• Polska mocno zabiega o stałą bazę US Army, a Waszyngton oficjalnie wszedł w te rozmowy.
• Kiedyś RFN była wschodnią flanką NATO, dziś jest nią Polska i potrzebuje ochrony USA.
• Ameryka kieruje się interesami, a Trump biznesem, wieć koszty budowy i utrzymania bazy pokryje polski podatnik.
W oczekiwaniu na ostateczną decyzję Waszyngtonu
Obecnie w Polsce przebywa ok. 10 tys. żołnierzy amerykańskich, w ramach różnych misji i wykonywanych zadań. Po tym, gdy Biały Dom zdecydował, że nie skieruje do państw wschodniej flanki NATO ok. 5 tys. żołnierzy na wielomiesięczną misję, Warszawa zaczęła zabiegać o stałą obecność wojskową USA w Polsce.
Dotychczas Waszyngton nie określił się jednoznacznie, że przyjmie polską ofertę. Jednak również nie poddał jej w wątpliwość, a tym bardziej jej nie odrzucił. Należy więc z optymizmem, ale nie przesadnym, szacować finał polskich zabiegów o stałą bazę armii amerykańskiej.
Postrzega się, że jej zaistnienie znacząco zwiększy polską obronność. Nie tym, że przybędzie 10 tys. żołnierzy, ale że będą to żołnierze amerykańscy. Panuje przekonanie, że taka konfiguracja skuteczniej odstrasza Rosję od (ewentualnie) złych zamiarów wobec Polski. Dla tzw. zwykłego Kowalskiego taką samą moc ma rotacyjny pobyt w Polsce żołnierzy amerykańskich. Tymczasem nie do końca jest tak, jak by się wydawało.
Dlaczego Rosji nie w smak jest stała obecność US Army w Polsce?
Zasadniczą różnicę między rotacyjną a stałą obecnością dostrzegają w Moskwie. Zapewne proszą Opatrzność, by Donald Trump nie przyjął polskiej oferty. Modlą się, że skoro już ci Amerykanie muszą być w Polsce, to niech przyjeżdżają do niej na zmiany, ale nie daj Boże – na stałe!
Bo gdy armia amerykańska ma stałą bazę w państwie X, to z żołnierzami przybywają ich rodziny. Prawdopodobieństwo ataku na taki kraj, nie mówiąc już o uderzeniu w bazę, w której przebywają także cywile, dla Waszyngtonu oznaczałoby jedno: absolutne przekroczenie tzw. czerwonej linii.
Na taki hipotetyczny incydent Biały Dom, nawet jakby nie chciał, to dla prestiżu USA nie może czegoś takiego pozostawić bez odpowiedzi. I tego potencjalny agresor obawia się niczym diabeł święconej wody! Gdyby celem stały się siły rotacyjne US Army, to z tą odpowiedzią amerykańską różnie może być. Wiem, wiem. Artykuł 5. NATO i tak dalej. Jednak w takiej sytuacji amerykańskiemu rządowi (jak to się go u nas określa: administracji) łatwiej byłoby podjąć decyzję o ewakuacji.
A bez porównania trudniej to uczynić, gdy na terytorium sojuszniczego państwa są nie tylko żołnierze, ale i ich rodziny, a także stałe magazyny uzbrojenia i całe zaplecze logistyczne niezbędne do funkcjonowania stałej bazy. W nich tworzy się tzw. APS (Army Prepositioned Stocks). To gigantyczne magazyny, w których stoją setki zatankowanych czołgów, wozów bojowych i tony amunicji.
W sytuacji konfliktowej i obecności rotacyjnej US Army reakcja nań Białego Domu z przyczyn czysto technicznych nie może być natychmiastowa. Żeby Amerykanie mogli przyjść z odsieczą, trzeba przerzucić albo z Zachodniej Europy, albo zza Atlantyku sprzęt i ludzi. A to trwa. G
dy USA ma stałą bazę – sprawa ma się całkiem inaczej. Na miejscu jest niezbędna logistyka, a wzmocnienie osobowe stacjonujących sił jest kwestią góra kilku dni, jeśli nie kilkunastu godzin.
