• Czy ultimatum USA wobec Iranu doprowadzi końca konfliktu?
• Czy irański program rakietowy może stać się przedmiotem negocjacji?
• Czy ewentualne uderzenia w infrastrukturę energetyczną byłyby zgodne z prawem międzynarodowym?
Na razie USA jeszcze nie eskalują Epickiej Furii
Trump zapowiedział, że jeśli Iran nie wyzbędzie się aspiracji nuklearnych, nie odblokuje Cieśniny Ormuz, jeśli… i tak dalej, i tak dalej, to reakcja USA będzie gigantycznie niekorzystna dla Teheranu. Używając frazeologii prezydenta USA, wciąż aspirującego do Pokojowej Nagrody Nobla: „ten kraj powróci do epoki kamienia łupanego, gdzie jest jego miejsce”.
Na razie niszczenie Iranu odbywa się w ramach działań przewidzianych operacją Epicka Furia. Tak na marginesie: nazwa brzmi niczym tytuł hollywoodzkiego filmu akcji. Ciekawe, czy aby sam prezydent Trump jej nie wymyślił…
Zatem obłożenie rakietami mostu B1 (budowa kosztowała pół miliarda) czy dwóch dużych zakładów petrochemicznych nie jest jeszcze działaniem zmierzającym do totalnego zniszczenia infrastruktury irańskiej.
Może jednak Donald Trump okaże łaskę pańską i nie wystawi na ryzyko życia i zdrowia ponad 90-milionowej populacji Iranu? O ile ten przystanie na amerykańskie warunki, w co zdaje się wątpić sam Trump, głosząc, że Teheran nie jest skory do negocjacji.
Iran zrezygnuje z rakiet balistycznych, gdy Ukraina odda Rosji Donbas?
A wojnie na bomby i rakiety towarzyszy zawsze wojna na słowa, w której czasem trudno odróżnić kłamstwo od prawdy. Minister spraw zagranicznych Abbas Aragczi twierdzi, że nie jest prawdą, jakoby Iran miał odrzucić amerykańskie propozycje rozmów w Pakistanie.
Delikatnie wskazuje (m.in. na portalu X), że „Stanowisko Iranu jest błędnie przedstawiane przez media amerykańskie. Jesteśmy głęboko wdzięczni Pakistanowi za jego wysiłki i nigdy nie odmówiliśmy wizyty w Islamabadzie”.
We wtorek o 2:00 (w Europie) dowiemy się, czy Islamska Republika Iranu przyjęła amerykańskie ultimatum, czy je odrzuciła?
Czy Iran zgodzi się choćby na redukcję potencjału rakietowego? Wątpliwe. To żądanie USA (a bardziej Izraela) jest mniej więcej podobne do rosyjskiego – domagającego się od Ukrainy oddania reszty Donbasu.
W logice ukraińskiej bez tego ufortyfikowanego terytorium Kijów jest wystawiony na atak Rosji. W logice irańskiej bez rakiet balistycznych niepodległość państwa jest zagrożona, bo Teheran nie miałby czym odstraszać Izraela.
Zresztą o tym, co jest logiczne, a co nie jest, co jest dobre, a co złe, można na wiele sposobów interpretować. W Polsce na taki stan rzeczy jest przysłowie: „Co wolno wojewodzie, tobie smrodzie”. Zapewne minister Aragczi nie zna tego porzekadła. Gdyby je znał, to będąc dyplomatą, nie zapodałby na X wpisu o takiej treści:
„Pamiętacie oburzenie na Zachodzie z powodu działań wojennych w pobliżu Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej na Ukrainie? USA i Izrael czterokrotnie zbombardowały naszą elektrownię w Buszehrze. Opad radioaktywny zakończy życie w stolicach krajów Zatoki wcześniej niż w Teheranie. Ataki na nasz sektor petrochemiczny pokazują rzeczywiste cele tych działań”.
W tym przekazie widać jawną wojnę na słowa. Otóż prawdą jest, że tyle było ataków (17, 21, 24 i 27 marca) na jedyną elektrownię jądrową w Iranie, ale nie na blok, lecz otaczającą go infrastrukturę. Porównanie z ukraińską elektrownią jak najbardziej wydaje się słuszne. Jednak ataki nie wywołały powtórki z Czarnobyla czy Fukushimy. Nie zaszkodzi jednak dyplomacie przedstawić czarnej wizji rzeczywistości możliwej do zaistnienia.
Czy Donald Trump zdecyduje się na zniszczenie irańskiej energetyki?
Warto pamiętać, że prezydent USA jednoznacznie nie potępiał nalotów rosyjskich na energetykę Ukrainy. Może więc dlatego łatwiej będzie mu wydać rozkaz zniszczenia energetyki Iranu w takim wymiarze, o którym tylko marzy się Putinowi.
Wszelako jednak nie każdy atak na elektrownię może być (jak to się powszechnie uważa) złamaniem prawa międzynarodowego. Nawet gdy celem będzie siłownia jądrowa!
Elektrownia jądrowa może być atakowana w bardzo ściśle określonych warunkach. Kluczową normą jest tu art. 56 Protokołu dodatkowego nr 1 do Konwencji genewskich z 1977 r.
Właściwie jest to (teoretycznie) możliwe tylko wtedy, gdy zakład dostarcza „energię elektryczną na potrzeby regularnego, znaczącego i bezpośredniego wsparcia działań wojennych” (art. 56 ust. 2). W innych przypadkach ataki są zabronione, bo narażają ludność cywilną i środowisko na skażenie radioaktywne.
Zresztą w „dozwolonym” uderzeniu atakujący mają zapewnić pełną ochronę ludności cywilnej. Czyni to wyjątek ściśle teoretycznym, chyba że atakujący nie będzie zajmował się ochroną cywilów, przestrzeganiem międzynarodowego prawa… A tego wykluczyć nie sposób.
Znacznie mniej obostrzeń dotyczy atakowania elektrowni konwencjonalnych. To znaczy: celem mogą być wyłącznie te, które dostarczają energii dla celów wojskowych lub na ich obszarze znajdują się instalacje wojskowe. Tu widać, jak prawo odstaje od rzeczywistości.
Jak odróżnić, czy elektrownia X dostarcza prąd dla wojska, skoro sieć przesyłowa jest jedna? To wojsko bierze prąd, za przeproszeniem, ze specjalnych gniazdek, a obiekty cywilne z tych dla nich przeznaczonych? A jak chronić elektrownie przed wrogim atakiem bez stawiania na ich terytorium lub w otoczeniu obrony przeciwlotniczej?
Przecież jeśli tam znajdzie się choćby jedno działko plot, to można mówić o obecności instalacji wojskowych w obszarze takiej elektrowni.
Zatem: wystarczy tylko dobra interpretacja przepisów, by obiekty chronione przez prawo przed wojną, w wojnie zostały zniszczone, bo stały się najzwyczajniej celami wojskowymi. Jakiej argumentacji użyje Biały Dom, gdyby doszło do transformacji Iranu ze współczesności do „epoki kamienia łupanego”?
I jeszcze jedno, gdyby tak się stało, to pamiętać należy, że termin ultimatum upływa w „zwykły” poniedziałek. W USA Wielkanoc świętowana jest tylko w niedzielę...
Polecany artykuł: