• Iran i USA znów ogłaszają swoje zwycięstwa, tylko końca wojny jakoś nie widać.
• Donald Trump wyjawił, że chce uczynić wody Cieśniny Ormuz… terytorium amerykańskim.
• Iran wyznacza pokaźną nagrodę za głowę każdego amerykańskiego żołnierza.
• W 1942 r. pod Białym Domem powstał prezydencki schron. Trump chce wybudować nowszy i salę balową.
• Defilada w rocznicę Bitwy Warszawskiej była dla polityków okazją nie tylko do świętowania.
W wojnie amerykańsko-irańskiej obie strony mają się za triumfatorów
Zacznę od politycznego „kabaretu” o wymiarze, można stwierdzić, globalnym. Przyjęło się, w powszechnym mniemaniu, uznawać, że jeśli media o czymś, za przeproszeniem, nie bębnią, to coś takiego nie istnieje. Albert Einstein ocenił celnie (w końcu był geniuszem), że łatwiej jest rozbić atom niż stereotypy. Bazując na nich, spora część odbiorców newsów ze świata polityki już zapomniała, że nadal nie zakończyła się wojna amerykańsko-irańska, z izraelskim udziałem – choć o aktywności państwa żydowskiego w rzeczonym konflikcie w mediach jest tyle, co nic.
Szanowni Państwo, którzy mieścicie się w tej „części odbiorców”: wojna trwa. Choć – jeśli stoicie, to usiądźcie – obie strony uważają się za zwycięzców. Dziwny jest ten świat, w którym przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf ogłosił (bodaj 16 sierpnia) wszem i wobec, że Islamska Republika Iranu odniosła „prawdziwe zwycięstwo” nad – i tu podał mnóstwo pejoratywnych przymiotników – imperialistyczną Ameryką.
Gwoli ścisłości: Iranowi daleko w werbalnym triumfalizmie do wielce szanowanego prezydenta USA Donalda Trumpa. Tenże kilkadziesiąt razy zdążył już ogłosić triumf amerykańskiej potęgi nad teo- i autokratycznym irańskim reżimem. Po raz ostatni (z pewnością jeszcze mu się to zdarzy) prezydent Trump obwieścił (prawie) wiktorię 14 sierpnia, czym wyprzedził irański triumfalizm zakodowany w sformułowaniu „prawdziwe zwycięstwo” (jakby mogło być nieprawdziwe). Powiedział pan prezydent: „Gdy skończymy pokonywać Iran, który ponosi bardzo ciężką klęskę, wkrótce ogłoszę Cieśninę Ormuz terytorium Stanów Zjednoczonych. W gruncie rzeczy tym właśnie ona jest. Mamy blokadę. Żaden statek nie przepłynie, chyba że my tego zechcemy”.
Donald Trump widzi wody Cieśniny Ormuz jako terytorium USA
Dziwny jest ten świat, bardzo dziwny. Wychodzi na to, że Donald Trump, mając możliwości rozszerzenia terytorium Stanów Zjednoczonych, ma jednocześnie w głębokim poważaniu prawo międzynarodowe. Ono nie przewiduje, by jakiekolwiek państwo mogło ogłosić odległe od niego wody morskie i w oderwaniu od własnego obszaru za swoje suwerenne terytorium.
Krytycy prezydenta USA, innego od wszystkich urzędujących przed nim i po nim, orzekną, że Donald Trump – jakby to określić, nie używając dynamicznego, żołnierskiego języka… Orzekną, że obecny prezydent USA zagalopował się w swoich planach. Otóż nie, wcale nie musiał, powiedzmy, oderwać się od rzeczywistości. Otóż on ją może wykreować! O co chodzi? Już wyjaśniam.
Prezydent Trump zna się na prawie międzynarodowym. Dlatego w cytowanej wypowiedzi zaszyta jest wiadomość dla Teheranu. USA mogą zająć wybrzeże Iranu przy Ormuz. Co zrobi z wybrzeżem Omanu i ZEA, to nie wiadomo.
Za to wiemy już, dlaczego Iran ogłosił, że będzie płacił za głowę każdego amerykańskiego żołnierza 30 tys. dolarów! Wydawałoby się, że taka oferta jest irracjonalna, bo jakimże to sposobem irański Mohammadi miałby pozbawić życia Amerykanina? Irańczycy po oświadczeniu Trumpa o aneksji Cieśniny Ormuz stwierdzili, że Jankesi będą chcieli zająć wybrzeże irańskie, więc niejeden Mohammadi (najpopularniejsze nazwisko w Iranie) będzie miał okazję nie tylko do dżihadu, ale i zarobienia 30 tys. zielonych! Jakże dziwny jest ten świat, a często groteskowy.
Bale przy Białym Domu nad nowym prezydenckim schronem
47. prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi nieprzychylni wciąż wytykają jego ekscentryczność. Albo dookoła, albo bezpośrednio wskazują, że nie przystoi głowie światowego hegemona kruszyć kopii z Kongresem o budowę sali balowej przy Białym Domu. Krytycy wytykają prezydentowi, że zajmuje się kosztownymi przedsięwzięciami budującymi nie tyle potęgę Stanów Zjednoczonych, co jego własne ego.
Dziwny jest ten świat, w którym maluczkim trzeba tłumaczyć pewne sprawy, za przeproszeniem – jak krowie na rowie. Owszem, początkowo Donald Trump twierdził, że potrzebuje takiej sali, by móc przyjmować VIP-ów tego świata w anturażu godnym mocarstwa numer jeden. Do krytyków to nie trafiło. Teraz w sądach prezydent tłumaczy, że sala balowa powstanie przy okazji. Byłaby przykrywką dla podziemnych instalacji wojskowych: schronu wybitnie przeciwatomowego. Dziwny to będzie świat, w którym nie będzie dane Trumpowi zbudować jednego i drugiego, nie będzie umożliwione połączenie przyjemnego z pożytecznym.
Bo już bez sarkazmu: widocznie schron wybudowany w 1942 r. za prezydentury Franklina D. Roosevelta i rozbudowywany przez jego następców jest już przestarzały. W czym? Tego nie wiadomo, bo szczegóły budowli są top secret, choć w kilku filmach akcji (np. „Olimp w ogniu”) schron pod Białym Domem „zagrał”.
W Polsce politycy i sprzyjające im media też budują „dziwny świat”
A skoro jest o graniu, to pora przejść na nasze przaśne, krajowe podwórko. Tu w koncepcję „dziwnego świata” wplatają się jedno wydarzenie i jeden trend. Zacznę od pierwszego: defilady z okazji 15 sierpnia.
Już od wielu lat (przynajmniej mnie) nie dziwi, że święta, które mają łączyć zwaśnione stronnictwa w Rzeczypospolitej, temu nie służą. Jest zrozumiałe, że trwa już prekampania wyborcza, ale czy wystąpienia prezydenta RP, wicepremiera i ministra obrony narodowej oraz premiera musiały być prezentacją zasady „moja prawda jest mojsza”? A może ocena komentującego jest błędna? Może w tej wymianie argumentów chodziło o zastraszenie Moskwy?
Było tych prawd nieco (pewnie wielu będzie miało odmienną opinię) w wystąpieniu prezydenta Nawrockiego, ale zdecydowanie więcej w wystąpieniach premiera Tuska i wicepremiera Kosiniaka-Kamysza. Sądzę, i w tej opinii z pewnością nie jestem osamotniony, że takie święta jak Dzień Wojska Polskiego, rocznica Bitwy Warszawskiej czy 1 i 17 września nie są miejscem na licytowanie się, „kto dał więcej”. A to, że do tego opacznego trendu przyłączyły się niektóre media, to tylko może utwierdzać w przekonaniu, że dziwny jest ten świat.
A jeśli już do tablicy zostały wywołane media, to należy wspomnieć o niepokojącym trendzie, w jakiejś mierze o charakterze (geo)politycznym, który rozkwita niczym trawa po wiosennym deszczu. Chodzi o reakcje społeczne zwane nastrojami antyukraińskimi. Ich geneza i rozwój to temat na osobny komentarz.
W tym chciałbym zauważyć, że w zależności od sympatii politycznych mediów (niewiele z nich jest symetrycznych) odbiorca ma serwowane dwa przekazy. Albo: „Coraz więcej Polaków jest antyukraińskich”. Albo: „Coraz więcej Ukraińców jest antypolskich”. Sytuacja nie jest taka zero-jedynkowa. Taki przekaz uderzać ma przede wszystkim… we wraże stronnictwa polityczne. I nie to jest dziwne w tym polskim światku. Niestety...
Polecany artykuł: