• To jedno z najpoważniejszych naruszeń terytorium NATO od 2022 r.
• ROE (Rules of Engagement) precyzują zasady użycia broni przez siły zbrojne państwa członkowskiego NATO.
• W opinii analityków Robert Lansing Institute ROE wymagają nowelizacji.
• Zbiór dyrektyw politycznych i wojskowych w ROE jest ściśle tajny.
• Rosja musi liczyć się z tym, że rakietowe prowokacje nie pozostaną bezkarne
Moskwa będzie unikała odpowiedzialności za incydent z użyciem Ch-101
Po co ma się tłumaczyć, skoro nikt nie zginął? Ambasador Federacji Rosyjskiej stawił się „na dywaniku” w naszym resorcie spraw zagranicznych. Przyjął notę dyplomatyczną, o której nie ma nic ani na stronie internetowej ambasady FR w Warszawie, ani w witrynie Ministerstwa Spraw Zagranicznych FR. Dla Moskwy „niet prabliema”.
Problem jest i to niebagatelny. To, że w mediach ucichło o rosyjskim pocisku manewrującym Ch-101 na polu rzepaku, to jedno. A to, że w MON i NATO zastanawiają się, jak należy w przyszłości reagować na takie wydarzenie, to drugie.
Bardzo dobrze, w sposób zrozumiały nawet dla cywilów i szeregowców rezerwy i służby czynnej, przedstawiono taką potrzebę w analizie zaistniałego incydentu przeprowadzonej przez Robert Lansing Institute (RLI). Autorzy (materiał nie jest sygnowany przez konkretnego analityka) uważają, że „incydent ten prawdopodobnie nie stanowił celowego ataku militarnego na Polskę, stanowi on jedno z najpoważniejszych naruszeń terytorium NATO od czasu pełnej inwazji Rosji na Ukrainę”. Polską reakcję oceniona jest pozytywnie, gdyż pocisk wykryto natychmiast po wejściu w przestrzeń powietrzną kraju. To jest jednak ocena wystawiona przy uwzględnieniu obowiązujących przepisów.
Mowa o ROE. Czyli: Rules of Engagement (Zasady użycia siły vel Zasady zaangażowania). To zbiór dyrektyw o charakterze wojskowym i politycznym, które określają w szczegółach, kiedy, w jakich warunkach i jak siły zbrojne państwa członkowskiego NATO mogą użyć broni.
Incydent tarnawski pokazał, że ROE nie bardzo odpowiada na wyzwania dzisiejszej rzeczywistości, pełnej prowokacji i innych działań składających się na definicję pojęcia „wojny hybrydowej”.
ROE musi być dostosowana do współczesnych wyzwań
Obowiązujące „zasady użycia siły” powstały w innych czasach. W tych, w których doktryna obrony powietrznej NATO zakładała ataki radzieckich środków napadu powietrznego. Co tam jest zawarte w obecnym zbiorze ROE, to nie wiadomo. Znaczy się: nie ma tego w źródłach otwartych, bo jest to – jak łatwo domyślić się i czego tłumaczyć nie trzeba – zbiór ściśle tajnych wytycznych.
Dostosowanie ROE wymaga decyzji politycznych. Nowelizację wypracują wojskowi i eksperci, a politycy albo ją zatwierdzą, albo i nie. A jak zmienią zasady użycia broni, to przecież nie ogłoszą tego – podkreślają analitycy RLI – publicznie. Z wiadomych przyczyn, których Czytelnikom Portalu Obronnego nie trzeba klarować, gdyż są im znane.
W skrócie: w RLI uważają, że należy skrócić proces decyzyjny na wypadek przyszłych incydentów. Obecnie wykonywany jest wieloetapowo. Początkiem jest ocena zdarzenia. Po niej przeprowadzana jest konsultacja polityczna. Potem dochodzi do autoryzacji wojskowej. I ostatnim etapem – wylicza się w omawianej analizie RLI – jest możliwe przechwycenie obiektu, który naruszył granice państwa/państw NATO.
Jak należałoby reagować na rakietowe incydenty w czasie pokoju?
Analitycy proponują taki schemat: radary wykrywają pocisk. Dowódca upoważniony do podjęcia działań decyduje o zastosowaniu środków odpowiednich do zaistniałego incydentu, łącznie ze zestrzeleniem obiektu, który naruszył granice. Politycy powiadamiani są o działaniach – jeśli jest taka możliwość – w ich trakcie lub po ich zakończeniu. Po co to wszystko w warunkach pokojowych?
