- Po pierwszym dniu wojny z Iranem, Izrael i USA przeprowadziły 900 misji bojowych, dekapitując przywództwo wojskowe i polityczne Iranu.
- Zginął Ali Chamenei oraz kluczowi generałowie, co osłabiło zdolności obronne Iranu i jego reakcję na ataki.
- Celem operacji jest wywołanie wewnętrznych sporów w elicie władzy Iranu i uniknięcie długotrwałego konfliktu.
- Co to oznacza dla globalnej kontroli nad rynkiem ropy naftowej i układu sił na świecie?
Atak na Iran. Uderzenie miało charakter dekapitacyjny
Kilka dni przed atakiem pojawiły się w światowych mediach doniesienia o porozumieniu, jakie władze Teheranie miały osiągnąć z Moskwą, które przewidywało dostawy kilkuset rosyjskich ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych. Albo nie dotarły, albo mieliśmy do czynienia z informacją nieprawdziwą. Nie można też wykluczyć, że decyzja o ataku, która zapadła na kilkanaście godzin przed jego przeprowadzeniem, mogła też mieć związek z tymi zapowiedziami.
Uderzenie miało charakter dekapitacyjny. Chodziło w nim o pozbawienie zaatakowanego kraju przywództwa wojskowo-politycznego. Ta operacja się powiodła. Zginął nie tylko Ali Chamenei, ale również generał Abdol Rahim Musawi i minister obrony generał Aziz Nasirzadeh, którzy zostali zabici podczas spotkania z przywódcą irańskiej paramilitarnej Gwardii Rewolucyjnej i doradcą ds. bezpieczeństwa Alim Szamkhanim. Ta lista zapewne wydłuży się w najbliższych dniach, bo po pierwsze ataki będą kontynuowane, a po drugie nie wszystkie informacje dotarły do światowej opinii publicznej.
Wymuszenie nowego przywództwa polityczno-wojskowego w Iranie
W przypadku uderzeń dekapitacyjnych chodzi nie tylko o „pozbawienie głowy” zaatakowanego przeciwnika, ale również o wymuszenie korzystnych, z punktu widzenia przeprowadzającego operację, trendów. Dokonanie wyboru nowego przywództwa polityczno-wojskowego jest z oczywistych powodów trudne, zwłaszcza w kraju, który prowadzi wojnę, ale nie mniej istotne jest to, że „przy okazji” mogą pojawić się napięcia i spory w elicie władzy zaatakowanego kraju.
Na wywołaniu tego rodzaju procesów zależy najprawdopodobniej zarówno Amerykanom, jak i Izraelowi, choćby z tego powodu, że pęknięcia w obozie władzy przeciwnika umożliwiają rozpoczęcie gry dyplomatyczno-politycznej, czyli przejście do drugiej, już nie wojskowej, fazy operacji. Jak to w praktyce przebiega, widać bardzo dokładnie na przykładzie Wenezueli.
Czym jest „częściowy regime change” Donalda Trumpa?
Rosyjscy eksperci, tacy jak Władimir Orłów, profesor MGiMO i dyrektor PIR-Center, rosyjskiego think tanku zajmującego się kwestiami nuklearnymi, określają obecne podejście Donalda Trumpa do kwestii zmiany reżimów w krajach uznawanych za nieprzyjazne mianem „częściowego regime change”. Eliminuje się w takim podejściu polityków i wojskowych uznawanych za przeciwników porozumienia i czeka na wykrystalizowanie bardziej kompromisowo nastrojonego skrzydła dotychczasowego reżimu. Jeśli to nie następuje, to za jakiś czas przeprowadza się kolejny „atak dekapitacyjny”.
Tak było w przypadku Iranu, który latem 2025 roku już podlegał podobnemu uderzeniu. Tego rodzaju taktyka pozwala uniknąć zaangażowania w długotrwałe wojny stabilizacyjne, jak to było w przypadku Afganistanu, których prowadzenie pociąga za sobą znaczne koszty ludzkie, ekonomiczne, a w konsekwencji polityczne. Dodatkowym „bonusem” po stronie przeprowadzających tego rodzaju uderzenie jest to, że po zgładzeniu starej kadry do władzy dochodzą mniej doświadczeni politycy i wojskowi. Rośnie ryzyko błędów kierownictwa państwa, które zostało „wzięte na cel”, co jest również udziałem Iranu.
"Nieznane są losy 440 kg wzbogaconego uranu”. Iran nie chciał go oddać
Nawiasem mówiąc w świetle ostatnich analiz rosyjskich w Iranie, po ubiegłorocznym ataku, nadal było czynnych ok. 30 rozmaitego rodzaju ośrodków pracujących na rzecz programu nuklearnego. A co ważniejsze, "nieznane są losy 440 kg wzbogaconego uranu”, którego Iran nie chciał oddać (dlatego fiaskiem zakończyły się rozmowy w Genewie), i z którego można było - według ocen rosyjskich ekspertów - wyprodukować ok. 10 głowic. Zagrożenie nuklearne - w przypadku gdyby Iran kontynuował swój program jądrowy - było realne, co nadaje wiarygodności deklaracjom Trumpa.
Operacja wojskowa Izraela i USA w Iranie nie jest zakończona
Operacja wojskowa nie jest jeszcze zakończona. Analitycy oceniają, iż potrwa, podobnie jak w ubiegłym roku, jeszcze kilkanaście dni. Nie rozpoczęła się też, albo jest we wczesnej fazie, morska jej część. Trump mówił o zniszczeniu zdolności marynarki wojennej Iranu, pojawiły się też pierwsze doniesienia o pożarach w bazie morskiej należącej do Korpusu Strażników Rewolucji oraz komunikaty o „zamknięciu” cieśniny Ormuz.
To jeszcze zbyt mało, aby oceniać czy zamierzenia koalicji amerykańsko - izraelskiej powiodą się, tym bardziej trudno oceniać, na ile morskie zdolności Iranu uległy osłabieniu. Gdyby tak się stało, to w wymiarze strategicznym oznaczałoby to, że jedynie Amerykanie będą mieć w przyszłości wojskowe zdolności, aby kontrolować 30 proc. volumenu światowego eksportu ropy naftowej, bo tyle rocznie „wypływa” z Zatoki Perskiej. Ten strategiczny wymiar amerykańsko - izraelskiej operacji jest oczywiście najważniejszy.
Sukces Ameryki w Iranie zmieni rosyjskie kalkulacje geostrategiczne
Jak zauważył Fiodor Łukianow, dyrektor programowy Klubu Wałdajskiego, powodzenie operacji zmiany, a tym bardziej obalenia reżimu w Iranie oznaczać będzie, że w przyszłości
Projekty geoekonomiczne i logistyczne, którymi zainteresowane są Chiny, Rosja i Indie, staną się zależne od Amerykanów. Wzrośnie stopień kontroli nad ważnymi rynkami, przede wszystkim surowcowymi i współpracy wojskowo-technicznej. Co więcej, demonstruje się deklaratywny charakter (nieskuteczność) społeczności tworzonych bez udziału USA, a nawet wbrew nim – przede wszystkim SZOS i BRICS.
Sukces Waszyngtonu w Iranie zmieni rosyjskie kalkulacje geostrategiczne, związane także z wojną na Ukrainie i może mieć znaczący wpływ na globalny, tym bardziej regionalny, układ sil.
Anemiczna odpowiedź izraelskich „proxi” i chaotyczna odpowiedź Iranu
Jeśli mówimy o regionie, to warto podkreślić trzy kwestie. Po pierwsze anemiczną odpowiedź izraelskich „proxy” w rodzaju Hamasu czy Hezbollahu. Po drugie, ataki sił irańskich na cele w państwach Zatoki mają charakter chaotyczny, choć widowiskowy i z wojskowego punktu widzenia nie wyrządziły znaczących szkód. Podobnie wojskowi izraelscy oceniają pierwsze uderzenia odwetowe Iranu na cele w ich kraju. Zwracają uwagę na ich „salowy” charakter i znacznie mniejszą liczbę wystrzelonych rakiet w jednym uderzeniu.