Rotacyjne siły można łatwo wyprowadzić z państwa X. Wystarczy, że wybuchnie konflikt – dajmy na to – o Tajwan, a kilka tysięcy żołnierzy amerykańskich będzie przerzuconych w jego rejon.
Gdy US Army stacjonuje na stałe, sytuacja już nie jest taka zero-jedynkowa. Obecność czasowa, a taką jest ta rotacyjna, to komunikat do wiadomego państwa: „Czasy są niespokojne, więc musimy tu na razie przebywać”. Obecność stała ewidentnie sygnalizuje komu trzeba: „Tu stacjonujemy i mni zamierzamy się stąd wynosić!”.
Stała baza to nie tylko tysiące żołnierzy, cywilów i ogrom zaplecza logistycznego dla funkcjonowania takiego kontyngentu. To deklaracja (geo)polityczna przedstawiona na dekady i podparta dwustronnymi umowami. Jak każde, co pokazuje historia, można ją, że się tak wyrażę, modyfikować. Jeśli jednak w danym państwie jest tylko jedna główna stała baza, to nie jest ją tak łatwo zlikwidować. Przede wszystkim z przyczyn politycznych i z uwagi na reakcję kół politycznych i społeczeństwa w USA.
W dawnych państwach bloku wschodniego nie ma takiej bazy. W Zachodniej Europie jest ich ok. 40. Utworzono je w czasach, gdy istniał Układ Warszawski, a ówczesne Wojsko Polskie miało zajmować nie tylko Danię, ale także północne tereny RFN, a potem iść dalej na Holandię i Belgię, aż do wybrzeża Oceanu Atlantyckiego (patrz: Front Polski vel Front Nadmorski). To już historia.
Dziś potencjalne pole walki w hipotetycznej III wojnie światowej przesunęło się na wschód. Tak jak kiedyś RFN była wschodnią flanką NATO, tak dziś jest nią Polska. To jest oczywiste. Stała wojskowa obecność amerykańska jawi się więc dziejową koniecznością. Jej urzeczywistnienie wymaga jednak decyzji politycznej Białego Domu. To również jest oczywiste.
USA mają swoje interesy i Polska również – oba można pogodzić
Jak na razie – odpukać w niemalowane – Biały Dom jest doskonale świadom, że winien przesunąć swoją stałą obecność wojskową na wschodnie granice NATO. Również dla własnego interesu, bo jak wiadomo – jak powiedział Henry Kissinger – „Ameryka nie ma stałych przyjaciół ani wrogów, ma tylko interesy” („America has no permanent friends or enemies, only interests”).
Jako że zaistnienie rzeczonej bazy jest także w interesie Polski, i mając świadomość, że podejście prezydenta Trumpa do polityki jest mocno biznesowe, polski podatnik będzie musiał sfinansować stworzenie bazy i jej funkcjonowanie. W jakim stopniu?
To się okaże, gdy w Białym Domu zapadnie konkretna decyzja. To, gdzie by miała być zlokalizowana (pewnie byłaby rozczłonkowana), to kwestia istotna, ale nie nadrzędna. Władysław Kosiniak-Kamysz wyjawił, że Amerykanie widzieliby ją w zachodniej części Polski.
Mógłby to być Poznań, bo tam już teraz działa ich wysunięte dowództwo. W kręgu zainteresowania leży również Wrocław, gdzie właśnie rozbudowuje się lotnisko, a w pobliskim Świętoszowie dopiero co oddano do użytku wielką bazę przeładunkową dla pociągów z wojskowym sprzętem. Pod uwagę brany jest także Szczecin. Może to być także inna lokalizacja.
To wszystko jest do ustalenia. A jeśli Donald Trump zdecyduje o utworzeniu w Polsce stałej bazy, to do ustalenia jest milion spraw natury prawnej, finansowej, socjalnej itd. itp. Minie ładnych kilka lat od ceremonii tzw. wbicia łopaty, nim zaistnieje baza US Army w Rzeczypospolitej Polskiej...