Chodzi o odstraszanie. Do rosyjskich decydentów musi dotrzeć, że w przyszłości, gdy jakaś ich rakieta wleci w przestrzeń powietrzną NATO, przypadkowo lub nieprzypadkowo, to może zostać ona natychmiast zniszczona. A to dlatego, że procedura możliwej neutralizacji nie będzie hamowana biurokratycznymi, oderwanymi od realiów przepisami.
Oczywiście, nawet i gdy z ROE zostaną zdjęte te pęta, nie będzie gwarancji, że Moskwa odstąpi od świadomego kreowania incydentów, które służą do testowania reakcji NATO.
Im dłużej trwa rosyjskie rozpoznanie lotem pocisku manewrującego, tym więcej jego autorom udaje się zebrać informacji. A gdy lot zakończy się szybko, to danych jest mniej zebranych, a i rośnie w Moskwie obawa, że kolejna rakieta, wyekspediowana w państwo NATO-wskie celem rozpoznania i prowokacji, zostanie zestrzelona.
To byłyby implikacje pozytywne zmiany zasad użycia broni. Wlatuje rakieta nad Polskę, to natychmiast zostaje zestrzelona. Byłyby i negatywne pochodne nowelizacji ROE.
Na razie rosyjskie rozpoznanie prowadzone jest przez drony/rakiety latające nad terenami nieurbanizowanymi. W takich przypadkach można zestrzelić intruza, choć należy liczyć się z tym, że odłamki mogą uderzyć w jakieś zabudowania.
Rosja jeszcze nie posunęła się do tego, by testować reakcję NATO rakietami/dronami lecącymi nad miastami. Neutralizacja czegoś takiego, dajmy na to nawet nad przedmieściami Lublina, związana jest z bez porównania większym zagrożeniem dla ludzi, niż gdyby miało dojść do tego nad polami czy wsią.
Nie można zgodzić się z tezą RLI: „Przechwycenie rosyjskich rakiet – nawet w przestrzeni powietrznej NATO – mogłoby zostać przedstawione przez Moskwę jako bezpośredni udział NATO w konflikcie”.
Tak jak Rosja ma prawo strzelać do obcych rakiet lecących na jej terytorium, tak takie prawo należne jest państwom NATO. Koniec. Kropka.
Co innego, gdy z ich terytorium strącane są rakiety będące w obszarze powietrznym Ukrainy. Takie działania wygenerowałyby poważne problemy prawne i polityczne, w skutkach trudne do przewidzenia.
Kierując się wyłącznie logiką, to takie przeciwdziałanie byłoby najbardziej efektywne. Jednak mimo głosów, w tym i naszego ministra spraw zagranicznych, że winno się strzelać do rakiet będących nad Ukrainą, ale lecących w kierunku państwa NATO, wątpliwe jest, by zaistniała polityczna zgoda na taką prewencję.
Co zatem uczynić, by utrudnić Rosji prowadzenie wojny hybrydowej w powietrzu bez ryzyka wszczynania wojny niehybrydowej?
RLI przedstawia prostą koncepcję. Prostą w kontekście natury technicznej, bo w ujęciu politycznym to już ona taką prostą nie jest.
To: „Zwiększone rozmieszczenie systemów Patriot w Polsce wschodniej. Częstsze patrole samolotów AWACS NATO w pobliżu granicy z Ukrainą. Dodatkowe stałe patrole powietrzne nad Europą Wschodnią…”. A poza tym trzeba byłoby więcej środków obrony przeciwrakietowej. Koncepcja nieby prosta w realizacji, ale...
Kilka zdań komentarza
Zapewne nie tylko w publicystycznej ocenie, ale i zawodowych analityków trzeba doprowadzić do takiego stanu, w którym Rosja zrozumie, że NATO nie godzi się, by jej rakiety latały sobie bezkarnie nie tylko w polskiej przestrzeni powietrznej, ale również wszystkich innych państw członkowskich Sojuszu.
Jednak część propozycji mających ograniczyć rosyjskie prowokacje z zastosowaniem rakiet/dronów przedstawionych przez RLI może wiązać się z dodatkowymi wydatkami. I tu można dojść do tego, czego nie uwzględniono w omawianej wyżej analizie.
Otóż Polska wyda na obronność w 2026 r. 4,81 proc. PKB. W liczbach bezwzględnych to nieco ponad 200 mld zł. Tegoroczny budżet państwa wynosi w obszarze dochodów 647,2 mld zł, a łączne wydatki sięgają 918,9 mld zł. Deficyt mamy na poziomie 271,7 mld zł.
Jeśli zatem Polska i pozostałe państwa wschodniej flanki NATO są przednią strażą Sojuszu, to może państwa pozaflankowe mogłyby dołożyć się do ewentualnie zwiększonych kosztów ochrony wschodnich granic Sojuszu i jego jako takiego?
Polecany artykuł: