• W 1935 r. tankietki stanowiły aż 65 proc. stanu polskiej broni pancernej.
• Zapotrzebowanie na tankietki wygenerował kryzys ekonomiczny.
• Licencję na produkcję takiego sprzętu kupiliśmy od brytyjskiego koncernu Vickers.
Kto i dlaczego wymyślił określenie „czołg”?
675 sztuk. Tyle Wojsko Polskie miało tankietek w roku 1939, które w tamtym czasie regulaminowo określano jako „czołgi rozpoznawcze”. Oficjalne nazewnictwo oficjalnym, a potoczne – potocznym. Nikt z pancerniaków z TK/TKS nie nazywał tych wozów tak, jak stanowił regulamin. To była dla nich tankietka. A skoro jesteśmy przy nazewnictwie, to pozwolę sobie na małą dygresję.
Otóż, jak powszechnie wiadomo, w wielu językach „czołg” to „tank”. Wymyślili je Anglicy dla zmylenia wywiadu niemieckiego, gdy rozpoczęli produkcję pierwszych linii Mark. Miała być to produkcja zbiorników (tanków) dla Rosji. Przed 1916 r. najczęściej funkcjonowało określenie „landship”, czyli „okręt lądowy”. Nic dziwnego w tym, bo kreatorem tego pojęcia był ówczesny lord Admiralicji Winston Churchill.
Gdy Polska odzyskała niepodległość, w trendzie było polonizowanie obco brzmiących nazw. „Tank” kwalifikował się do spolszczenia. Tym bardziej że mieliśmy ich najwięcej na świecie – po Francji, Wielkiej Brytanii i USA. Jakieś 120 sztuk FT-17.
Zamiennik słowny wymyślił (w 1919 r.) por. Władysław Kohutnicki. I skoro ta nowość na gąsienicach jest tak powolna, niczym czołgający się żołnierz, to niech się ten FT-17 czołgiem nazywa. I się przyjęło. Zatwierdził nowe określenie Departament Spraw Wojskowych i weszło ono na stałe. Niemcy mieli swoje „Panzerkampfwagen”. Niemcy od dawna lubią komplikować swój słownik. A Sowieci zostali przy „imperialistycznym nazewnictwie”. I tylko Biuro Polityczne partii bolszewickiej wiedziało, dlaczego nie poszli w ślady Polski czy Niemiec. Jednak z tym polonizowaniem „tanków” uczyniliśmy tylko jeden krok, zamiast dwóch. Mieliśmy „czołgi” i tankietki, a mogły być „czołżki”…
Jakie zadanie wykonało Biuro Badań Technicznych Broni Pancernych?
Jednym z kilkunastu państw, które kupiło licencję na brytyjską tankietkę (z prawem do jej modernizowania), była Polska. Stało się to w roku 1929. Kupiliśmy kilkanaście sztuk Carden-Loyd Mk. VI. Przetestowano je i uznano, że trzeba na ich bazie opracować coś znacznie lepszego. Zadanie to powierzono specjalistom z Biura Badań Technicznych Broni Pancernych. I to oni na bazie brytyjskiej tankietki opracowali TK-1, TK-2, TK-3 oraz TKS. Były to całkiem udane konstrukcje, acz z każdym rokiem użytkowania, wskutek progresu w broni pancernej, traciły na walorach.
I to jest faktem, ale nie to, że ten niby-czołg był w 1939 r. tak archaiczny, jak FT-17. Nie była to konstrukcja jeszcze przestarzała do wykonywania zadań pierwotnie jej wytyczonych. Kto jest innego zdania, ten zapomina, że polskie tankietki z założenia nie były projektowane do walki pancernej ani do przełamywania umocnionych linii obrony.
Ich zadaniem było, poza prowadzeniem rozpoznania, wspieranie kawalerii i piechoty. A to, że były używane do walki z czołgami niemieckimi, to już inna sprawa. Walczyło się tym, czym mogło się walczyć, a nie tym, czym by chciało się bić Niemca.
Oczywiście, że Wehrmacht w broni pancernej miał kolosalną przewagę nad naszymi siłami. III Rzesza wystawiła ok. 2,8 tys. czołgów różnych typów, a Rzeczpospolita raptem ok. 750.
Trzonem niemieckiego pancernego walca były lekkie czołgi PzKpfw I i II. Stanowiły one trzy czwarte ogólnego stanu dywizji pancernych Wehrmachtu. Bez problemów „uziemiały” je armaty ppanc. Bofors kalibru 37 mm i karabiny ppanc. wz. 35 Ur. Radziły sobie z nimi tankietki TKS i TK-3 uzbrojone w nkm wz. 38FK kalibru 20 mm; dziś byłby on sklasyfikowany jako „działko automatyczne”. Inna sprawa, że takich „czołżków” było tylko nieco ponad dwadzieścia.
Czym był TKS uzbrojony w nkm wz. 38FK?
Pancerz czołowy PzKpfw I miał 13 mm grubości, a „dwójki” był o 1,5 mm grubszy. To żadna przeszkoda dla zmodernizowanych TK/TKS. Z nkm-u pocisk ppanc. przebijał takie pancerze, strzelając z odległości ponad 500 m!
Tak uzbrojona tankietka wyglądała prawie jak miniaturowy czołg, z wystającą mocno lufą nkm-u, wychodzącą z korpusu czegoś, co bardziej przypominało zabawkę niż groźną broń. Z 20-mm wz. 38 FK nie był to mobilny karabin maszynowy, z którego nijak nie udało się rozwalić nawet PzKpfw I; no chyba że z kilkunastu metrów. Z 20-mm karabinem zamontowanym w jarzmie kulistym już można było, stosując odpowiednią taktykę, wejść w kontakt bojowy z czołgami Wehrmachtu.
Udowodnił to pchor. rez. Edmund Roman Orlik z 71. Dywizjonu Pancernego Wielkopolskiej Brygady Kawalerii. Jako strzelec i jednocześnie dowódca zniszczył 13 egzemplarzy niemieckiej broni pancernej. 14 września zniszczył trzy niemieckie czołgi. 18 września również trzy, a 19 września – aż siedem. Tu mała uwaga: w tym bilansie mieszczą się także samochody pancerne. W starciu pod Pociejowem 18 września polski pancerniak zniszczył nie tylko czołgi, ale zabił dowódcę niemieckiego plutonu. Był nim nie byle kto, bo książę raciborski Wiktor IV Albrecht von Ratibor. Kilku arystokratów jego rangi poległo w Polsce.
Żeby takich wiktorii dokonać, dowódca musiał sięgnąć po odpowiednią taktykę. Z pancerzem grubości 10 mm to nie za bardzo mógł się wystawiać na ogień przeciwnika. Wykorzystał to, że tankietka była niska i zwrotna. Strzelał do przeciwnika z zasadzki, po czym od razu zmieniał pozycję. Można taką taktykę określić mianem partyzanckiej, w myśl zasady: uderz i uciekaj.
Fakt, za mało mieliśmy takich mocnych tankietek. Jednak wykonały one swoje zadania. Były na tyle użyteczne, że ok. 100 zdobycznych egzemplarzy używały w zadaniach pomocniczych Wehrmacht i Luftwaffe. TKS w stanie doskonałym, będący w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, ma za sobą służbę w Luftwaffe, w Norwegii. Do 2023 r. był w zbiorach Forsvarsmuseet (Muzeum Obrony) w Oslo. To muzeum przekazało go Polsce. A egzemplarz na zdjęciu jest jedną z kilkunastu sprawnych replik wykonanych przez grupy rekonstrukcyjne…