• Po raz pierwszy Ukraińcy uderzyli dronem w cel na Krymie latem 2022 r.
• Morskie drony zniszczyły 33 proc. Floty Czarnomorskiej.
• Ataki dronowe zmuszają Rosję do przemodelowania wojennej logistyki.
• W odwecie Rosja prowadzi zmasowane ataki dronowo-rakietowe na Odessę.
• Na horyzoncie rysuje się szansa na powrót Krymu do Ukrainy.
Ukraińskie operacje dronowe paraliżują funkcjonowanie Krymu?
Ukraińcy atakują półwysep nie „od wczoraj”. Za pierwszy (potwierdzony) atak dronowy uznaje się ten przeprowadzony tylko przez jeden BSP 31 lipca 2022 r. Kamikadze trafił w dziedziniec siedziby Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu, raniąc kilka osób. De facto od czterech lat Rosjanie codziennie z niepokojem wpatrują się w niebo i ekrany radarów.
A skuteczność ukraińskich dronów była i jest na tyle wysoka, że obecnie to, co zostało z Floty, stacjonuje (od 2023 r.) w Noworosyjsku, na wschodzie Morza Czarnego. Sewastopolska baza w zasadzie utraciła swój strategiczny status. Trzeba mieć na uwadze, że morskie drony (plus rakiety przeciwokrętowe Neptun) posłały na dno jedną trzecią Floty Czarnomorskiej. Skutkuje to tym, że rosyjska marynarka wojenna obecnie nie kontroluje już ruchu morskiego z portu w Odessie.
Od kilku miesięcy na Krymie SZU z dużymi sukcesami realizują strategię odcinania tutejszego garnizonu oraz wojsk na całej południowej flance frontu od linii zaopatrzeniowych. Służy temu blokada strategicznej (dla Rosji) Cieśniny Kerczeńskiej. Pod szczególną ochroną jest Most Krymski, który Ukraińcom udało się kilka razy uszkodzić. Skutkowało to tym, że Rosjanie wprowadzili na nim ograniczenia ruchu ciężkiego transportu, bo się obawiają, by ta duma (bez sarkazmu) rosyjskiej inżynierii najzwyczajniej nie zawaliła się. Przenieśli więc logistykę na przeprawy promowe. Te zresztą również są celem dla dronów.
Ukraińskie ataki na krymskie cele drenują budżet Federacji Rosyjskiej
Skoordynowane uderzenia BSP znacząco utrudniają Rosjanom logistykę także drogą lądową. Drony trafiają w mosty kolejowe, w tym bardzo ważny nad Kanałem Północnokrymskim. Rosjanie przywracają je do użytku, po czym Ukraińcy znów wypuszczają roje dronów i sytuacja się powtarza. Owszem, te ataki nie zatrzymują „na amen” dostaw idących przez okupowane obwody – zaporoski i chersoński. Skutecznie je paraliżują, zwiększając koszty prowadzenia SWO (specjalnej operacji wojskowej).
Takie naloty dronowe mają wysoką skuteczność dzięki temu, że niszczone są rosyjskie systemy radarowe i systemy obrony przeciwlotniczej. Jakoś Rosja nie może wyrównać strat w tym sprzęcie, więc ukraińskie drony innym dronom utworzyły korytarze powietrzne dla swobodnego operowania w głębi Półwyspu Krymskiego.
Dezorganizacja rosyjskiej logistyki ma kolosalne znaczenie dla Ukrainy. Jej efekty w telewizji/internecie nie wyglądają tak spektakularnie, jak płonące zbiorniki paliw. A ataki na infrastrukturę petrochemiczną już mają swój wymiar. Taki przekaz dociera do tzw. zwykłych krymskich Rosjan. Jak nagle nie ma prądu w mniejszej lub większej części Krymu, bo Ukraińcy skutecznie zaatakowali tutejsze elektrownie, to co władza ma obywatelom powiedzieć? Że to sprawka kosmitów?
Pojawia się więc problem dla Rosji natury politycznej. U nich zresztą wszystko, co jest związane z SWO, ma charakter polityczny. Cierpi prestiż władzy, która musi przekonywać społeczeństwo, że „białe” jest „czarne”. W rosyjskim przekazie obowiązuje zasada dotycząca komunikowania o ukraińskich atakach: wszystko, co Ukraińcy wysłali, zostało zestrzelone. W rosyjskich komunikatach pojęcie „trafienie” – odnoszące się do dronowych ataków – nie istnieje. Zastępowane jest eufemistycznym zwrotem o „uszkodzeniach spowodowanych upadkiem szczątków”.
Można i tak tłumaczyć słabość obrony plot. Wprowadzono zakaz poruszania się nocą motocyklami i motorowerami, bo dźwięki wydawane przez silniki jako żywo są podobne do emitowanych przez drony. Nocą wyłącza się oświetlenie uliczne, a restauracje i sklepy pracują tylko do zmierzchu. Jednak nawet sam Władimir Putin dostrzegł wymiar zagrożenia, skoro przyznał, że ukraińskie drony nadlatują „ogromnym strumieniem”, co bezpośrednio uderza w zaplecze logistyczne armii rosyjskiej. W codzienne życie mieszkańców Krymu również.
Nie tylko paliwo stało się towarem deficytowym
Przez te „szczątki” dronów mieszkańcy Krymu doświadczają na sobie lokalnego kryzysu paliwowego, w którym benzyna staje się towarem pożądanym. Jeszcze do niedawna była ona reglamentowana: 20 litrów na tydzień.
Od 21 czerwca sprzedaż została całkowicie wstrzymana dla osób prywatnych i niekomercyjnych klientów.
Siergiej Aksionow, gubernator Krymu, postanowił (z pewnością na rozkaz z Moskwy), że paliwo będzie dostępne tylko dla służb ratunkowych i firm państwowych. Gubernator tłumaczył, że to wynika z „potrzeby optymalizacji zasobów na sezon turystyczny” oraz „zabezpieczenia rezerw państwowych”. Oczywiście o tym, że to skutek dronowych ataków, w wyjaśnieniach nie było mowy.
Jest więc na Krymie mniej więcej tak, jak na Kubie. Transport jest de facto sparaliżowany, a ludzie kombinują, jak mogą. Cywile próbują sprowadzać benzynę w kanistrach przez Most Krymski z Kraju Krasnodarskiego (gdzie benzyna jest reglamentowana, 100 litrów na samochód) i zapewne nie dają wiary wyjaśnieniom władzy.
Zresztą nie tylko benzyny brakuje. Najbardziej deficytowym dobrem jest woda. Ograniczenia w dostępie do niej są tak znaczące, że praktycznie przestało istnieć krymskie rolnictwo.
Przez dekady Półwysep miał dostęp do wody dzięki Kanałowi Północnokrymskiemu. Dostarczał z Dniepru aż 85 proc. świeżej wody, zasilając rolnictwo i aglomeracje.
W 2014 r. Kijów zablokował Kanał betonową zaporą. Było to w pełni zgodne z IV Konwencją Genewską, stanowiącą, że cała odpowiedzialność za zaopatrzenie ludności na terytorium okupowanym spoczywa na okupancie.
W 2022 r. Rosjanie zniszczyli tamę, woda popłynęła na Krym.
W 2023 r. Rosja wysadziła zaporę w Nowej Kachowce. Na wszelki wypadek, przed spodziewaną ukraińską kontrofensywą. Kanał wysechł. Rosja sama odcięła Krym od źródła wody. I ma problem, którego nie da się rozwiązać tzw. półśrodkami.
Woda pobierana jest ze zbiorników górskich, a to, czy one są pełne, całkowicie zależy od natury, a nie od Moskwy. Wodę z Dniepru usiłowano zastąpić pozyskaną z odwiertów głębinowych. Doprowadziły do obniżenia ciśnienia w warstwach wodonośnych, przez co do studni zaczęła wdzierać się woda morska. Trzeba byłoby ją uzdatniać, żeby nadawała się do picia „z kranu”. To wymaga inwestycji, a na nie nie ma pieniędzy, więc mieszkańcy muszą sobie radzić. Za czasów Sojuza po ulicach krymskich miast krążyły beczkowozy z kwasem chlebowym, a teraz z wodą pitną wydawaną o określonych godzinach i w określonych wielkościach.
