• Polskie postrzeganie Niemiec zostało zdominowane przez wojny, mimo że okresy pokoju i wymiany kulturowej trwały w historii znacznie dłużej.
• Zwycięską wojnę trzynastoletnią z Krzyżakami sfinansowały niemieckojęzyczne miasta pruskie, które zbuntowały się przeciwko zakonowi.
• Współczesne relacje psują próby wybielania niemieckiej odpowiedzialności za nazizm oraz bagatelizowanie daty wybuchu II wojny światowej.
Józef Krzyk: – Ukazała się książka pańskiego i publicysty Wojciecha Harpuli autorstwa, „Nie będzie Niemiec… Polska – Niemcy. Tysiąc lat wojny i pokoju”. Podtytuł chyba trochę prowokacyjny, bo wystarczy wspomnieć o tym, jak serdecznie w Niemczech byli witani powstańcy listopadowi, żeby mieć przykład, że nie toczyliśmy ze sobą tylko wojen?
Andrzej Chwalba: – Tak, bywało między Polakami i Niemcami raz lepiej, raz gorzej, ale na nasze postrzeganie relacji polsko-niemieckich nic nie wpływa tak mocno jak wojny – od tych toczonych przez Chrobrego i Krzywoustego aż po II wojnę światową. Na konflikcie militarnym zresztą się nie kończyło, toczyła się bowiem wojna ekonomiczna, wojna kulturowa, wojna cywilizacyjna.
– Ale może przynajmniej w niektórych przypadkach mieliśmy do czynienia raczej z wojną ograniczającą się do starcia poszczególnych władców, a nie całych państw?
– Problem w tym, że choć wojny na ogół bywają krótkie, to mają długotrwały wpływ na kształt pokoju i relacji między różnymi stronami. Rzeczywiście, w pierwszych wiekach naszej państwowości Cesarstwo nie tylko walczyło z Piastami, ale czasami było sojusznikiem polskich książąt i polskich królów. Nie zawsze byliśmy więc przeciwko sobie, a w niektórych starciach Cesarstwo w ogóle nie brało udziału, tylko prowadzący dość samodzielną politykę margrabiowie.
– Czy te wojny z pierwszych wieków istnienia państwa polskiego miały duże znaczenie, skoro od pewnego momentu patrzyliśmy raczej na wschód, a nie na zachód?
– No tak, ale stało się to nieco później – za Jagiellonów, a to za Piastów doszło do wielu wydarzeń, które wpłynęły na nasze relacje z Niemcami.
– Jednym z takich kamieni milowych było sprowadzenie Krzyżaków.
– Książę Konrad Mazowiecki był bardzo zadowolony z tego, że rękami Krzyżaków udało mu się załatwić problem z najazdami pogańskich Prusów, z którymi ani on, ani inni polscy książęta nie dawali sobie rady. Już wkrótce miało się jednak okazać, że apetyty Krzyżaków nie kończą się na ziemiach pogańskich Prusów. Sięgnęli po Pomorze Gdańskie, a okresowo Kujawy. Ostatecznie z tego konfliktu Polska wyszła zwycięsko za czasów Kazimierza Jagiellończyka, ale – o czym czasami się zapomina – dzięki pomocy niemieckojęzycznych miast. To właśnie te miasta, niezadowolone z obciążeń narzucanych przez zakon krzyżacki, wypowiedziały mu posłuszeństwo, poprosiły polskiego króla o pomoc i dały pieniądze, bez których Kazimierz Jagiellończyk wojny trzynastoletniej by nie wygrał. Zwycięstwo nad niemieckojęzycznym zakonem krzyżackim zawdzięczamy więc w dużym stopniu niemieckojęzycznym mieszczanom.
– Ta zwycięska wojna zaczęła się od rzadko dziś wspominanej polskiej klęski pod Chojnicami.
– Ta bitwa z 1454 r. pokazała, jak dużo się zmieniło od Grunwaldu. Polska wystawiła znów pospolite ruszenie, bo królewski skarb świecił pustkami. Ale wystarczyły niecałe dwie generacje od 1410 r., żeby się okazało, że rycerstwo nie ma już większej wartości bojowej. Rycerze z wojowników zmienili się w posiadaczy ziemskich, których bardziej od chwały na bitewnym polu interesowały ceny zboża. Nie mieli szans w starciu z zawodowymi żołnierzami, których pod Chojnicami wystawili Krzyżacy.
