Iść po agenta, a trafić jego szefa. Brawurowa akcja zespołu „Przygody”

Niemcami wstrząsnęła brawurowa akcja polskiego podziemia - przeprowadzona w biały dzień w centrum okupowanej Warszawy. W reakcji na to Niemcy kazali wygrodzić ten sektor zasiekami z drutu kolczastego, a uzbrojeni żandarmi legitymowali i przeszukiwali każdego, kto wchodził do dzielnicy, w której pracowali i mieszkali najważniejsi przedstawiciele władzy okupacyjnej. Niemcy nie wiedzieli, że likwidacja hitlerowskiego dygnitarza to był przypadek.

  • W październiku 1943 r. konspiratorzy z AK zaplanowali - w centrum okupowanej Warszawy - operację likwidacji agentów gestapo.
  • W trakcie akcji przypadkowo zastrzelono wysokiego rangą SS-mana Josefa Lechnera.
  • To wywołało popłoch u okupantów i doprowadziło do ogrodzenia dzielnicy niemieckiej zasiekami z drutu kolczastego.

Operacją dowodził Tadeusz Wronowski (1923-2013) z batalionu AK „Parasol”. Gdy wybuchła II wojna światowa miał 16 lat. We wrześniu 1939 r., jako harcerz pracował przy obsłudze centrali telefonicznej, potem był sanitariuszem w szpitalu polowym na terenie Uniwersytetu Warszawskiego.

Już w grudniu 1939 r. rozpoczął działalność podziemną. Do konspiracji wciągnął go przedwojenny drużynowy Ryszard Białous ps. „Jerzy”, późniejszy dowódca batalionu AK „Zośka”.

Wronowski przyjął pierwszy pseudonim - „Jastrząb”. Rozlepiał ulotki, wykonywał antyniemieckie malunki na murach. Brał też udział w rozpoznawaniu pojazdów Wehrmachtu i SS w Warszawie.

Pseudonim z zakładu pogrzebowego

Wiosną 1941 r. trafił do konspiracyjnej Szkoły Podchorążych Piechoty. Wtedy czterokrotnie otrzymał rozkaz przedarcia się przez strzeżoną granicę Generalnej Guberni i III Rzeszy. Przekradał się m.in. z Warszawy do Łodzi. Robił to w sposób brawurowy, dlatego koledzy nadali mu pseudonim „Grenzbube” („Graniczny Chojrak”). Szkołę ukończył jako kapral podchorąży.

20 maja 1943 r. uczestniczył w jednej z najsłynniejszych akcji Szarych Szeregów - odbiciu w podwarszawskim Celestynowie 49 więźniów transportowanych koleją do obozu koncentracyjnego. W czasie walki spod ostrzału wyniósł rannego w kolano Wacława Dunin-Karwickiego „Lutego” - swojego dowódcę. Za ten bohaterski czyn otrzymał pierwszy Krzyż Walecznych.

Latem 1943 r., gdy powstał oddział „Agat” (z czasem przemianowany na „Parasol”), objął tam dowodzenie drużyną.

Po latach wyjaśniał, że w rozmowach konspiratorzy nie używali nazw „Pegaz”, „Agat” czy „Parasol”. Trzon tych oddziałów stanowili ci sami ludzie. Co jakiś czas kryptonim oddziału oraz pseudonimy podziemnych żołnierzy zmieniano ze względów konspiracyjnych.

- My mówiliśmy, że jesteśmy w oddziale specjalnym. Gdy do niego przechodziliśmy, kazali nam zerwać dotychczasowe znajomości i zmienić pseudonimy. Długo zastanawiałem się nad nowym. Jechałem tramwajem ulicą Książęcą i zauważyłem duży, czarny szyld: „Zakład Pogrzebowy Tadeusza Przygody”. Tadeuszem już byłem, więc postanowiłem być „Przygodą”. Nawet wypominano mi, że to niepoważny pseudonim. Ale przyniósł mi szczęście, w odróżnieniu od wielu kolegów przeżyłem wojnę… - po latach wspominał Tadeusz Wronowski.

Virtuti Militari za akcję na alei Szucha

5 października 1943 r., w kamienicy przy alei Szucha, w samym sercu dzielnicy niemieckiej w Warszawie, „Przygoda” dowodził niezwykle niebezpieczną operacją. Konspiratorzy otrzymali rozkaz zlikwidowania dwojga agentów gestapo: volksdeutscha, szefa siatki rozpracowującej podziemne organizacje wojskowe, Alfreda Milkego oraz jego kochanki o imieniu Irena. Wyrok podziemnego polskiego sądu należało wykonać w mieszkaniu Milkego, przy al. Szucha 8, zaledwie 120 metrów od siedziby gestapo!

Trzyosobowa grupa wykonawców wyroku weszła do mieszkania dozorcy kamienicy, w której mieszkał Milke.