Co udaje się Ukraińcom, nie udaje się Rosjanom
W odpowiedzi na ukraińskie sukcesy na Krymie, Rosja rozszerzyła ataki dronowo-rakietowe na Odessę. Porty w tym mieście oraz w Czarnomorsku i Piwdennym są dla Kijowa tym, czym Krym jest dla Moskwy. Dlaczego więc Rosjanom nie udało się to, co powiodło się Ukraińcom? Odpowiedź jest prosta: bo ukraińska obrona plot. jest znacząco skuteczniejsza od rosyjskiej na Krymie. Odessa ma wielowarstwową tarczę. Jest ona oparta na zachodnich systemach średniego i dalekiego zasięgu: Patriot, SAMP/T i IRIS-T.
Krym i Odessa są głównymi punktami frontu czarnomorskiego, o którym – szczególnie w kontekście Odessy – mało jest w ukraińskich relacjach wojennych. Jakby nie patrze raportom z Kijowa i Donbasu. Dlaczego? O to trzeba byłoby pytać kreatorów ukraińskiej wojennej polityki informacyjnej. W mediach rosyjskich Odessa jako cel ataków jest eksponowana. Krym tylko wtedy, gdy nie da się ukryć skutków destrukcji wywoływanych przez „szczątki” ukraińskich dronów.
Ukraina bije w Krym, by skłonić Rosję do zakończenia wojny
Zarówno ukraińskie ataki na Krym, jak i rosyjskie na porty czarnomorskie to nie tylko i wyłącznie działania o charakterze militarnym. Zatrzymajmy się przy ukraińskiej strategii, w której okupowany półwysep jest niewymiernie ważny. Także dla Rosji. Krym od 2014 r. jest dla niej symbolem (w jej rozumieniu) mocarstwowości. Ukraina bije weń, by bezpośrednio wywierać nacisk na Moskwę, by wzmocnić pozycję negocjacyjną w rozmowach o zakończeniu wojny. Temu służą także ataki na inne cele w Federacji Rosyjskiej.
Prędzej czy później musi dojść do rozmów pokojowych, bo nie da się dziś prowadzić wojny „stuletniej”. Gdy do nich dojdzie, to nie należy łudzić się, że negocjacje mogą doprowadzić do powrotu Krymu do Ukrainy. Prawo międzynarodowe prawem, ale dla Kremla status Półwyspu Krymskiego nie podlega negocjacji. Gdyby Ukraina nawet zyskała techniczne możliwości do odbicia Krymu drogą operacji lądowej, to z przyczyn niezależnych od niej taka możliwość jawi się tylko jako stricte teoretyczna.
Kijów nie mógłby liczyć na akceptację Zachodu (a USA w szczególności) takiej operacji. Rosja taką operację uznałaby, zgodnie ze swoją doktryną nuklearną, za przypadek „zagrożenia egzystencjalnego dla integralności terytorialnej państwa”, dopuszczający możliwość użycia broni jądrowej. Czy to oznacza, że Ukraina musi się pogodzić z utratą Krymu?
To zależy. Wielu ekspertów, m.in. z Atlantic Council, wskazuje, że celem Kijowa może nie być doprowadzenie do sytuacji, w której Krym stanie się dla Rosji militarnym i finansowym ciężarem. Nie do uniesienia. By zaistniała szansa na taką zmianę optyki w rosyjskiej polityce, Ukraina musiałaby atakami z powietrza uczynić z Półwyspu logistyczną pułapkę dla Rosji, której nie mógłby sfinansować budżet Federacji Rosyjskiej. To jest możliwe, ale wcale nie takie pewne. A właściwie taki scenariusz jawi się jako mało prawdopodobny...