Pierwszego dnia takich salw odwetowych było około 10, ale w żadnej z nich nie użyto większej liczby niż kilkudziesięciu pocisków. To może świadczyć o problemach z dowodzeniem i koordynacją po irańskiej stronie albo o zniszczeniu przez atakujących już pierwszego dnia sporej części wyrzutni. Według ocen izraelskich, Iran dysponował przed atakiem liczbą ok. 2 tys. rakiet balistycznych, ale ich użycie nie doprowadziło do znaczących, mających wpływ na determinację atakujących, strat.
Trzecią okolicznością, na jaką warto zwrócić uwagę, są pojawiające się doniesienia, iż saudyjski następca tronu „nieoficjalnie” nalegał na Trumpa, aby ten przeprowadził uderzenie na Iran. Jeśli te doniesienia się potwierdzą, to będziemy mieć do czynienia z potwierdzeniem zacieśnienia współpracy, również w zakresie bezpieczeństwa, między Rijadem a Waszyngtonem, na czym stratne mogą być wyłącznie Chiny.
Strategia Trumpa i „punktowe” użycie siły na świecie
Cała operacja daleka jest od zakończenia, trudno zatem po przebiegu pierwszego dnia formułować definitywne sądy. Strategia Trumpa, a przede wszystkim „punktowe” użycie siły, jest z punktu widzenia rywali (w rodzaju Rosji czy Chin) groźniejsza niż podejście poprzedniej administracji, której celem było otrzymanie globalnej dominacji. Poprzednia taktyka oznaczała konieczność „obsłużenia” wielu punktów zapalnych, na co Amerykanom zaczynało brakować sił. Teraz mamy do czynienia z koncentracją sił na kluczowych - z punktu widzenia amerykańskiej geografii strategicznej - punktach na mapie świata.
To powoduje, że działania Waszyngtonu są zarazem groźniejsze, jak i bardziej skuteczne. Działanie w tandemie z Izraelem daje nam też wgląd w docelowy model relacji sojuszniczych, jaki zdaje się preferować administracja Trumpa. Na każdym ważnym kierunku będzie ona chciała posiłkować się zdolnościami lokalnych i regionalnych partnerów. Muszą być to oczywiście realne, a nie „papierowe” zdolności, ale w przypadku Izraela mamy oczywiście do czynienia z realnymi.
Bardzo dobre rozpoznanie celów ataku w Iranie
Pierwsze doniesienia wskazują na bardzo dobre rozpoznanie celów, na które przeprowadzane są ataki, co może być potwierdzeniem tezy o głębokiej penetracji wywiadowczej Iranu. Pierwsze oceny ekspertów wskazują też na fakt, że Iran nie zdecydował się, w ramach odpowiedzi odwetowej, na zaatakowanie celów w Turcji, w Syrii czy tym bardziej w Azerbejdżanie. Pokazuje to, nota bene, gdzie są „słabe punkty” reżimu.
Postawa kilkunastomilionowej azerskiej mniejszości zamieszkującej Iran może okazać się kluczową, jeśli myśleć o przetrwaniu reżimu. Nie przesądzając, bo na to zbyt wcześnie, czy w Iranie wybuchnie powstanie ludowe, albo przynajmniej zaznaczą się pęknięcia na szwach narodowościowych, bo przecież kraj ten zamieszkują nie wyłącznie Persowie, a rownież prócz Azerów inne mniejszości: Arabowie, Beludżowie, Kurdowie czy Lurowie, to trzeba zgodzić się z tezą, iż operacja przebiega jak na razie po myśli amerykańsko - izraelskiego tandemu.