- Już od 1941 r. na terenie okupowanej Polski wyznaczano miejsca do przyjmowania zrzutów spadochronowych.
- Jednocześnie szkolono oddziały, które miały przyjmować zrzuty.
- Ustalono bardzo prosty system komunikacji dotyczącej daty zrzutu.
- Ponieważ system się sprawdził, do okupowanej Polski przerzucono kilkuset ludzi, tony broni i miliony dolarów.
W poniedziałek późnym wieczorem, kilka dni przed świętami Wielkiej Nocy 1944 r., kilkudziesięciu ludzi ruszyło w kierunku rozległej polany położonej w lesie za Malcanowem. To wioska znajdująca się w gminie Wiązowna, odległa o jakieś 40 km od centrum Warszawy.
Na polanie zorganizowano placówkę „Pierzyna” – jedno ze zrzutowisk przygotowanych do odbioru ludzi i sprzętu wysyłanego dla Armii Krajowej.
W nocy z 3 na 4 kwietnia 1944 r. konspiratorzy dowodzeni przez por. Mariana Mazowieckiego „Ludomira” - komendanta Placówki AK Wiązowna i nadzorowani przez „Mrugacza” - przedstawiciela Delegatury Rządu na Kraj mieli przyjąć zrzut.
Nie było pewności, że samolot przyleci. Kilka miesięcy wcześniej, w połowie września 1943 r., również zostali postawieni w stan alarmowy. Ale wtedy brytyjska załoga nie odnalazła „Pierzyny”.
Jak wyznaczano miejsca na zrzutowiska?
Już w 1941 r. Komendy Główne Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich (sporą część zrzutów zabezpieczali żołnierze BCh) wydały rozkazy dotyczące typowania miejsc do odbierania przesyłek dostarczanych drogą lotniczą z Wielkiej Brytanii (a później z Włoch).
Miały to byś duże polany lub pola uprawne otoczone lasami. Musiały znajdować się w oddaleniu od domostw, ale z dobrymi polnymi drogami, którymi na furmankach szybko można by przewieźć zrzucone zasobniki.
Wskazane lokalizacje wizytowali oficerowie z Komendy Głównej AK. Gdy miejsca zostały zatwierdzone, należało przygotować załogę odbiorczą.
Zasady dotyczące wyboru miejsc na zrzutowiska do dziś są takie same.
Kto odbierał zrzuty?
Zrzut zabezpieczało co najmniej 25 ludzi.
12 z nich było „sygnalistami” wskazującymi pilotom kierunek wiatru. Ustawiali się w kształcie strzały (z grotem w kierunku wiejącego wiatru) lub jakiejś ustalonej litery.
Dzięki „sygnalistom” nawigator wiedział, jak ustawić samolot do zrzutu. Niekiedy latarki ustawiano na ziemi. Wbrew temu, co widzimy na wielu filmach, na zrzutowiskach nie palono ognisk. Byłoby to trudniejsze do wykonania i łatwe do dekonspiracji.
Działaniami na ziemi kierował przedstawiciel Delegatury Rządu na Kraj. Nazywano go „Mrugaczem”, gdyż to on wydawał rozkaz uruchomienia latarek. Po ich zapaleniu załoga samolotu odpowiadała krótkimi błyskami reflektorów pokładowych.
Potem pilot obniżał lot i dokonywał zrzutu. Najpierw pokład opuszczały zasobniki, potem ludzie.
Ze względów bezpieczeństwa zrzutu dokonywano z minimalnej wysokości. Niekiedy tak niskiej, że spadochrony nie zdołały się w pełni otworzyć, co powodowało poważne kontuzje u skoczków.
Na ziemi reszta konspiratorów zajmowała miejsca na posterunkach przy drogach prowadzących do zrzutowiska. Kilku czekało z furmankami przygotowanymi do przewozu ciężkich zasobników.
W odwodzie pozostawali zaś kolejni ludzie gotowi do walki z Niemcami, którzy by podążali na miejsce zrzutu.
Obowiązywała zasada, że każdy zrzut muszą zabezpieczać dwie placówki: główna i zapasowa. Zazwyczaj były od siebie oddalone o kilkadziesiąt kilometrów.
Jak konspiratorzy dowiadywali się o zrzucie?
Najważniejszą rolę odgrywało zwykłe radio. Już na początku okupacji Niemcy zarekwirowali wszystkie radioodbiorniki, a za znalezienie ukrytego radia groziły drakońskie kary: od wysłania właściciela do obozu koncentracyjnego po rozstrzelanie całej rodziny.
Dlaczego radia były tak istotne w konspiracji? Ponieważ stanowiły bardzo ważne wyposażenie każdego oddziału. Konspiratorzy musieli codziennie słuchać, nadawanych co godzinę, wiadomości BBC. Szczególnie uważnie wsłuchiwali się w polskie piosenki nadawane po tych wiadomościach.
Każda placówka zrzutowa miała indywidualnie przypisaną popularną melodię. Gdy rozgłośnia w Londynie wyemitowała pierwszą jej zwrotkę – oznaczało to, że za siedem dni będzie zrzut. Piosenkę powtarzano w kolejnych dniach.
W przeddzień zrzutu dodawano kolejną zwrotkę. Natomiast w dniu zrzutu piosenka stawała się „przebojem dnia” – emitowano ją wielokrotnie.
Jeśli samolot zawracał z trasy melodia nagle się urywała. Wtedy konspiratorzy mogli zejść ze stanowisk.
Jak wyglądał zrzut na „Pierzynę”?
W Malcanowie, tuż po północy z 3 na 4 kwietnia 1944 r. konspiratorzy usłyszeli ryk silników potężnego bombowca Halifax.
Gdy potwierdzono kontakt, samolot trzy razy nadlatywał nad „Pierzynę”. Najpierw zrzucono zasobniki towarowe. W czasie ostatniego nalotu skakali Cichociemni: kpt. Zygmunt Sawicki, „Samulik”, ppor. Marian Pokładecki „Zoli”, ppor. Jan Bieżuński, „Orzyc” i sierż. Stanisław Biedrzycki, „Opera”.
Wszyscy byli specjalistami dywersji i ekspertami od szkolenia konspiracyjnego wojska. Ale ich główną specjalnością była łączność – mieli obsługiwać radiostacje gwarantujące sprawną wymianę informacji między Komendą Główną AK a rządem w Londynie.
Cichociemni mieli na sobie zaplombowane pasy z 498 tys. dolarów przeznaczonych na finansowanie działań podziemnych.
Na „Pierzynę” zrzucono też zasobniki zawierające broń i inny sprzęt wojskowy. Tym razem większość zrzuconej broni była produkcji niemieckiej, zdobyto ją w czasie walk na froncie zachodnim. W zasobnikach znajdowały się też nowoczesne materiały wybuchowe o dużej mocy oraz pięć radiostacji.
Jak wyglądała pierwsza noc Cichociemnych w kraju?
Po lądowaniu i przerzucie w bezpieczne miejsce „ptaszkom” (jak popularnie nazywano skoczków) organizowano partyzanckie powitania. Najpierw musieli się skrupulatnie rozliczyć z dolarów, z którymi skakali. Potem rozliczali „delegacje służbowe” (to temat na osobny artykuł). Gdy kończono formalności, gospodarze urządzali biesiadę. To nie było zgodne z regulaminami, ale odpowiadało zasadom polskiej gościnności.
Dolary, broń i sprzęt szybko trafiały do konspiracji. Natomiast z – wykonanych z jedwabiu - czasz spadochronów szyto męskie koszule i suknie dla pań.