- Wszyscy znaliśmy język niemiecki, więc „graliśmy” gestapowców sprawdzających księgi meldunkowe. Dozorcę zagadnął Leszek de Mackay „Narvik”. Tadeusz Kamiński „Olek” pistoletem sterroryzował dozorcę i jego żonę. Ja w tym czasie złożyłem przyniesionego w teczce stena. Wtedy na ulicy usłyszeliśmy strzały - wspominał „Przygoda”.

Polowali na płotkę, a trafili szczupaka

Jak się okazało, do samochodu pierwszej grupy ubezpieczenia podszedł gestapowiec. Zainteresowało go to, że w środku BMW z rejestracją Wehrmachtu siedzieli cywile: za kierownicą Tadeusz Kostrzewski „Niemira”, na tylnym siedzeniu Eugeniusz Poszepszyński „Ssak” i Feliks Wojtulewicz „Bąk”. Próbował ich wylegitymować, więc „Niemira” zastrzelił Niemca.

Wywołało to gwałtowną strzelaninę.

- Praktycznie każdy Niemiec pracujący i mieszkający w okolicy nosił broń. Do tego na Szucha ustawiono sporo posterunków wartowniczych przed wejściami do urzędów - opowiadał Tadeusz Wronowski.

Konspiratorzy rozpoczęli odwrót. Po wybiegnięciu z kamienicy trójka egzekutorów wskoczyła do samochodu pierwszego ubezpieczenia. „Przygoda” zajął miejsce na przednim siedzeniu. Niemcy strzelali do odjeżdżającego pojazdu. Kule przebijały szyby i cienką blachę karoserii. Ciężko raniły „Bąka” i „Ssaka”.

Druga grupa ubezpieczenia: Antoni Biernawski „Dryl”, Janusz Kobyliński „Gong” i kierowca Stanisław Ołdakowski „Staszek” znajdowali się w dwudrzwiowej „dekawce”. W czasie odwrotu mieli osłaniać kolegów. „Dryl” wyskoczył z samochodu i leżąc ostrzeliwał Niemców. Siedzący na tylnym siedzeniu „Gong” miał trudności z wyjściem z dwudrzwiowego auta. Strzelał więc przez uchyloną szybę. Nie przerwał prowadzenia ognia nawet gdy dostał postrzał w płuca.

Osłaniający ułatwili ucieczkę BMW i sami zaczęli się ewakuować. Trafili jednak pod huraganowy ogień Niemców. Ostrzeliwali się i bronili granatami.

Akcja na Milkego była pierwszym tak poważnym zadaniem plutonu, które od razu pociągnęło za sobą straty. Zginął „Ssak”, ciężko ranny został „Gong”, lekkie rany odnieśli „Bąk”, „Narvik” i „Olek”.

„Przygoda” bardzo przeżył śmierć i rany kolegów oraz niewykonanie rozkazu likwidacji Milkego.

Szybko jednak okazało się, że konspiratorzy polowali na płotkę, a trafili szczupaka! „Niemira” zastrzelił bowiem SS-Obersturmführera Josefa Lechnera, szefa gestapowskiej komórki przeznaczonej do walki z sabotażem i dywersją na terenie dystryktu warszawskiego. W machinie hitlerowskiego terroru zajmował on o wiele wyższą pozycję od Milkego.

- Po tej akcji Niemcy postawili szlabany przy wjeździe do al. Szucha i kontrolowali wszystkich wchodzących. Ale nie gwarantowało im to bezpieczeństwa w dzielnicy niemieckiej, bo „Parasol” nadal wykonywał tam wyroki śmierci na Niemcach - przekonywał „Przygoda”.

Nietypowa hierarchia orderów i medali

W czerwcu 1944 r. konspirator trafił do partyzantki na Podhalu. Objął dowodzenie kilkudziesięcioosobowym Oddziałem Dywersyjnym „Ciupaga”. Miał prowadzić działania przeciw Niemcom, szkolić nowych partyzantów, a w ramach ochrony Polaków robić porządek z pospolitymi bandytami.

Ostatnią akcją przeciw Niemcom dowodził 17 stycznia 1945 r. Na Stasikówce jego ludzie zlikwidowali dziesięcioosobowy patrol niemiecki.

Po wojnie nie chciał wracać do Warszawy. Twierdził, że to jeden wielki cmentarz. Wziął ślub ze swoją dawną łączniczką Ireną ps. „Zielonooka”. Zamieszkali we Wrocławiu, po kilku latach przeprowadzili się do Bielska-Białej. Pracował jako architekt, jego pasją były wspinaczka, kajakarstwo i turystyka górska. Przez trzydzieści lat był ratownikiem GOPR i przewodnikiem PTTK.

W gablotce, którą miał na biurku w swoim pokoju powiesił m.in. Virtuti Militari, dwa Krzyże Walecznych, dwie odznaki za odniesione rany. Ale bardzo sobie cenił… medal za pięćdziesiąt lat małżeństwa z Ireną. Twierdził, że ten medal trudniej zdobyć niż odznaczenia za wojenne męstwo.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki