruchem. Jeden z naszych przebrał się w jego mundur i sam wskazywał drogę transportów. Dzięki temu czołgi rozjechały się w różnych kierunkach – ujawnia Jerzy Pawlak.
Z pustakami w plecaku
Wspomina również, jak w czasie zadania wykonywanego w okolicach Goleniowa grupa specjalna dostała rozkaz dotyczący przyjęcia zrzutu.
– Myśleliśmy, że może dotrze do nas jedzenie. Ale na spadochronach zrzucono dwa zasobniki, a w nich 17 ponumerowanych pustaków. Mieliśmy je dostarczyć do koszar. Było nas sześciu, a od Dziwnowa dzieliło nas 70 kilometrów – kontynuuje Jerzy Pawlak.
Żołnierzy systematycznie przyzwyczajano do noszenia dużych ciężarów.
– Na strychu budynku każdy z odbywających służbę wojskową miał po sześć pomalowanych i ponumerowanych cegieł. Przed wyjściem na ćwiczenia pakowaliśmy je do plecaków. No ale te zrzucone pustaki to była przesada – twierdzi podoficer.
Tadeusz Nowak wspominał, jak w lutym 1968 r. jednostka wyjechała na poligon w Jaworzu na „zimową szkołę ognia”, czyli intensywny trening strzelecki. Pod jego koniec zarządzono obóz zimowy, a następnie wielodniowe ćwiczenia ze wspinaczki skalnej. Do koszar dotarli dopiero w maju.
– Wychodziliśmy z koszar w zimowych mundurach, wracaliśmy w letnich – opowiadał Tadeusz Nowak.
Ciężką służbę rekompensowano profitami niedostępnymi dla zwykłych śmiertelników. Gdy dzienna norma żywnościowa dla żołnierzy jednostek regularnych wynosiła 16 zł, komandosi jedli za 46 zł.
4101, czyli najlepsza recepta na bimber
– Były winogrona, kotlety schabowe, kiełbasa jałowcowa, czekolada, prawdziwa kawa – opowiada chor. sztab. Andrzej Wójcik, który w batalionie służył przez kilkanaście lat. Trafił tam zaraz po ukończeniu szkoły chorążych, a obecnie prowadzi słynny bar „Pod spadochronem” w Dziwnowie.
Komandosom nigdy nie brakowało też alkoholu.
– Płetwonurkowie i łącznościowcy mieli najłatwiej, bo przysługiwał im spirytus do konserwacji sprzętu. Piliśmy go więc na co dzień. Ale dowódca naszego plutonu, późniejszy generał January Komański, nie potrafił go przełknąć w czystej postaci. Musieliśmy mu zawsze rozrabiać trunek z wodą – opowiadał Aleksander Roćko, który z racji służby w kompanii płetwonurków miał stały dostęp do wysokoprocentowych napojów.
Oczywiście był to spirytus techniczny, teoretycznie niezdatny do spożycia. Ale nie dla komandosów.
– Do słoja z litrem takiego alkoholu wrzucało się kilogram rokitnika, czeremchy, aronii czy ich mieszanin. Wystarczyło odstawić go na jakiś czas, podobno zanieczyszczenia się wytrącały, a napój nabierał niepowtarzalnego smaku. Jak mieliśmy nie pić, skoro w numerze jednostki zakodowano najlepszy przepis na bimber? Zaszyfrowany został w numerze naszej jednostki: 4101. Czyli cztery litry wody, kilogram cukru i dziesięć deko drożdży – śmieje się Witold Brzozowski.
Bimbrownie działały zarówno w mieszkaniach kadry, jak i w samych koszarach. Prowadzili je żołnierze zawodowi, a także ci ze służby zasadniczej. Trzeba było tylko znaleźć jakiś nierzucający się w oczy zakamarek budynku.
– Żołnierze z mojej kompanii zamaskowali bimbrownię w węźle ciepłowniczym. Nie dość, że nikt tam nie zaglądał, to jeszcze wysoka temperatura sprzyjała fermentacji, a nieograniczony dostęp do wody ułatwiał destylację zacieru – wspomina oficer.
Życie towarzyskie kwitło też poza jednostką. Ulubionymi miejscami spotkań kadry batalionu było kasyno w internacie wojskowym oraz restauracja „Żeglarska”.
Popijawy często kończyły się bijatykami z miejscowymi. Dla zwiększenia dyscypliny w koszarach usytuowano placówkę Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW), odpowiednika dzisiejszej Żandarmerii Wojskowej. To było kolejne wyzwanie dla komandosów.
Sprzęt produkowany dla szpiegów
– Bić się z nimi nie można było, bo nas znali z widzenia. Ale psikusy robić – to co innego. Kiedyś chłopcy odkręcili wszystkie koła w gaziku WSW, auto ustawili na cegłach, a koła oparli o karoserię. Kilku ludzi poszło robić rozróbę w barze, a reszta siedziała w krzakach przy budynku WSW. Żandarmi otrzymali wezwanie, wbiegli do samochodu, odpalili silnik, naciskali na gaz i nic. Mieliśmy ubaw! – śmieje się Janusz Tomczak.
Dowództwo dopuszczało wybryki, traktując je jak etap szkolenia.
– Gdzie żołnierze zgrają się lepiej niż w prawdziwej bójce? – pyta jeden z komandosów.
– Otrzymywaliśmy najnowocześniejsze wyposażenie, jakie trafiało do Wojska Polskiego. Ponieważ mieliśmy działać na głębokich tyłach przeciwnika, część sprzętu pochodziła z wywiadu. Używaliśmy radzieckich, szpiegowskich radiostacji o zasięgu do 3 tys. km, w których napisy wykonano w języku angielskim. Po to, żeby po zdemaskowaniu choć na moment zmylić przeciwnika – twierdzi płk Witold Brzozowski.
W 1986 r. Sztab Generalny WP nakazał przenieść batalion do Lublińca na Górnym Śląsku. Część komandosów przeszła do nowego garnizonu. Niektórzy trafili do Formozy – jednostki specjalnej Marynarki Wojennej, inni – po kilku latach – zaczęli służbę w powstającej specjednostce – dzisiejszym GROM-ie. Emeryci zostali w Dziwnowie lub wrócili w rodzinne strony.
Wszyscy od kilkunastu lat spotykają się na „Festynie Komandosa”, który w Dziwnowie odbywa się w drugiej połowie sierpnia.