Przyparty do muru po tej bitwie Kazimierz Jagiellończyk poszukał poparcia w miastach, na czele z Gdańskiem. W zamian za pieniądze nadał Gdańskowi, Elblągowi i Toruniowi przywileje. Dzięki nim te miasta uzyskały daleko idące kompetencje, przypominające trochę te, które miały wolne miasta w Rzeszy.
– To był już kolejny raz, gdy Gdańsk pojawił się na kartach polsko-niemieckiej historii. Ponad wiek wcześniej trafił na nie za sprawą dokonanej w 1308 r. przez Krzyżaków, a barwnie odmalowanej przez Jana Długosza rzezi. W książce wspomina pan, że zdarzenie to wyglądało nieco inaczej.
– Tak, zginęło znacznie mniej osób – kilkadziesiąt, a najwyżej ponad sto, ale nie zmienia to faktu, że Długosz wielkim historykiem był. Ale wiadomo, że to były czasy, w których nawet ktoś tak bardzo utalentowany jak Długosz musiał brać pod uwagę oczekiwania ze strony królewskiego dworu. Z tego powodu niektóre sprawy podkolorował. Tak przynajmniej można wnosić na podstawie tych źródeł, które rzeź Gdańska przedstawiły w inny niż Długosz sposób.
Z drugiej strony należy pamiętać, że rzeź kojarzy się nam z masowymi mordami, bo patrzymy na to przez kliszę II wojny światowej i tysiące ofiar na Woli podczas Powstania Warszawskiego. W czasach Długosza to słowo miało inne znaczenie.
– Po Krzyżakach kolejnymi złymi Niemcami w polskiej historii mieli się stać Hohenzollernowie jako inicjatorzy rozbiorów Polski. Czy jednak ta rola nie została wyolbrzymiona? Przecież to Rosja zagarnęła najwięcej.
– W gruncie rzeczy to nie Hohenzollernowie i nie Rosja, ale Austria była inspiratorem pierwszego rozbioru. Petersburg początkowo nie planował rozbiorów, bo sprawując nad Rzeczpospolitą faktyczny protektorat, nie zamierzał z nikim się nią dzielić. Sprawy potoczyły się inaczej, gdy wybuchła konfederacja barska i jeden z oddziałów konfederatów próbował zająć na Spiszu Starą Lubowlę. W tym momencie, zresztą na prośbę brata polskiego króla, wkroczyli tam Austriacy. A później zajęli kolejne ziemie i nie zamierzali już z nich ustąpić.
– A mimo to Habsburgowie nie mają w Polsce tak złej sławy jak Hohenzollernowie, a Franciszek Józef w Krakowie wspominany jest z sentymentem.
– To samo dotyczy Wettynów, z których dwóch zasiadło na polskim tronie – nie są kojarzeni jako Niemcy, choć byli z Saksonii. Problem w tym, że niemieckość we współczesnym rozumieniu tego słowa nie może być kluczem do wyjaśnienia tego, czym Niemcy były np. w XVIII wieku.
– A czym były?
– To były różne państwa kierowane przez dynastie, z których każda kierowała się własnymi interesami.
– Z historii XIX wieku i czasów zaborów w naszej pamięci zakodowały się nam germanizacja pod pruskim panowaniem i autonomia w Galicji. Trafnie?
– Zaraz po rozbiorach najgorsze warunki do rozwoju kultury narodowej mieli Polacy pod panowaniem austriackim. Do tego dołożyła się totalna zapaść ekonomiczna, bo to były peryferia imperium. Jeśli już coś Austriacy tam budowali, to z myślą o potrzebach swojego wojska, a nie ludności. Dla odmiany, przynajmniej do pewnego momentu Królestwo Polskie z Warszawą i Litwa z Wilnem kwitły. Przy uniwersytetach w tych dwóch miastach lwowski był wtedy niewiele znaczącym. Sytuacja diametralnie zmieniła się w wieku XIX, kiedy najbardziej represyjny system zaczął panować w Rosji, a w zjednoczonych pod egidą Prus Niemczech górę wzięły nacjonalizm, Hakata, Komisja Kolonizacyjna.
A z drugiej strony mamy liberalne państwo austro-węgierskie, gdzie polska kultura bez problemu może się rozwijać, podobnie jak ukraińska, a także żydowska, i wszystkie te trzy nacje zamieszkujące Galicję kochały i do dzisiaj faktycznie kochają Franciszka Józefa. Mówiono o nim jako o „naszym” i przypominano, że był skoligacony z Jagiellonami. Franciszek Józef sam do tego przykładał rękę, bo generalnie nie szczędził polskim elitom w Galicji przyjaznych gestów. Pod tym względem Wilhelm II był zupełnie do niego niepodobny.
– Hohenzollernom wypomina się rugi pruskie, ale zapomina się o tym, że pod ich panowaniem także na ziemiach polskich rozwinęły się koleje, miasta, szkolnictwo.
– Działo się tak, bo Niemcy po zjednoczeniu bardzo szybko się rozwijały, stały się pod każdym względem państwem nowoczesnym. Ale edukacja prowadzona była w języku niemieckim, a nie polskim, i jednym z jej celów była germanizacja. Nic dziwnego, że ta polityka natrafiała na opór, której symbolem stała się Września. Ta sprawa – represje wobec dzieci, które domagały się tylko prawa do własnego języka – bardzo dużo Niemców kosztowała. Odbiła się echem nawet w Australii i Nowej Zelandii, gdzie Września stała się symbolem opresyjnej polityki niemieckiej.
A Polaków zjednoczyła. Inaczej niż w Galicji stworzyli wspólny blok obrony przed państwem niemieckim i przed ludnością niemiecką. W Reichstagu mieli wspólną reprezentację – Koło Polskie.
– Niemcy od pewnego momentu uchodziły, a czasami wciąż uchodzą za wroga numer jeden dla Polski i Polaków. Ale spoglądając na tysiąc lat wzajemnych stosunków, co w tej historii dominowało? Wrogość? Obojętność? A może jeszcze coś innego?
– Trzeba pamiętać, że polsko-niemieckie wojny, nawet ta najdłuższa – trzynastoletnia z Krzyżakami, nie trwały aż tak długo jak okresy wymiany. W obie strony płynęły towary, do tego dochodziły oddziaływania języka, kultury, kolonizacja. Zostało nam po tym np. wiele słów pochodzenia niemieckiego w języku polskim, o których nawet często dziś nie wiemy, że stamtąd przywędrowały. Po Wettynach na polskim tronie zostały nam Pałac Saski, który mamy zamiar teraz odbudować, i Ogród Saski. Problem w tym, że koniec XIX w. i pierwsza połowa następnego tę pewną harmonię i normalność w relacjach wyraźnie zaburzyły. Z tego powodu na różne sprawy patrzymy z perspektywy lat 1939-1945, jakby nic innego nie było ważne i nic innego się nie wydarzyło.
Nie pomaga też dzisiejsza niemiecka polityka historyczna. Czasami może wręcz wywoływać w nas reakcje obronne, gdy ktoś za Odrą próbuje opowiadać, że w 1945 r. Niemcy zostali wyzwoleni spod dominacji nazistów. Tak jakby to nie Niemcy, ale jacyś nawpół mityczni naziści stworzyli III Rzeszę. Drażnić musi też przesadzanie co do skali oporu Niemców przeciwko reżimowi hitlerowskiemu, a także wypowiedź kanclerza Friedricha Merza, z której wynikało, że II wojna światowa zaczęła się w czerwcu 1941 r., a nie prawie dwa lata wcześniej (w lutym 2026 r. szef niemieckiego rządu powiedział, że wojna w Ukrainie trwa już dłużej od II wojny światowej. Później tłumaczył, że chodziło mu tylko o wojnę niemiecko-radziecką – PAP). Nie da się też pominąć pojawiającego się w literaturze i mediach niemieckich sformułowania o „polskich obozach śmierci”. Niemcy takimi postępowaniami „ciężko” pracują na podtrzymywanie nastroju niechęci do siebie samych. Biorąc pod uwagę politykę Rosji, dzisiaj takie zachowanie jest na pewno szkodliwe...
***
Andrzej Chwalba (ur. 1949) – historyk i eseista, profesor nauk humanistycznych, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest autorem ponad czterdziestu książek, z czego kilkanaście ukazało się w kilku językach poza granicami Polski. Większość z nich została nagrodzona. W 2025 r. uhonorowany prestiżową Wacław Jędrzejewicz History Award, przyznawaną za publikacje książkowe. Za działalność popularyzatorską w zakresie historii i jej promocję w życiu publicznym autor został m.in uhonorowany Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
(abe)