• Czy rozwój granatników i nowoczesnej broni strzeleckiej ogranicza sens używania granatów ręcznych?
• W jakich sytuacjach granat ręczny pozostaje niezastąpiony mimo postępu technologicznego?
• Dlaczego z użycia zniknęły granaty przeciwpancerne i kijowe, a inne typy przetrwały?
No. 5 Mk I wzorem dla wszystkich współczesnych granatów ręcznych
A może ich żywot ręcznych granatów już dobiega końca? Przecież teraz do każdej długiej broni strzeleckiej można doczepić granatnik miotający ładunki na dwieście i więcej metrów. Po co komu coś, czym można „poczęstować” przeciwnika maksymalnie na 30, góra 40 metrów? I tak. I nie. O tym za moment, przenieśmy się do roku 1915…
Mister Mills był bacznym obserwatorem. Nie odkrył Ameryki. Inspirował się konstrukcją Belga Leona Rolanda. Znacząco ją uprościł i ulepszył. Belg pozwał Anglika o naruszenie jego patentu. Mills wygrał w sądzie. Udowodnił, że jego granat działał niezawodnie, w przeciwieństwie do prototypu Rolanda. Po czym opatentował swoją konstrukcję w kilku państwach, w tym i w USA. Jego granat stał się wzorem dla współczesnych konstrukcji (o charakterze obronnym), ewoluując do No. 36M, używanego do lat 70.
Granat-szyszka vel ananas. Owalny, segmentowany korpus żeliwny. 121 mm długości, 58 mm średnicy, 680 g masy, a w środku ok. 65 g materiału wybuchowego. Uzbrojony w zapalnik czasowy, uderzeniowy, ze zwłoką do 4,5 sekundy. Po wyjęciu zawleczki z dźwigni bezpieczeństwa (zwanej czasem łyżką), ta odpadała, zwalniając iglicę, która uderzała w spłonkę. Ta zapala lont itd. Układ mechaniczno-pirotechniczny. Prostszy w produkcji od chemicznych zapalników.
Granaty ręczne stanowią istotne uzupełnienie wyposażenia żołnierza
To teraz wróćmy do wcześniej postawionego pytania: po co komu dziś taka broń? Czy nie jest już przestarzała?
I tak, i nie. Do lamusa odeszły granaty przeciwpancerne. Dziś czołgi nie mają po kilka centymetrów pancerza, ale nawet i metr jego odpowiednika w stali jednorodnej (współczynnik RHA). Zatem granat ppanc., nawet w wersji kumulacyjnej, jest najzwyczajniej nieskuteczny. Tym bardziej, że działał wtedy, gdy go żołnierz przyłożył bezpośrednio do pancerza!
Co innego z granatami zaczepnymi i obronnymi (dymnymi, błyskowymi, hukowymi, zapalającymi itd.). Są one nadal przydatne, ale tylko w warunkach walki w zwarciu. Nie da się strzelać z granatnika (np. legendarnie popularnego RPG-7) do przeciwnika oddalonego o, dajmy na to, 20 metrów. Użycie granatników jest mocno ograniczone w pomieszczeniach zamkniętych. Można z nich wystrzelić granat, ale przy okazji mieć spalone plecy od gazów wylotowych odbitych od ścian pomieszczenia.
Granat ręczny jest nadal bardzo przydatny do likwidacji przeciwnika w umocnionych punktach obrony (schronach, bunkrach itp.). Wrzuca się go i nie trzeba nawet sprawdzać, czy ktoś przeżył. Wreszcie w tzw. sytuacjach ekstremalnych granat też potwierdza swoją przydatność. Wystarczy przyłożyć go do brzucha, pochylić się i wyciągnąć zawleczkę…
Granaty ręczne stanowią więc istotne uzupełnienie wyposażenia żołnierza. Acz ich rola nie jest już taka, jak była przed erą ręcznych i podwieszanych granatników, nawet granatów nasadkowych. Gdzie jak gdzie, ale postęp w tzw. technice wojskowej jest błyskawiczny.
Z tej m.in. przyczyny praktycznie „wymarły” granaty kijowe (zwane też trzonkowymi), które nierozerwalnie kojarzą się z niemieckimi M24 z czasów II wojny światowej. Owszem, można było nimi rzucać dalej niż tymi w kształcie jajka, ale żołnierz mógł wziąć mniej trzonkowców, a gdy pod koniec II WŚ weszły do użycia granatniki nasadkowe (na lufę karabinu), to granaty kijowe stały się bronią przestarzałą.
O tym, że granaty ręczne jeszcze sobie pobędą w uzbrojeniu, świadczyć może to, że kilka lat temu – po raz pierwszy od 40 lat – Amerykanie zaczęli pracować nad ulepszeniem dotychczas używanych granatów. Prace przerwano, bo stwierdzono, że nie opłaca się modernizować czegoś, co w zasadzie nadal dobrze działa, a zastępowanie tradycyjnego zapalnika – elektronicznym – jest mało opłacalne. Chociaż… ale o tym na końcu tego materiału.
Jakich granatów ręcznych używa Wojsko Polskie?
A takich, które dostarcza Dezamet SA (Polska Grupa Zbrojeniowa). Z tzw. klasyki ma w ofercie dwa produkty: granat obronny RGO-88 i zaczepny RGZ-89.
RGO-88 (następca legendarnego F-1) jest granatem odłamkowym o działaniu ze zwłoką. Przeznaczony jest do rażenia siły żywej i lekko opancerzonego sprzętu. W granacie kostka krusząca wykonana z heksogenu umieszczona jest wewnątrz płaszcza wykonanego z blachy stalowej. Przestrzeń pomiędzy kostką kruszącą a płaszczem wypełniają stalowe kulki, które rażą cel w momencie detonacji granatu. Granat uzbrojony jest w zapalnik UZRGM (detonuje ładunek po ok. 4 sekundach). Po detonacji w powietrze wylatuje ponad 1,1 tys. odłamków.
RGZ-89 to granat hybryda obronnego i zaczepnego. Jego korpus jest wykonany z tworzywa sztucznego, w które wtopiona jest wkładka odłamkowa ze stopu aluminium. Spiralna wkładka ma nacięcia, by detonacja mogła je łatwo defragmentować. Po detonacji w powietrze wylatuje tylko kilkaset odłamków. Granat elaborowany jest heksogenem. Zapalnik detonuje go po ok. 4 sekundach.
Zarówno RGO-88, jak i RGZ-89 mają efektywny zasięg rażenia w promieniu 5 metrów. Dla porównania szyszkowy F-1 siał odłamkami w promieniu… 200 metrów.
Granaty RG są przeznaczone dla „zwykłych” żołnierzy. Specjalsi korzystają także z importowanych, m.in. z niemieckich (produkcji Rheinmetall Waffe Munitio) i austriackich (Armaturen-Gesellschaft GmbH). Ze względu na specyfikę jednostek (GROM, Formoza itd.) nie ujawnia się danych technicznych takich granatów. Z pewnością czymś różnią się od krajowych…
Żołnierze amerykańscy mają nowy typ granatów zaczepnych
Zapomniałem dodać, że w dzisiejszych czasach większe jest zapotrzebowanie na granaty zaczepne, rażące falą uderzeniową, a nie deszczem odłamków. Takich najczęściej używa US Army.
Do niedawna podstawowym granatem tego typu był Mk3A2. Opracowano go pod koniec lat 60., w związku z wojną w Wietnamie. W konstrukcji obudowy użyto azbestu. W marcu (2026 r.) postanowiono, że zastąpi go granat M111 o korpusie w pełni z tworzywa sztucznego. Kilka lat temu miał mieć zapalnik elektroniczny. Teraz w zasadzie jest tym granatem, nad którym prace przerwano kilka lat temu, bo uznano, że zapalnik pirotechniczny nadal jest OK.
Szacunkowy koszt jednostki to ok. 45 USD. Pierwowzór z elektronicznym zapalnikiem miał kosztować ok. 100 USD. Granat Millsa kosztował 3 pensy. To równowartość dzisiejszych niespełna dwóch dolarów. Jak widać, niewiele zmienia się w konstrukcji granatów, za to w cenach już sporo...