• Czy paraliżowanie rosyjskiej gospodarki wystarczy, by zakończyć konflikt, którego nie da się rozstrzygnąć na froncie?
• Czy prestiżowy pojedynek między SBU a FSB rozstrzygnie się na rosyjskich stacjach benzynowych?
• Dlaczego rosyjska obrona przeciwlotnicza zestrzeliwuje ukraińskie drony dopiero nad samymi celami?
• Czy „wojenny marketing” Zełenskiego i licznik 40 dni wywołają realną panikę na najwyższych szczeblach władzy w Rosji?
• Czy skuteczne ataki dronowe na cele w Rosji przekonają Donalda Trumpa do mocniejszego wsparcia Kijowa?
Nie tylko wojna kinetyczna wleciała na terytorium Rosji
Zełenski ogłosił „plan dalekosiężnych i średniego zasięgu sankcji SBU” po spotkaniu (25 czerwca) z jej tymczasowym przewodniczącym gen. Jewhenijem Chmarą. Nie ujawniono kryptonimu operacji – w przestrzeni informacyjnej funkcjonuje przede wszystkim termin „40-dniowa operacja wpływu”.
Nawet uwzględniając fakt, że komunikaty o ukraińskich sukcesach mogą być nieco przesadzone (taka jest specyfika wojennej polityki informacyjnej), trzeba bezwzględnie przyznać, że dronowo-rakietowe uderzenia w głąb Rosji mają widoczny wpływ na funkcjonowanie jej gospodarki. To po pierwsze. A po drugie – a może przede wszystkim – te ataki wzmacniają morale Ukraińców i wpływają na postrzeganie wojny przez rosyjskie społeczeństwo.
Rośnie świadomość, że to, co „my” robimy Ukraińcom, oni teraz czynią „nam”. Na terytorium Rosji wkroczyła już nie tylko wojna kinetyczna, ale również psychologiczna. To Ukraińcom już się udało i Kreml ma problem.
Jak wytłumaczyć społeczeństwu, że płoną zbiorniki ropy naftowej, występują przerwy w dostawach prądu, a na stacjach benzynowych paliwo sprzedawane jest w systemie reglamentowanym? Albo że – jak na Krymie – sprzedaż dla prywatnych klientów została całkowicie wstrzymana?
Władza tłumaczy, niezbyt przekonująco, że na elektrownie, zakłady petrochemiczne, lotniska i inne obiekty spadają jedynie szczątki zestrzelonych dronów i rakiet „ukrów”.
Niejeden obywatel zastanawia się jednak, dlaczego te drony zostały zestrzelone dopiero nad samym celem? Słyszy też, że z frontów SWO (specjalnej operacji wojskowej) mają być przenoszone systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej do ochrony Moskwy. I taki Rosjanin zadaje sobie pytanie: dlaczego tak się dzieje, skoro wcześniej władza przekonywała, że SWO jest prowadzona skutecznie, a Ukraina ledwo dyszy?
Ukraina uplotła nad Rosją pajęczynę z dronów
Przypominacie sobie Państwo, jak Zełenski prosił i domagał się od Niemiec, by te dostarczyły pociski manewrujące Taurus, którymi można byłoby atakować cele w głębi Rosji? Albo jak Kijów zabiegał w USA o zakup Tomahawków? Przypominacie sobie, że przez niemal dwa lata wojny Zachód zabraniał Ukrainie przeprowadzać ataków na cele w Rosji? Tak było.
Od co najmniej kilku miesięcy Ukraina pokazuje Rosji i Zachodowi, że może własnymi siłami (ale zapewne ze wspomaganiem wywiadowczym USA) skutecznie dezorganizować funkcjonowanie rosyjskiej gospodarki.
I to nie jest wymysł ukraińskiej propagandy – to informacje rosyjskich mediów opozycyjnych potwierdzają, że w ponad 20 regionach Rosji sprzedaż paliw na stacjach benzynowych jest reglamentowana. Dzieje się tak – trzeba to podkreślić – w państwie, które jest trzecim producentem ropy naftowej na świecie! Według niezależnych źródeł ataki na infrastrukturę petrochemiczną doprowadziły już do 25-procentowego spadku produkcji benzyny w Rosji.
Przypominacie sobie Państwo operację „Pajęczyna”? 1 sierpnia 2025 roku ukraińskie drony zaatakowały jednocześnie w kilku miejscach bazy rosyjskiego lotnictwa strategicznego, niszcząc i uszkadzając kilkadziesiąt samolotów. Niektóre z tych lotnisk były oddalone o kilka tysięcy kilometrów od granicy z Ukrainą! Tę operację SBU i HUR przygotowywały przez półtora roku, a sukces polegał na wypuszczeniu dronów z bezpośredniego pobliża tych baz. Dziś Ukraińcy mogą wysyłać drony z własnego terytorium na odległość do 2 tys. kilometrów.
Na czym zasadza się „40-dniowa operacja wpływu”? Na tym, co dotychczas, z tą różnicą, że do wątku militarnego Kijów dołączył element „wojennego marketingu”, wskazującego adresatowi, że ten „wpływ” będzie miał jeszcze większy wymiar niż poprzednio.
Nieprzypadkowo ogłoszono to właśnie teraz. W Rosji zaczyna się sezon wakacyjny oraz szczyt prac w rolnictwie. To idealny moment, by uderzenia w sektor paliwowo-energetyczny doprowadziły do potężnych perturbacji w dostawach paliw i energii. Oprócz wymiernych strat materialnych, ciągłymi atakami Ukraina chce doprowadzić do sytuacji, w której kryzysu paliwowego Moskwie nie uda się zniwelować nawet transferami z rezerw strategicznych.
Rzecz jasna Moskwa nie będzie biernie przyglądała się tej operacji. Jak już wspomniałem, wzmacni obronę przeciwdronową i przeciwrakietową stolicy oraz infrastruktury krytycznej. Jest pewne, że odpowie. Należy spodziewać się zmasowanych ataków na ukraińską infrastrukturę cywilną, energetyczną oraz węzły logistyczne. Będą one tradycyjnie przedstawiane przez Kreml jako odpowiedź na „terrorystyczne” działania Kijowa.
Dlaczego operacje dronowe przeciwko celom w Rosji firmują służby specjalne?
Po rozmowie Zełenskiego z Chmarą poszedł w eter komunikat, w którym prezydent pochwalił za szczególne osiągnięcia Centrum Operacji Specjalnych „A” SBU, znane powszechnie jako „Alfa”. To ta jednostka przeprowadziła operację „Pajęczyna” oraz ma na koncie sukcesy na Krymie i w rejonie Cieśniny Kerczeńskiej. Na swojej oficjalnej stronie internetowej Alfa SBU przedstawia (zapewne niepełny) bilans swoich dokonań. Piszą wprost: „Nieustannie plasujemy się w pierwszej trójce rankingu osiągów jednostek bezzałogowych statków powietrznych”. Operatorzy „Alfy” wyeliminowali z walki m.in. 1896 czołgów i odpowiadają za ok. 20 proc. wszystkich strat rosyjskiej piechoty.
Jeśli przyjrzeć się dokładnie komunikatom ukazującym sukcesy operacji dalekiego zasięgu, można zauważyć, że są one firmowane przede wszystkim przez SBU i HUR, a nie SZU (Siły Zbrojne Ukrainy). Dlaczego?
To skomplikowana materia, ale w skrócie: przeznaczeniem SZU jest bezpośrednia walka z armią rosyjską (nawet na terytorium Rosji, czego dowodem jest operacja kurska). SBU ma natomiast prowadzić operacje asymetryczne wymierzone w cele przemysłowe. Ich skutkiem ma być obniżenie dochodów Rosji ze sprzedaży ropy oraz wywołanie wewnętrznego kryzysu paliwowego. Ponadto ataki pod egidą służb specjalnych bezpośrednio biją w wizerunek rosyjskiej bezpieki. Toczy się bowiem prestiżowy pojedynek między SBU a FSB oraz między HUR a GRU.
Czy wojnę można wygrać dzięki dronom i rakietom?
„40-dniowa operacja wpływu” jako nieco przypomina aliancką doktrynę strategicznych bombardowań III Rzeszy, która miała doprowadzić – sama z siebie – do kapitulacji Niemiec. Strategia ukraińska różni się od tej historycznej tym, że nie zakłada militarnego podbicia wroga, a jedynie skłonienie Putina do rozpoczęcia realnych, a nie pozorowanych negocjacji.
Czy to możliwe? Ostatnia historia z Iranem w tle pokazała po raz kolejny, że nie da się wygrać wojny prowadzonej wyłącznie z powietrza. Jednak – upraszczając – Amerykanom udało się skłonić Iran do negocjacji. Rzecz w tym, że powszechnie uznaje się to nie tyle za zwycięstwo, ale porażkę Donalda Trumpa i USA. Trzeba jednak zważyć, że potencjał Ukrainy jest nieporównywalnie mniejszy od amerykańskiego, a odporność Rosji znacząco większa od ukraińskiej.
Jeśli jednak „plan dalekosiężnych i średniego zasięgu sankcji SBU” przemówi do politycznej wyobraźni Donalda Trumpa i skłoni go do podjęcia własnych działań, pojawi się realna szansa, że w końcu dojdzie do rozmów w sprawie zakończenia wojny. Cztery lata konfliktu dobitnie pokazały, że ani Rosja, ani Ukraina nie są obecnie na tyle silne, by zakończyć to starcie czystym, jednostronnym zwycięstwem militarnym...
Polecany artykuł: